nr. 92
VICTORIA, BC,
Listopad 2019
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polskie Delikatesy
w Victorii
zapraszają


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E.Kamiński-
Co słychać

w kraju nad Wisłą

J.S. -
Kino kobiece


E.Kamiński-
Rewolucja

męskiej mody

E.Korzeniowska-
Ciuchy

z odzysku

E.Caputa-
Puławski

gentelman

T.G.
Noc w Gdyni
przedwojennej

J.Wałek-
Kolekcja
Czartoryskich

E.Caputa-
Z kolekcji
Czartoryskich

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 45

Rozmaitości

Indeks autorów

z Mniszkówny przepisala ECK

Trendowata
(wersja odkurzona) cz. 45

Towarzystwo powiększyło się: Waldemar przedstawił gościom trzech praktykantów głębowickich.
Wszyscy rozbiegli się po szerokich ulicach zwierzyńca, ubawieni spacerem w lesie, utrzymanym wzorowo i pełnym zwierzyny. Po zielonych polankach śmigały bure sarny na nogach jak sprężyny, ogromne sztuki jeleni z lasem rogów na głowach sunęły poważnie, bez obawy; plamiste daniele skubały trawę, grupując się w większym cieniu. Często zatętniał ciężki bieg łosia, łomot gałęzi i głuche rechotanie zwiastowało bliskość odyńców. Ze wszystkich kępin trawy, z krzaków sypały się zające; szare kuropatwy, wystraszone gwarem, wzlatywały w górę z właściwym furknięciem.
Świat zwierząt na ziemi zagłuszały górne sfery ptaków, najrozmaitsze krzyki, kwilenia i świsty brzmiały wśród rozłożystych koron drzewnych niby druga orkiestra. Roz¬śpiewany las poprawił humor całego towarzystwa. I znowu szły barwne rozmowy, wyprzedzały się dowcipy, głośne wy¬buchy śmiechu płoszyły czworonożnych mieszkańców kniei.
Na jednej po fance stało kilka słupów z białymi tarczami, na których wymalowane czerwone i niebieskie kółka służyły do strzałów amatorskich. Trestka i baron Weyher na¬tychmiast zabrali się do tego: jeden gorączkowo, drugi z flegmą. Łowczy dostarczył im flowerów i rozpoczęli strzelanie. Baron dowodził, że mu to przypomina tir aux pigeons w Monte Carlo, tylko jest mniej zabawne. Za przykładem panów poszły i panie. Pierwsza hrabianka Paula chybiła trzy razy do czerwonego asa; próbował Wiluś Szeli¬ga - nie trafił, próbował Trestka i baron Weyher, również bez skutku. Trestka krzyczał, że cel za mały i złe flowery, zawsze i wszędzie wynajdywał błędy. Niepowodzenie rozgorączkowało wszystkich. Podszedł książę Podhorecki z Ćwileckim i walili w nieszczęsną tablicę, aż drzazgi się z niej sypały, lecz czerwony as świecił nie poruszony.
Wreszcie panna Rita chwyciła flower i zaczęła mierzyć, ale Trestka szepnął szyderczo:
- Mierzy pani do niezwyciężonego. Wszelkie zabiegi na nic. Radzę zaniechać. ·
Odwróciła się zdziwiona.
- Jak to! Co pan mówi? ...
- Że ten as tak samo trudny do zdobycia, jak jego właściciel - odrzekł Trestka z wybuchem szczerości.
- Panie! proszę raz zleźć z tych swoich alegorii. Mam ich dosyć!
- Czyż nie powiedziałem wyraźnie? ...
- Aż nadto!
Bystro spojrzała dokoła i oddając flower Stefci, rzekła z ironicznym uśmiechem:
- Proszę, niech pani jeszcze spróbuje tego niedoścignionego celu:
W tej chwili zbliżył się Waldemar.
- Pani umie strzelać? - zapytał.
- Umiem.
- A to ciekawym!
Stefcia, która słyszała krotką rozmowę panny Rity z Trestką, wzięła flower spokojnie i odstąpiwszy kilka kroków, wymierzyła w środek niebieskiego kółka na czwartej tablicy z rzędu.
- Ależ nie tak! pani mierzy zupełnie w inną stronę - krzyczał Trestka.
- Bo ja mierzę do niebieskiej tarczy.
Strzał huknął. Stefcia drgnęła, podniosła głowę i bystro patrząc poprzez dym zawołała:
- A co, panie Trestka, trafione? ...
- Parfaitement! w sam środek. Co prawda, duże koło to nie czerwony as! Czemu pani nie strzelała do asa? O to chodziło.
- Nie chciałam - odparła krótko.
- Bała się pani kompromitacji? - zapytała z intencją Rita.
Stefcia zapłonęła.
- Nie narażałam się na nią.
Waldemar śledził ich nieznacznie. Zrozumiał wszystko.
- Teraz ja, va banque! - rzekła panna Rita. Huknął drugi strzał.
- Trafione na pewno! - zawołała. Trestka zrewidował tablicę.
- Ani trochę! Mówiłem, że to nie dla pani cel. Trzeba było słuchać.
Młoda panna zacięła wargi.
- A więc jeszcze raz panna Stefania! Koniecznie!
- Ja panią zastąpię! - podchwycił Waldemar.
Nim kto zdołał zaprzeczyć, chwycił flower, przymierzył i wypalił. Tablica zadygotała, rozszczepiła się na dwoje i spadła w trawę z·przebitym na wylot asem.
Waldemar zwrócił się do Stefci z miną zupełnie obojętną; jakby nie rozumiejąc, o co im głównie chodziło.
- Strzelałem w pani imieniu - rzekł z lekkim ukłonem.
Stefcia pokręciła głową. ·
- Nie chciałabym być pańskim przeciwnikiem w pojedynku. Strzela pan jak Nemrod.
- A ja przeciwnie! - rzekł Trestka. - Jak mi życie obrzydnie, to pana wyzwę. Przynajmniej od razu buch! na tamtą stronę.
- Trzymaj się pan tej - pewniejsza! - zaśmiał się Waldemar.
Panna Rita bez słowa odeszła w głąb lasu.
Na obiad nie chciano wracać do zamku. Ordynat urządził nową niespodziankę. Gdy całe towarzystwo szło w stronę rzeki, bo Trestka głosował za łapaniem ryb, nagle zabrzmiał głośny, melodyjny dźwięk trąb.
Zatrzymali się wszyscy zdumieni. – Co to znaczy? co to za sygnał?
- Zaproszenie na obiad! - oświadczył Waldemar. - Służę państwu. I podał ramię księżnej Podhoreckiej.
Pośród rozłożystych dębów, w cieniu, na polance, towarzystwo ujrzało długi stół zastawiony do obiadu. Naokoło wysokie słupy, strojne w dębowe wieńce i chorągiewki z barwami Michorowskich, takież wieńce i chorągiewki pozawieszane w poprzek polanki tworzyły rodzaj sklepienia nad stołem; bielizna stołowa tkana w herby i desenie przedstawiające sceny myśliwskie. Srebra, kryształy, porcelana, wszystko z myśliwskimi inicjałami. Krzesła z rogów łosi. Kosze z owocami na stole miały podstawy z rogów jeleni. Przez baldachim z wieńców i liści słońce rzucało drgające plamy na bogactwo stołu, nadając mu wygląd jeszcze świetniejszy. Zamiast lokajów stał szereg strzelców zwierzynieckich, przeznaczonych do obsługi, w strojnej liberii, z pistoletami i nożami. Dowodził nimi główny kamerdyner zamkowy. Między drzewami przeświecała altana płócienna, przeznaczona dla służby i kucharzy.
- Zobaczysz pan coś podobnego do sławnych polowań głębowickich - mówił książę Podhorecki do barona. - Ordynat ma pyszne leśniczówki, ale co za knieje. Powiadam panu, zwierzyna na tysiące się liczy.
Obiad trwał długo. Pomysł Waldemara okazał się doskonałym, wesołość panowała niezmącona. Nie tylko młodzież, ale nawet pani Idalia i hrabina Ćwilecka wyszły ze swej majestatycznej oprawy, były wesołe i naturalniejsze niż zwykle. Waldemar celował w dowcipnej rozmowie, Trestka najgłośniej krzyczał. Wznoszono toasty, przy których straż leśna wykonywała huczne fanfary na trąbach. Orkiestra w przerwach między toastami grała ciągle i las brzmiał gwarem, roznosząc echo zabawy aż na fale rzeki złoconej słońcem. >

CDN.

Przejdź dalej

Napisz do Redakcji