nr. 91
VICTORIA, BC,
Październik 2019
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polskie Delikatesy
w Victorii
zapraszają


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E.Kamiński-
Co słychać

w kraju nad Wisłą

A.J.Połczyński-
Najsławniejszy

polski klasztor

J.Kubik
O herbacie

kilka słów

E.Kamiński-
"Barbarossa"

w natarciu

J.S.-
Moniuszko

w rok moniuszkowski.

White Eagle Band-
List Otwarty
do członków
Stowarzyszenia

Z konsulatu RP-
List
wybory

ECK-
Protest klimatyczny
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 44

Rozmaitości

Indeks autorów

Aleksander Janta-Połczyński, Wiadomości Literackie 12.08.1934

Najbardziej polski klasztor


SMroczna jest Jasna Góra. Z ciemnego masywu zabudowań klasztornych wspina się w niebo wieża, niby maszt, i światłem jednej latarni płynie, trochę między gwiazdami, a trochę wśród chmur, pędzonych wiatrem i nabrzmiałych nocą.
Podkreślone czarnym pasem obronnych wałów, piętrzą się dachy klasztoru, kościoła i baszt. Z ich ciemnego skupienia ledwo odzywa się życie echem śpiewu czy też brzękiem dzwonków, tak słabym, jak słaby jest odblask świateł, rozkwitający od wnętrza przez jedną czy dwie szyby w rzędach okien, śpiących już ciemnością i ciszą.
Gdy ogarnąć to wszystko jednym spojrzeniem – zamczysko. Gdyby obejść naokoło i uświadomić sobie wysokość fortecznych szańców, które wynoszą klasztor ponad wzgórze i dają mu należne odcięcie i odosobnienie od reszty świata, – wyspa.
Wyspa kościoła ongi naprawdę wojującego. Jeszcze cała forteczna i obronna. Jakby z feudalnych czasów żywcem wzięta, przeniesiona w dzisiejszą współczesność: pełna wspomnień i tradycji, zamknięta w sobie i tryumfująca.
Pierwsze zbliżenie: przez szereg bram, powoli nasiąkając atmosferą coraz bardziej kościelną, przez trzy bramy z różnych czasów, różnymi rękami stawiane, wszystkie trochę cmentarne, półkolem wspinającą się drogą, drogą pielgrzymów i pątników, razem z nimi i obok nich, wchodzimy na pierwszy dziedziniec.
Noc jest zupełna, i zaraz będą zamykali bramę. Pusto prawie, tylko nieliczne gromadki ludzi czernią się na tle murów, klęczą tu i tam na kamieniach, odchodzą ze świecami w rękach. Im dalej w głąb, tym ciemniej i puściej. Mnożą się tylko krużganki i łuki bram. Arkady, niby wtopiony w ściany wału most nad przepaścią mroku, schody wiodące w próżnię nieba i nocy. A głębiej, między murami, dziedzińce, załomy i wnęki pełne czarnego cienia, który spływa po płaszczyznach skośnych dachów i z kopuł kapie smugami smoły, wyściełającej całe dno podwórca. Architektura tych domostw klasztornych pod patyną nocy tworzy ramy, w których mieszka dawność, tajemnica i poezja. A kiedy klucznik klasztorny zamyka furtę, dwa skrzydła krat w pierwszej bramie, – dawniej tu zakonnicy most zwodzony podnosili na noc, – życie wewnętrznych dziedzińców przenosi się poza mury, na stoki wzgórza. Skupia się pod szczytową ścianą kaplicy, o którą wysoko nad wałami oparty jest ołtarz zewnętrzny, postawiony tu dla „zaspokojenia pobożności pielgrzymów” i gdzie w okresach wielkiego napływu wiernych, w dnie odpustów i szczególnych świąt, dla tłumów na placu zebranych odprawiają się nabożeństwa.
Nadole rzędami poustawiane ławki dla pobożnych, jak dla widzów jakiegoś przedstawienia na świeżym powietrzu. Pełno ludzi, niektórzy z zapalonymi świecami, inni klęczący dalej poza ławkami, w trawie. Bywa, że cały plac się rozpala drobnym migotem tych świec. Roi się mrowiem płomyków i twarzy, jakby w obrzędzie, jakim świętojańskim. Powtarza się widowisko z każdym odpustem. Jest, na co patrzeć z góry, od ołtarza, jak falują płomyki na wietrze, jak drgają języki ognia, posiane gęsto w czerń.
A czerń wszystkie oczy podniosła, wszystkie utkwiła w ołtarzu. Obraz w nim (jakaś wymuskana kopja cudownego wizerunku, który się mieści wewnątrz kaplicy) jest jak ekran, jasno oświetlony światłem bocznemu, ukrytym, więc tak jakby sam świecił. Tym światłem odcina się z ciemnej oprawy murów i ścian i całej masy mroku, tak czarnej, że aż granatowej.
Teraz jest cisza zupełna na placu i nad klasztorem. Są jeszcze ludzie klęczący między ławkami. Są jeszcze świece ręką osłaniane od wiatru.
Na murach jednostajnie jasny czworokąt obrazu. A noc rumiankiem pachnie na Jasnej Górze.

*

532 stopnie prowadzą na szczyt sto pięć i pół metrowej wieży kościoła jasnogórskiego. Łatwo rozpatrzeć się stąd w okolicy. Częstochowa-miasto nieważne się zdaje z tej wysokości, rozrzucone, kominami fabryk nastroszona.
U stóp zabudowania klasztorne. Dziedzińce niby dno studni. Poprzerastały się budynki, przystają do siebie pod prostemu kątami, włażą na siebie dachem. Stąd, z wysoka, jak z mapy, można by wprawnemu okiem odczytać historię zrastania się tych wszystkich dobudówek jakiem pęczniał i odbudowywał się klasztor w ciągu wieków, pożarami niszczony częściej, niźli cierpiący od wojen.
Zabudowania Jasnej Góry odcięte są bardzo dokładnym kwadratem, obrysowanym krawędziami wałów, wpartych w cztery strony świata klinem narożnych bastionów. Jest Jasna Góra w Częstochowie miastem w mieście. Miastem zupełnie niezależnemu, choć się na dobrą sprawę życie ich obu przeplata – jedno z drugiego żyje. Jasna Góra z całej Polski: Częstochowa trochę z Jasnej Góry. Mówię: trochę, bo wbrew przypuszczeniom, obecność Jasnej Góry na rozwój Częstochowy nie miała decydującego wpływu.

*

Korytarze klasztorne pachną kadzidłem i winem, piwnicznie i staroświecko. Korytarze bielone, a mroczne, o murach grubych nieraz na kilka metrów, o oknach wciśniętych często, niby strzelnica, w ścianę, o sufitach sklepionych, krawędziami łuków rozpinających się nisko.
Na ścianach stare obrazy, stare zegary, stare krucyfiksy, pamiątki dawności i dziejów klasztornych – nie sposób porachować ani spamiętać ile tego, niepodobna wszystkiego zobaczyć nawet. Tu ołtarz z wizerunkiem Matki Boskiej malowanym na miedzi, najbezpieczniejsze miejsce w całym klasztorze, najgrubszymi murami obwarowane, gdzie w czasie oblężenia szwedzkiego przeniesiono cudowny obraz, a naprzeciwko cela przeora Kordeckiego, którego święta pamięć i kult żyje i trwa w klasztorze. Z każdą salą, rycerską czy refektarzem, o sklepieniu niby rozgwiazda, wspomnienia związane i przypowieści. Niejednokrotnie ściany albo sufit przyozdabia ich wyobrażenie, dzieło miejscowych malarzy, nie zawsze wiadomego nazwiska. Ciągnie się labirynt korytarzy i wydłuża po schodach rozmaitych aż do lochów, pachnących wilgocią i pleśnią, aż do przejść potajemnych, co pod szańce wiodą i którędy w dnie oblężenia wypadów i wycieczek na pozycje nieprzyjacielskie dokonywano.
Żyje się tutaj w osobności, w odcięciu, w cieniu. W spokoju od tych nieustannych falang ludzi, pielgrzymów, zwiedzających, które przelewają się w dole, przez kościół, kaplicę i na dziedzińcach.
Tu, w klauzurze, jest także biblioteka. Przyćmione, żółtawe światło. Ściany wykładane boazeriami, sufit we freskach. Równymi rzędami na równych półkach ustawione grzbiety potężnych tomów. Zdawałoby się, że stare księgi były wszystkie jednego formatu, wielkości mszału, co najmniej. Ale to, co jako księgi rzuca się w oczy starej bibliotece, to tylko futerały drewniane w formie ksiąg, których wnętrza dopiero mieszczą nieprzebrane bogactwo wiekowych tomów, jedenaście tysięcy egzemplarzy uratowanych od klęski ognia, jakie dawniej pustoszyły klasztor. Między nimi najpiękniej przechowane unikaty z XV i XVI w. Myślę, że niejedno jeszcze odkrycie, niejedne „Kazania świętokrzyskie” czekają tutaj na swego Kolumba w staroświeckich oprawach grubych łacińskich i polskich foliałów. O. Marjan Paszkiewicz, bibliotekarz klasztoru, nie bez racji powiada, że majątek drogocennych kruszców, jaki zawiera skarbiec jasnogórski, ledwo równać się może ze skarbami biblioteki.
Skarbiec jest koło zakrystii, w jednym z bardziej bezpiecznych miejsc klasztoru (z grubości murów sądząc). Z oszklonych i oświetlonych szaf rozbłyskuje przepych klejnotów i złota, nagromadzonego tu przez wieki z darów wyłącznie, których niejeden bank państwowy mógłby z powodzeniem pozazdrościć klasztorowi. Strzeżony, ma się rozumieć, nowoczesnym zgoła systemem alarmowej sygnalizacji, wobec niejednych w historii i w czasach niedawnych prób niekoniecznie legalnego uszczuplenia jego zawartości. Majstersztyki złotników sprzed kilkuset lat, monstrancje, że tylko opis jednej przytoczę, ofiarowanej na Jasną Górę po odparciu najazdu szwedzkiego zbiorowym wysiłkiem narodu: 22 funtów złota, 2 366 brylantów, 2 208 rubinów, 30 szafirów, 81 szmaragdów i 215 pereł, razem 5 funtów drogich kamieni. Brylant w koronie tej monstrancji uważany jest za największy w Polsce.
W czworobocznym krużganku, przed wejściem do kaplicy cudownego obrazu, zatrzymajmy się przed pomnikiem z czarnego marmuru, „wzniesionym dla siebie” przez Wojciecha Kazimierza z Kurozwęk Męcińskiego. O. Męciński, jezuita, w XVII w. z Portugalczykami do Japonii się wybrał, nawracać Japończyków na wiarę świętą. Trzy dni zaledwie trwał jego pobyt na wyspach Nipponu, gdzie już prześladowania trwały w całej pełni. Misjonarz Męciński męczeńską śmiercią zginął, zrzucono go do morza ze skały w porcie Nagasaki. Taka jest historia pierwszego Polaka w Japonji.

*

U wejścia do kościoła należy odczytać komunikat przeora p. t. „Odezwa do niewiast: „Uprasza się niniejszemu wszystkie niewiasty, pragnące wstąpić w progi świątyni, aby nie wchodziły tu ubrane według dzisiejszej mody, z wyciętymi dekoltami, nagiemu rękami i w zbyt krótkich sukniach. Jeżeli bowiem tego rodzaju strój wszędzie jest niewłaściwym, moralnie szkodliwym i bezwzględnie wpływa na obniżanie się chrześcijańskiej moralności, to stokroć więcej w świątyni, ze względu na zniewagę Boga, jaką Mu się przez to wyrządza” (podkreślenia o. przeora).

*

Obszerna, ale ciemna i niska, sklepiona zakrystia przylega do cudownej kaplicy. Tu już tłok wiernych znaczny, zwłaszcza w godzinach rannych nabożeństw. Trzeba ogromnej cierpliwości ojców, aby to wszystko pomieścić, zadowolić, załatwić, jednemu poświęcić szkaplerze i te wszystkie pamiątki, jakich pełne garście nakupował w straganach pod klasztorem, drugiego wyspowiadać, trzeciemu odpowiedzieć na najdziwniejsze pytania, kiedy tłumem nieprzebranym walą, wciąż nowi, wciąż inni i wciąż tak samo niezaspokojeni. Trzeba się przy tym wszystkim ubierać do mszy, modlić, uważać na ludzi, żeby się nie podusili, dobrotliwie, ale stanowczo łagodzić napór ich na boczne drzwi, prowadzące do prezbiterium przy cudownym obrazie, gdzie każdy chciałby się dostać, ale gdzie miejsce jest tylko dla powołanych, dla chorych zwłaszcza i przede wszystkim. Niemałej wprawy wymaga ze strony ojców umiejętna manipulacja tym żywym strumieniem tłumu, który nieraz występuje z ram opanowanych, rozbucha się i ponosi, ciasność miejsca, rozsadzić chce straszliwym od wnętrza, ciśnieniem ciał, łokci i rąk.
Do kaplicy najlepiej wejść przez główne drzwi, naprzeciw ołtarza i obrazu. Zanurzyć się od razu w mroczność gotyckiego prezbiterium, oddzielonego kratą od barokowej reszty. Przez żebrowania krat jarzy się teraz od świec i lamp i srebrnego odblasku wotów, którymi zawieszone są boczne ściany i hebanowy ołtarz. Spomiędzy tych błysków, tego gorzenia czerwonych języków w srebrnych ciężkich wiecznych lampach i w roju żółtych płomieni świec, poprzez siwe smugi kadzideł, rozkręcających się zwolna od stóp ołtarza, zza kap i ornatów złoconych, zza całej uroczystej bieli asysty w komżach – ikona. Jak bardzo piękna jest ta ciemna twarz. Jak z wpatrzenia się w jej owal, oprawny w srebro, występują powoli oczy. Tło i samo oblicze – mrok. Spojrzenie idzie w głąb niego, niby w studnię, i choć poprzez mrowie świateł dosięga ciemnego dna, żadnym blaskiem nie da się odciągnąć, ani rozproszyć w skupieniu. Widzi tylko oczy obrazu, przykuwające i piękne.
Od obrazu myśl powraca do tłumu. Przejść się wzrokiem po twarzach tych ludzi klęczących tutaj w ścisku niepomiernym i próbować odgadnąć zagadkę tej ekstazy, tego napięcia zachwytu, który w ich piersi rośnie oczekiwaniem nadzwyczajności jakiejś – cudu.
Jest w tym tłumie, na co dzień szarym i śpiącym, zapamiętanie się, żarliwość, dochodząca do omdleń, do wybuchów histerji u słabszych, są źrenice w łzach. Najjaskrawiej manifestują się uczucia w doskonale wyreżyserowanych chwilach odsłaniania i zasłaniania obrazu. Przy zasłanianiu zwłaszcza, któremu towarzyszy muzyka, hejnał na trąbach. Płacz, jęk, westchnienia i szlochy, ręce załamane w powietrzu, ręce wyciągnięte ku ołtarzowi…
W życiu ludzi, przychodzących tutaj z wyczekiwaniem pomocy, z potrzebą znalezienia pociechy, w szarym życiu rzesz, którym los nie jest łaskawy, jedynym blaskiem, jedynym ukojeniem i nadzieją jest to oblicze w aureoli klejnotów i oczy, w których każdy znaleźć może bezmiar współczucia i serca, choćby nie wszyscy nawet rozumieli, dlaczego twarz Matki Boskiej jest ciemna.
Żadnej dyskusji, żadnego rozumowania: to już jest wiara. Mówią mi wprawdzie, że dawniej wiara była większa, więc i cudów więcej, – bo teraz cudów mało, więc znaczy wiara mniejsza.
Patrzę w twarze tych ludzi i dostrzegam w nich wiarę i oddanie tak ślepe i tak ogromne, że chyba góry mogłoby poruszyć. Wierzą z pasją, całkiem fanatycznie i bez opamiętania, wpatrzeni, porwani, wniebowzięci.
Klęczę między nimi, z nimi razem. Śpiewają mocnym, pełnym głosem suplikacje. Jest coś z siły żywiołu czy burzy w tym śpiewie, bijącym w ołtarz. Jest błaganie o cud. Jest więcej niż prośba – żądanie. Od powietrza, głodu, ognia – i wojny… O gdybyż można wierzyć tak jak oni.>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji