NavBar
nr. 9
VICTORIA, BC,
Luty 2009

INFORMACJE 
LOKALNE
Nadchodzące imprezy, ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

zbliżają się wybory...


E. Caputa - Radio na 102
w niedziele o 10 rano prowadzi Grażyna Sommerfeld


E. Kamiński - Koniec Swiata
Wyłania się z przepowiedni..


TSB - Arena
Pod koniec lat 60. i w latach 70. Wrocław stał się stolicą polskiego konceptualizmu


W. Kowalewski - Legendy Literackie
Lubimy legendy literackie.


S. Cieński - SZPACZKA
Wspomnienia weterana Wojny Bolszewickiej

FOTOREPORTAŻE

Na Opłatku

JASEŁKA


KOMIKS

ROZMAITOŚCI


Włodzimierz Kowalewski

Legendy literackie

Lubimy legendy literackie. Może dlatego często powracają, nawet z długiego zapomnienia. Ostatnio Jerzy Sosnowski, pisarz oraz redaktor TVP Kultura, przypomniał na swoim blogu poruszający wiersz Ryszarda Milczewskiego-Bruno pt. „Pamiętasz”. Ukształtowany w zupełnie innej, „bruLIonowej” tradycji, Sosnowski przyznał się, że niewiele wie na temat postaci tego znanego niegdyś poety, autora kilku zbiorków wierszy, tragicznego bohatera ciężkich anegdot i ponurych opowieści. Wywiązała się internetowa dyskusja. Nie mogłem się nie włączyć. Trzydzieści lat temu byłem naocznym świadkiem jego śmierci.

Już same tytuły tomików – „Brzegiem słońca”, „Poboki”, „Gwizdy w obecność” – wskazują, że mamy do czynienia z „poezją drogi”. Ryszard Milczewski-Bruno, z zawodu technik-rolnik, nieustannie, wzdłuż i wszerz przemierzał polską prowincję szukając autentyczności i szczerości, źródeł życia, a u tzw. „prostego” człowieka – jakiejś idealnej czystości duszy. Bardzo to się podobało na ówczesnych salonach, a jeden z jego wierszy zaśpiewał nawet Marek Grechuta. Legenda literacka trochę na wyrost połączyła go również przyjaźnią z Edwardem Stachurą, za sprawą „kultowych” słów piosenki Stachury:

Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo, niechybnie brakuje tam nas!
Od stania w miejscu niejeden już zginął, Niejeden zginął już kwiat!.

Sam Bruno-Milczewskiego spotka-łem już pod koniec, w najgorszym dla niego czasie. Ścieżki jego poetyckiej wędrówki wyraźnie się poplątały i pogubiły, żadnej szczerości i dobroci na nich nie znalazł. Bez rodziny, bez domu, umordowany biedą i alkoholem, pałętał się po Polsce od znajomego do znajomego, przemieszkiwał też kątem w toruńskich akademikach. Miał zaledwie trzydzieści osiem lat, a wyglądał na siedemdziesiąt. Trudno się było z nim porozumieć, wątpię, żeby cokolwiek jeszcze wtedy pisał. Zginął 17 maja 1979. roku w Nowej Wsi Szlacheckiej niedaleko Torunia, w trakcie tradycyjnej imprezy literackiej – Toruńskiego Maja Poetyckiego. Rankiem tego dnia przyjechaliśmy wszyscy do znajdującego się tam pałacyku, własności Uniwersytetu, na sesję, planowany bankiet i koncert. W oczekiwaniu uczestnicy obsiedli niewielkie molo nad jeziorem – brzydkim, o smutnych, nagich brzegach. Wbrew powtarzanym, a później opisanym tu i ówdzie plotkom – nikt, łącznie z Brunem, nie był pijany. Bruno w pewnym momencie zrzucił ubranie, wszedł do wody w czerwonych skarpetkach i niebieskich slipach, błaznował, pluskał się, w końcu zaczął płynąć. Wszyscy krzyczeli: „Wracaj, jest za zimno!”. Usłuchał, ale z wody nie wyszedł. Chlapał, podskakiwał, prychał, wreszcie odbił się i wypłynął jeszcze raz. Znowu krzyczeliśmy, żeby wracał. Usłyszeliśmy tylko głośne: „Nie mogę!”, wyrzucił w górę rękę, woda zakotłowała się, zniknął. Skakaliśmy na ratunek. Bezskutecznie. Pod wodą było ciemno, głęboko, od razu poszedł na dno, najprawdopodobniej dostał zawału.

Nie wiem, dlaczego często wracam do tej historii. Może z powodu siły przeżycia, a może dlatego, że nie potrafię znaleźć dla niej puenty. Milczewski-Bruno i Edward Stachura, który popełnił samobójstwo dwa miesiące później, nigdy nie byli poetami „z mojej bajki”. Myśleli, że mocno trzymają się ziemi, szarego człowieka i rzeczywistości – a tak naprawdę byli ślepi, żyli złudzeniami, a rzeczywistość kpiła z nich, ile wlezie. Nie potrafili rozpoznać, ocenić świata, który ich otaczał, a co dopiero z nim walczyć, kształtować, czy chociaż pokazać język.

Tak się przyjęło w naszej polskiej kulturze, że ci, którzy są słabi, ulegają, giną – wkraczają w sferę mitu i zyskują aureolę wielkości. To dobrze – w ten sposób zachowuje się pamięć, dostarcza wzorów wrażliwości czy choćby pytań na „długie nocne rodaków rozmowy”.

Ja jednak czekam, kiedy artystyczną legendą zostanie u nas ten, który zwycięża, kreuje, stawia na swoim.
Czy to w ogóle możliwe?

***

O Autorze:

Włodzimierz Kowalewski - prozaik, krytyk literacki i felietonista radiowy. Urodził się 11 listopada 1956 roku w Olsztynku na Warmii i Mazurach.

Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Mieszka w Olsztynie, którego jest najwybitniejszym i najbardziej znanym we współczesnej polskiej literaturze piewcą. Od wielu lat związany ze środowiskiem „Borussi” - stowarzyszenia i pisma (którego jest współredaktorem) zajmującego się opisywaniem i charakteryzowaniem wielokulturowego dziedzictwa dawnych Prus Wschodnich. Zawodowo pracuje jako nauczyciel języka polskiego w olsztyńskim II Liceum Ogólnokształcącym im. K.I. Gałczyńskiego.

W 1979 roku był współzałożycielem toruńskiej grupy poetyckiej „Zamek Nieszawski” propagującej, w geście sprzeciwu wobec upolityczniania życia i sztuki, zwrot ku tradycjom modernizmu. Debiutował tomikiem wierszy Idę do Ciebie spod sklepionego łuku bramy (Toruń 1981). W tym samym roku wydał również arkusz poetycki Epoka przyćmiona (Toruń). Jest autorem ‘Czterech opowiadań o śmierci’ (Bydgoszcz 1993), zbioru opowiadań ‘Powrót do Breitenheide ‘(Olsztyn 1997, Warszawa 1998) oraz powieści ‘Bóg zapłacz! ‘(Warszawa 2000) i ‘Excentrycy’ (Warszawa 2007).

Warszawskie wydawnictwo W.A.B. przygotowało na sierpień 2003 zbiór opowiadań Włodzimierza Kowalewskiego „Światło i lęk. Opowiadania starej daty.”

Napisz do Redakcji