nr. 90
VICTORIA, BC,
LIPIEC 2019
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polskie Delikatesy
w Victorii
zapraszają


ARTYKUŁY

Od Redakcji

A.Koraszewski-
Tylko nie mów

nikomu

Ksiądz Paweł-
Mądrość

na cały
rok

W.Widział
Historia jedwabiu

i szlaku

E.Korzeniowska-
Tkaniny

plemienia Salish

L.Mongard-
Abakanowicz

rzeźbiarka.

L.Lameński-
Polska tkanina
dekoracyjna

I.Krzywicka-
Z Huculszczyzny
obecnie na Ukrainie

ECK-
Żabusia
fotorecenzja

TSB-
Modernizacja

biblioteki

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 43

Rozmaitości

Indeks autorów

Irena Krzywicka (artykuł archiwalny z r. 1924)

Z Huculszczyzny


- Huculszczyzna jest niezasłużenie mało znaną połacią Polski [Międzywojennej]. Niezasłużenie – ze względu na piękną przyrodę, odmienny lud, oryginalną sztukę ludową, wielką obfitość źródeł mineralnych, a nade wszystko słodki, łagodny, niemal południowy klimat. Trudno opisać tamtejsze pachnące powietrze, odmienne zupełnie od lodowatego tchnienia Tatr; powietrze, przypominające słodkie, nagrzane wino i będące prawdziwą pieszczotą dla płuc.
Flisacy na Czeremoszu
Cała linja Jaremcze - Worochta jest szeregiem prześlicznych miejscowości, nanizanych jak perły na lśniące nici szyn kolejowych.
Punktem wyjścia naszym jest Kołomyja, miasteczko, pozujące niemal na miasto, z „eleganckim” (wszystko jest względne) hotelem City, zwanym w tutejszym narzeczu Cyta. Jedyną godną uwagi właściwością tego miasta jest duża ilość wspaniałych owoców, zwłaszcza, gdy dojrzeją pyszne, słodkie melony, pachnące prawdziwym Południem.
Z Kołomyi autem „luksusowem” ruszamy do Kosowa, gdzie przyjeżdżamy brudni i zakurzeni.
Pogoda była tropikalna. Po południu zerwał się wicher, który tworzył z kurzu ulicznego istne trąby piaszczyste. Poczynało być egzotycznie – niemal Sahara. Na jednej ulicy, która jest właściwie miastem Kosowem, duży ruch – Huculi i żydzi. Zwiedzamy sklepy i warsztaty z kilimami, bowiem Kosów jest ośrodkiem przemysłu kilimczarskiego w Galicji Wschodniej i wyroby tamtejsze, bardzo piękne i oryginalne, docierają nawet do Warszawy. Pod Kosowem w Moskalówce wyrabiają prześliczną ceramikę huculską, której główną osobliwością jest, iż przedmioty gliniane najpierw się rzeźbi a potem tę wypaloną płaskorzeźbę maluje.

Następny dzień, słoneczny, ale nie tak już upalny, to jazda wozem do Żabiego, największej wsi huculskiej, odległej o jakie 70 km, od najbliższej linii kolejowej. Droga czarująca wygina się, biegnie to w górę, to na dół, odsłania coraz to nowe perspektywy, przeskakuje nad potokami, przytula się do skał, albo spokojnie biegnie poprzez rozrzucone wsie huculskie. Leżymy na workach z kukurydzą, jemy ogórki, którymi nas częstuje furman, i wdychamy z rozkoszą upajające powietrze. Jedziemy wolno, noga za nogą. Nadchodzi wieczór. Robi się coraz bardziej pusto, dziko i bezludnie. Góry poczerniały, drogę za ledwo widać, niebo wyiskrzone. Na koźle dwie czarne, kiwające się postacie, koła głucho turkocą i słychać w dole szum potoku. Wróciło wspomnienie baśni niegdyś czytanych, gdzie senne i zziębnięte trochę dzieci jadą w ponury i dziwny kraj, wiezione przez czarne koboldy. Oczy się przymykały, turkot wozu wiązał się w rytm urywany. Zasnęłam.
Zerwaliśmy się wcześnie rano, aby tego samego dnia pojechać tratwami po Czeremoszu do Kut. Jest to jedna z najpiękniejszych wycieczek Huculszczyzny. Jechać można tylko 3 razy na tydzień, bo Czeremosz jest rzeką szeroko rozlaną, ale płytką, i tratwy by nie uniósł. O kilkadziesiąt kilometrów w górę rzeki, w Burkucie są olbrzymie śluzy, skąd spuszczają co drugi dzień wodę. Na takiej fali, długości 2 – 3 km. płyną tratwy, zwane przez Hucułów darabami, aż do Kut, jedynego ormiańskiego miasteczka w Polsce. Nie udało nam się jednak tego samego dnia wyjechać, bo woda z niewiadomych przyczyn nie „poszła” jak tam mówią; spodziewano się, więc jej nazajutrz.

Na drugi dzień czekaliśmy bardzo długo na wodę, t. j. na nadejście fali, spuszczonej w Burkucie. Tubylcy mają słabe wyobrażenie o czasie i zupełnie zbytecznie kazali nam się zerwać tak wcześnie rano. Lecz po długich godzinach oczekiwania usłyszeliśmy krzyki: „Woda ide”. Wyjrzeliśmy z naszej drewnianej warowni. Łagodny, płytki, przezroczysty Czeremosz zmętniał i wzburzył się. Waliła korytem rzeki, wypełniając je całkowicie, woda szara i hucząca, wełniąca się miejscami na kształt baranków morskich. Wkrótce poczęły dopływać tratwy, pojedyncze i powiązane po kilka. Nadpłynęła wreszcie i nasza daraba, na której bracia Żubiukowie zbili nam ławeczki.

Ruszyliśmy. Co za rozkosz jest płynąć na tym najprostszym statku, jaki ludzkość wymyśliła! Pnie drzewne, powiązane luźno gałęźmy; wśród nich płynie wartka woda. Płynie się prędko. Jest się w bezpośrednim kontakcie z wodą, czego nie daje łódź.
Nagle szum i łoskot z daleka. Poroh -próg skalny. Flisacy nasi z największym napięciem mięśni i nerwów rzucają się do wioseł – ledwo ociosanych długich, młodych drzewek. Nogami, obutymi w podkowy z hakami, wpijają się mocno w pale tratwy. Zbliżamy się w zawrotnym pędzie. Chlup, i tratwa całym pędem pogrąża się w wodzie. Snop tęczowych kropel rozbryzguje się przed nami. Chlup znowu, cały wał wodny wali się na tratwę, polewa nas rzęsiście i, cicho burcząc, spływa po pniach drzewa.
A potem woda spokojna, niemal nieruchoma, jak jezioro. I znów porywa nas wartki prąd. Jesteśmy przemoczeni do nitki, ale z radością witamy każdy nowy poroh. Lekki dreszczyk niebezpieczeństwa, wał wody przed nami, przeciągły skowyt pni drzewnych, wspinających się jedne na drugie, i szalone skoki tratwy, podrzucające nas do góry – to jest jazda, to jest pęd, to jest rozkosz! Jesteśmy, jak pijani, śmiejemy się, krzyczymy głośno. A przed nami, jak dwa posągi, Iwan i Wasyl o napiętych mięśniach i mocnych, rozgorzałych oczach.

I znów płyniemy tonią spokojną, ledwo się mieniącą. Nagle twarze naszych flisaków poważnieją, poczynają przekrzykiwać się z ludźmi, stojącymi na brzegach. „Zahata” mówią wreszcie, zwracając się do nas. To znaczy, że w dole rzeki jedna tratwa wjechała na drugą i że już wszystkie następne z nieubłaganą koniecznością wjechać muszą na poprzednie. I rzeczywiście, po pewnym czasie, widzimy zwał porozbijanych tratw. „Bieregiś” – wołają nam jeszcze flisacy i po chwili nasza „daraba” z hukiem i trzaskiem wpada na zator. Z nie wiadomo, kiedy narodzoną zręcznością uskakujemy w bok i z dosyć niemądrym wyrazem oglądamy się wokoło. Sytuacja niewesoła: z jednej strony brzeg rumuński, na którym wysiąść niepodobna; od brzegu polskiego dzieli nas nieprzebyty główny prąd rzeki. Jednak, po godzinie, dzięki wytężonej pracy Iwana i Wasyla, którzy w ubraniu stali po ramiona w lodowatej wodzie, udało się nam popłynąć dalej. Woda jednak znacznie opadła. Wkrótce nadzialiśmy się na głaz podwodny, a wreszcie napotkaliśmy drugą „zahatę”, która radykalnie położyła koniec naszej dalszej podróży.
Był już wieczór i zupełnie ciemno. Dygotaliśmy, jak w febrze, przemoczeni i zziębnięci. Staliśmy na małej wysepce w środku rzeki, czekając, aż Huculi naprędce sklecą tratwę, aby nas dostawić do brzegu.
Takich to niezwykłych wrażeń doznaje ten, kto podróżuje po górskich rzekach Huculszczyzny. >




Informacje z Internetu:
Województwo stanisławowskie zostało utworzone 23 grudnia 1920 r. Zajmowało powierzchnię 18 368 km kw. Od strony południowej graniczyło z Rumunią, a na południowym zachodzie - z Czechosłowacją. W 1931 r. wyłączono z niego powiat turczyński, który przeszedł do woj. lwowskiego. Stolicą województwa był Stanisławów. Według spisu z 1931 r. województwo liczyło 1 480 300 mieszkańców. Pod względem narodowości przeważali Ukraińcy (47 proc.), Polacy stanowili 23 proc., Rusini 21 proc., Żydzi 8 proc., Niemcy 1 proc. W górnej części Prutu w Czarnohorze i we wschodniej części Gorganów mieszkali Huculi (grupa etniczna górali pochodzenia rusińskiego i wołoskiego). II wojna światowa oznaczała koniec istnienia województwa stanisławowskiego. Jeszcze podczas kampanii wrześniowej przez te tereny Polacy uciekali do Rumunii. Po agresji sowieckiej most w Kutach przekroczył ostatni prezydent II Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki. Na mocy postanowień jałtańskich województwo stanisławowskie znalazło się w granicach ukraińskiej SRR. Nastąpiły przymusowe, masowe deportacje ludności polskiej na ziemie zachodnie. >.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji