nr. 91
VICTORIA, BC,
Październik 2019
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polskie Delikatesy
w Victorii
zapraszają


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E.Kamiński-
Co słychać

w kraju nad Wisłą

A.J.Połczyński-
Najsławniejszy

polski klasztor

J.Kubik
O herbacie

kilka słów

E.Kamiński-
"Barbarossa"

w natarciu

J.S.-
Moniuszko

w rok moniuszkowski.

White Eagle Band-
List Otwarty
do członków
Stowarzyszenia

Z konsulatu RP-
List
wybory

ECK-
Protest klimatyczny
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 44

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kamiński

"Barbarossa" w natarciu
(wspomnień ciąg dalszy)


Kampania wrześniowa jest lepiej znana z legend niż z faktów. Nie ulega wątpliwości, że polskie siły zbrojne schwytane w pułapkę, walczyły z przeważającymi siłami najeźdźcy pod względem strategicznym, technicznym i politycznym z czterech stron jednocześnie: z Prus Wschodnich na północy, ze Słowacji i Cieszyna na południu, z Pomorza na północnym zachodzie i ze Śląska na południowym zachodzie. Klęska armii polskiej wynikała przede wszystkim z ogromnej, prawie dwukrotnej przewagi w ilości żołnierzy, blisko trzykrotnej w sile ognia. Przeciwko 150 polskim czołgom, Niemcy mieli 2600 pojazdów pancernych. Przeciwko polskim 400 samolotom bojowym mieli aż 2000 nowoczesnych maszyn. Niemieckie służby zaopatrzeniowe były w dużym stopniu zmechanizowane i zmotoryzowane. Armię hitlerowską przygotowano do wojny błyskawicznej - “Blitzkrigu”- z przeciwnikiem, wprawdzie bojowym, ale w większości przystosowanym do tradycyjnej, kawaleryjskiej walki szablą i lancą. Po początkowych sukcesach żołnierzy polskich, spragnionych zwycięstwa, Niemcy wsparli swoje dywizje lotnictwem i oddziałami wojsk pancernych. W starciu z tak potężną nawałą ognia nasi nie mieli żadnych szans w stawianiu oporu. Armia dowodzona przez Marszałka Rydza-Śmigłego liczyła około 40 dywizji. Większość z nich została rozbita zanim zmobilizowano rezerwy by wejść do walki. Akcje utrudniały pozrywane linie łączności, znacznie gorsze wyposażenie i organizacja. Szybkie poruszanie się oddziałów wojska uniemożliwiały na drogach tłumy spanikowanych uciekinierów. Mimo to jeszcze do ostatnich dni września toczyły się zażarte walki. 17 Września, gdy na wschodnie tereny wkraczały 52 dywizje Armii Czerwonej, 25 wielkie oddziały polskie stawiały jeszcze opór 75 jednostkom niemieckim.
Generał Franciszek Kleberg był ostatnim z dowodzących, który zakończył tragiczną i bohaterską postawę wojska polskiego w kampanii wrześniowej. Skapitulował wobec braku amunicji. Do niewoli niemieckiej dostało się około 300 tysięcy żołnierzy i oficerów. Poległo około 70 tysięcy, 133 tysiące odniosło rany. Do niewoli radzieckiej wpadło w wrześniu 180 tysięcy, oraz dalsze 50 tysięcy bolszewicy wyłapali po zakończeniu działań. Ocaleli ci, którym udało się przedostać do: Rumunii - 32 tysiące żołnierzy, na Węgry 35 tysięcy, na Litwę 15 tys. i na Łotwę 1,3 tys.
Nawet uwzględniając niedoskonałość polskiego planu obronnego oraz błędy naczelnego dowództwa, opór polskiego żołnierza należy docenić. Niemcy stracili w tej kampanii ponad 150 tysięcy zabitych i rannych, około 1 tysiąca czołgów, 600 samolotów, duże ilości sprzętu i amunicji.
Kampania wrześniowa utrwaliła się w pamięci większości Polaków starszego rocznika, jako obraz dezorganizacji i panicznej ucieczki przed hitlerowskimi zastępami. Przekazali też młodszym, urodzonym już po wojnie, prześmieszki o głupich ułanach szarżujących konno na niemieckie czołgi. Istotnie w kilku przypadkach szwadrony polskiej kawalerii, zaskoczone przez czołgi, próbowały przedrzeć się przez wrogie linie, a nie atakować je. Niemiecka propaganda natychmiast wykorzystała przypadki takiego szaleństwa, aby pogrążyć Polaków w opinii świata. Rola kawalerii w tamtej wojnie nie była pozbawiona sensu. W terenie bez dróg, w wertepach niedostępnych dla motoryzacji, skutecznie nękała wroga.

Prawdziwego przyjaciela poznasz w biedzie
Do oceny należy dodać, że na naszym przygotowaniu do walki znacznie zaważyły naciski Anglii i Francji na wstrzymanie mobilizacji w Polsce przed wybuchem wojny. W militarnych planach wojsko polskie nie miało pokonać Niemców, a jedynie powstrzymać Wehrmacht przez dwa tygodnie. W myśl układu koalicji antyhitlerowskiej tyle czasu potrzebowała Francja i Anglia - nasi zachodni alianci, na zaczęcie wielkiej ofensywy. 70 dywizji francuskich, stacjonujących za Renem było gotowych do ataku. Polacy wypełnili swe zadanie i kiedy w połowie miesiąca na nasze wschodnie tereny wkroczyła Armia Czerwona, wojsko polskie nadal toczyło nierówną walkę. Zbrojny opór Polski zakończony klęską wstrzymał dalszy postęp hitlerowskiego podboju, wiążąc większość sił niemieckich. W tak dogodnym czasie do ataku, naszym sprzymierzeńcom ani się śniło wypełnienie swoich zobowiązań. Nie tylko, że dopomogli Niemcom w pogrążeniu nas, ale i zaszkodzili sobie dopuszczając do rozbicia koalicji przez zaniechanie akcji. W tym czasie, gdy umierała Polska przewaga militarna Anglii i Francji nad Niemcami była ogromna. Mieli trzykrotnie więcej zmobilizowanych żołnierzy, 3,5 razy więcej samolotów. 2,5 tysięcy czołgów francuskich nie miało w ogóle przeciwko sobie niemieckiej broni pancernej.
Specjalni wysłannicy Marszałka Rydza-Śmigłego w Paryżu i Londynie starali się spowodować działania zachodnich sojuszników. Po usilnych zabiegach, dopiero 9 września, generał Norwid Neugebaurer z ramienia rządu polskiego uzyskał audiencję u brytyjskiego szefa sztabu imperialnego - generała Ironside’a. Jedynie, co on zaproponował to dostawy broni i amunicji w ciągu pięciu najbliższych miesięcy. Natomiast francuski wódz naczelny, generał Gamelin świadomie wprowadził w błąd dowództwo polskie doniesieniem, że, “zaangażował już w walce połowę dywizji czynnej”.
Wbrew uprzednim deklaracjom rumuńskim o “prawie przejazdu” władz polskich przez Rumunię, internowali oni prezydenta Mościckiego, wodza naczelnego i gabinet polski, usiłujących przedostać się do sojuszniczej Francji. Żołnierzy przekraczających granicę rumuńską rozbrajano i trzymano pod strażą. Po klęsce Polski, Rumunia znalazła się pod silną presją Niemiec, król obwiał się najazdu na swój kraj. Presję wywierała też Francja zainteresowana w internowaniu rządu polskiego w Rumunii. Prezydent Mościcki pozbawiony możliwości działania, został zmuszony do przekazania swych uprawnień na rzecz upatrzonego (w domyśle - bardziej uległego, profrancuskiego kandydata). Był nim marszałek senatu i prezes Światowego Związku Polaków - Władysław Raczkiewicz, który wcześniej przedostał się do Francji. Formalności przeprowadzono 30 września 1939 r.

Nasi biją “Fryców”
Ironią losu zwolnienie z sowieckiego łagru - wspominał Stanisław - zawdzięczałem wojnie. Tym razem armia niemiecka, niedawny wspólnik ZSRR w bandyckiej napaści na Polskę, ruszyła 23 czerwca 1941 roku na podbój Rosji. Stalin też szykował uderzenie na Niemcy, zaskoczony dał się ubiec hitlerowskim planom “Barbarossa”. Głównym założeniem planu było błyskawiczne zniszczenie Armii Czerwonej i ustalenie linii natarcia wzdłuż Uralu. Wiadomość o nowej wojnie obiegła kulę ziemską w tym samym dniu i godzinie. Do nas uwięzionych docierało tyko tyle, ile można było wnioskować z propagandowych haseł. Po niespodziewanym zwolnieniu z łagru, w drodze, częściowo koleją do punktu zbornego w Kujbyszewie, na każdej stacji sowieckie “szczekaczki” wykrzykiwały: Nasi biją “Fryców”! (tak powszechnie nazywano tam Niemców). Niebezpiecznie było dopytywać się o szczegóły. Wszystko było owiane tajemnicą. Posądzenie o szpiegostwo mogło się skończyć rozstrzelaniem pod płotem. Nawet w swobodnej rozmowie z radzieckimi współpasażerami nie można było zapytać: jak wam się żyje, czy jesteście zadowoleni? Natychmiast milkli w obawie, że pyta jakiś prowokator. A któż mógł być tam zadowolony z życia?
Że toczy się wojna przekonały mnie naocznie jej następstwa. W Omsku, niemal 2250 kilometrów od Moskwy zaskakiwało niezwykle dużo młodych żołnierzy kusztykających o kulach na jednej nodze, jakby ucinano tam kończyny taśmowo. Żal okaleczonych wkrótce mi nieco ostygł na widok jak zorganizowani otaczali grupy pasażerów na dworcu. W sztucznie wzmożonym tłoku rabowali, co się tylko dało. Służba porządkowa bezradnie rozkładała ręce, gdy im pokazywano wybebeszone kieszenie. Kto odważyłby się zadrzeć z kalekimi gierojami Sowieckowo Sojuza?
Dopiero w polskim obozie w Buzułuku dowiedziałem się więcej o “nieporozumieniu” między niedawnymi jeszcze sojusznikami: 2 października 1941 roku zaczęła się niemiecka operacja pod kryptonimem Tajfun”, której jednym z najważniejszych zadań było zdobycie stolicy ZSRR. Już pierwszy dzień starcia przyniósł Sowietom olbrzymie straty. Masowe naloty niemieckiej Luftwaffe zniszczyły ponoć 2000 samolotów, których większość nie zdążyła nawet wystartować z lotnisk przygranicznych. Niemcy rozerwali front. Fatalnie zorganizowana łączność między podzielonymi armiami radzieckimi uniemożliwiała obronę. Rozkazy sztabu Frontu Północno-Zachodniego docierały do korpusów z opóźnieniem 24 godzinnym. Nieskoordynowane operacje ofensywne ułatwiały Niemcom szybkie postępy i przewagę na wszystkich kierunkach uderzenia. Już w pierwszych etapach bitew wojska sowieckie zostały rozbite. Do niewoli najeźdźcy trafiło bliski 640 tysięcy jeńców, ponad 5410 dział i 1240 czołgów.
Czołgi generała Guderiana parły naprzód niepowstrzymanie. Zbliżyły się do Zagłębia Donieckiego - ważnego ośrodka radzieckiej gospodarki, w tym produkcji militarnej. Pod tym względem Sowieci znacznie wyprzedzali nazistowskie Niemcy. Utrata zdolności szybkiego uzupełniania wojennego sprzętu groziła przyśpieszoną klęską. W zasobach ludzkich natomiast niezmiennie panowała zasada “u nas ludiej mnogo” ( u nas ludzi dużo). W dniu niemieckiego ataku Armia Czerwona dysponowała blisko 5,4 milionami żołnierzy, w tym prawie 800 tysięcy nowo powołanych, w drodze do jednostek frontowych. Imponująca ilość ustępowała jednak, jakości. Brakowało przede wszystkim doświadczonych oficerów liniowych, sztabowych, personelu łączności, speców rozpoznawczych, saperów i mechaników. Teraz mściły się skutki wielkiej “czystki” w poprzednich latach 1937 - 39, kiedy to rozstrzelano dziesiątki tysięcy oficerów dla umocnienia samowładztwa Stalina w armii. Podobnie najbardziej na losie radzieckiego lotnictwa zaważyły aresztowania wyższego dowództwa. NKWD ledwie nadążało z wprowadzaniem stalinowskich represji, (ale to osobna historia do opisania). Wyszkolenie żołnierzy na bardzo niskim poziomie składało się na zupełne nieprzygotowanie do obrony wojska. Wprawdzie armia posiadała wówczas największe na świecie wojska pancerne z 20 do 25 tysiącami czołgów, ich kierowcy mieli tylko kilka godzin jazdy szkolnej. Radziecką przewagę ilościową niwelowała dobrze wyszkolona kadra Wehrmachtu. Masowo produkowany sprzęt bojowy też pozostawiał wiele do życzenia. Trzonem pancernych brygad były starsze czołgi niewyposażone w radiostacje pokładowe, co uniemożliwiało kierowanie nimi w boju. Nowe zaś - czołg typu średniego T-34, propagandowy pogromca niemieckich “tygrysów” i “Panter”, odporny na broń przeciwpancerną wroga, jak i typ ciężki KW-1 i KW-2, na pierwszy rzut oka robiły wrażenie. W spojrzeniu fachowców były już mniej imponujące. Niektórzy mawiali po cichu, że to kupa żelastwa niedopracowanej konstrukcji. Miały czas gwarantowanej, bezawaryjnej pracy zaledwie 100 godzin. Po czym wysiadały sprzęgła, wyłamywały się zęby skrzyni biegów. Wieże czołgów nie posiadały wentylatora tylko otwór wentylacyjny, już po kilku strzałach wnętrze zapełniało się tlenkiem węgla o stężeniu dziesięciokrotnie przekraczającym dopuszczalne normy. Filtry powietrzne trzeba było czyścić i wymieniać, co kilkadziesiąt kilometrów jazdy, inaczej zacinał się napęd. Żeby przewietrzyć czołg należało otworzyć zarówno właz wieży jak i przedni właz kierowcy. Przy trafieniu weń pocisk masakrował kierowcę. Sama wieża była za ciasna dla dwóch osób - ładowniczego i dowódcy, który był też celowniczym. Przyrządy obserwacyjne niskiej, jakości sprawiały, że łatwiej było obserwować teren siedząc okrakiem na wieży. Prowadzenie czołgu było też katorgą dla kierowcy z powodu nieprecyzyjnej skrzyni biegów. Wrzucenie odpowiedniego biegu wymagało dużej siły i szczęścia. W pośpiechu przygotowań do wojny, kiedy jeszcze “kwitła przyjaźń” radziecko-niemiecka produkcję zaczęto bez żadnych poprawek. W porównaniu z niemieckimi czołgami, z wyjątkiem większego kalibru armaty i nieco lepszego opancerzenia ustępowały też szybkością i stabilnością na nierównościach terenu. Niemieckie czołgi przegrywały, ale z powodu braków zaopatrzenia na polu bitwy, zwłaszcza paliwa.
Do obrony Moskwy wystawiono 1.250 tysięcy żołnierzy, 1000 czołgów i blisko 80 tysięcy dział przeciwlotniczych. W myśl dyrektywy Hitlera stolica miała być zrównana z ziemią. Stalin wydał rozkaz walki do ostatniego żołnierza. O sobie nie wspominał, za to w hura patriotycznych hasłach zagrzewał mieszkańców do budowy fortyfikacji i rowów przeciw czołgowych. Na wszelki wypadek, gdy by się ktoś wahał, za plecami pracujących patriotyczny nastrój podtrzymywały specjalne odziały z bronią maszynową gotową do użytku. Z Moskwy ewakuowano wszystkich zbędnych - dyplomatów, inteligencję, wywożono dokumenty i dzieła sztuki.
Środki propagandy zajęte biciem Fryca ani się spostrzegły, gdy Fryc znalazł się w pobliżu Krasnej Polany, skąd już przy pomocy lornetek widoczne były wieże Kremla. Kiedy hitlerowskie zastępy były już tuż, tuż w Moskwie, sytuacja zmieniła się jak po dotknięciu zaczarowanej różdżki. Wcześniej niż zwykle zaczęły się jesienne opady deszczu ze śniegiem, i spadek temperatury. To, co Rosjanom było znane, na co dzień, dla Niemców okazało się śmiertelną pułapką. W błotnistych roztopach grzęzły po osie samochody dostawcze zaopatrzenia frontu. Z każdym dniem powiększało się grzęzawisko. Cofające się oddziały radzieckie, niszczyły wszystko, co nie zdołały wywieźć. Zrywano mosty, tory kolejowe i nieliczne tam drogi utwardzone. Atakującym Niemcom urwały się dostawy paliwa, smarów, pocisków artyleryjskich. Najdotkliwiej odczuwano brak żywności. Hitlerowcy odbierali miejscowej ludności wszystko, co nadawało się do zjedzenia, skazując ich na niechybną śmierć głodową.
Armia Czerwona korzystając z tak świetnych dla nich warunków przeprowadziła udane walki odwrotowe, pod osłoną których przygotowano świeże armie do natarcia. W kontrofensywie wojska niemieckie zostały odrzucone o 100 - 250 kilometrów od Moskwy. Rozbito 58 dywizji niemieckich, w tym 11 pancernych z blisko 780 czołgami. Wehrmacht stracił dużą ilość dział, moździerzy i 155 tysięcy żołnierzy.
Bynajmniej niemiecki “tygrys” nie został pokonany. Wciąż był groźnym przeciwnikiem. Stracił tylko kilka zębów i okopał się na nowych pozycjach w przygotowaniu do następnego ataku.
Niewątpliwie nieudane zdobycie Moskwy przyczyniło się do odwrócenia losów wojny, a nam w polskim obozie, ofiarom dwóch zbójeckich państw, przysporzyło siwizny na głowie z powodu nieustającego napięcia. W pośpiesznym łataniu strat ludzkich w kampanii groziło nam wysłanie na stoliczny odcinek frontu. Na szczęście generał Anders zdołał przekonać Stalina, że nic tam po nas, wynędzniałych, niewyposażonych w broń i niewyszkolonych obdarciuchów bez ekwipunku i mundurów. Nie mieliśmy żadnej wartości bojowej. Nade wszystko nie chciałem umierać w obronie gniazda “szerszeni”, nękających Polskę od setek lat. >

CDN

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji