NavBar
nr. 8
VICTORIA, BC, Grudzień 2008

INFORMACJE 
LOKALNE
Nadchodzące imprezy, ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Od Redakcji
Zapowiadają się białe Święta


Ewa Korzeniowska - Uśmiechnięty Ksiądz
wspomnienie o księdzu Antonim Kwarcie


Monika Kurc - Mikołaj
Naprawde istniał św. Mikołaj...


Edward Kamiński - Ach Co Za Święta!
Święta Bożego Narodzenia 1943...


Ewa Korzeniowska - Archilimy
O sztuce archilimów


Edward Kamiński - Uwaga Turyści!
Przestrogi dla turystów


Ewa Caputa - Gościnny Występ
Zespół Białego Orła w Vancouver


FOTOREPORTAŻE

POLONEZ

WIECZORYNKA

DOBROCZYNNOŚĆ

MILUŚIŃSCY

Mikołaj w Polskim Domu


ROZMAITOŚCI


Ewa Korzeniowska

Uśmiechnięty Ksiądz

Samolot unosił ich w nieznane. Był to ostatni etap długiego lotu z Europy i być może koniec tułaczki. Kilkadziesiąt godzin w podróży dawało się mocno we znaki, ale nie czuli zmęczenia. Z każdą kolejną milą coraz bliższe było miejsce ich przeznaczenia. Jakieś miasto na wyspie, Victoria. W ich głowach kłębiły się pytania: Wysiądą z samolotu i co dalej? Czy ktoś po nich wyjdzie? I jak się z nim dogadają? Gdzie będą spali? A co potem? Burzą się emocje. Strach z niepewnością, zdenerwowanie, ale i radość, że zaczynają nowe życie, że po długich miesiącach poniewierki będą wreszcie mieli dom.... Ale jaki będzie początek?

Przy przechodzeniu przez bramki kontrolne na lotnisku w Victorii czuli się jakby ktoś prowadził ich gdzieś zakrywając im oczy. Ale widzieli przecież. Gdy już wyszli na drugą stronę, dostrzegli w grupce stojących przy wyjściu ludzi, trzy osoby i tabliczkę ze swoim nazwiskiem. Od razu ich zauważyli. Kobieta w średnim wieku pomachała im przyjaźnie ręką, obok niej stał uśmiechnięty starszy mężczyzna z koloratką. I jeszcze ktoś z boku w garniturze z teczką. Podeszli.

Witajcie kochani - powiedział po polsku ksiądz. Witamy w Kanadzie. W Victorii. Pewnie jesteście zmęczeni. Zaraz pojedziemy do hotelu.

Na ustach nowoprzybyłych pojawiły się uśmiechy.

*

Takie jak ta, powyżej opisana scena, wielokrotnie powtarzały się na lotnisku w Victorii w latach 80. ub. wieku. Ksiądz Antoni Kwarta jako tłumacz wraz z urzędnikiem z kanadyjskiego Menpower witali przybyłych z Europy polskich emigrantów. Sam był emigrantem pamiętającym dobrze swoja tułaczkę, więc rozumiał, co się dzieje w sercach nowoprzybyłych. Wiedział, że swą obecnością na lotnisku dodawał im otuchy, bo wielokrotnie sam znajdował się w sytuacji niewiadomej swojego losu, tyle tylko, że cel, do którego był więziony nie zawsze był tak szczęśliwy.

Urodzony 29 grudnia 1909 roku w Małopolskiej wsi, Boreczku, był wiejskim wikarym w swojej pierwszej parafii, gdy wybuchła wojna. Zaangażowany w sprawy kościoła nie zajmował się konspiracją, ale czytał ulotki. W grudniu 1940 roku Niemcy przeprowadzili u niego rewizję i znaleźli konspiracyjne pisma. Wyrzucony z mieszkania zamieszkał w sąsiedniej wsi w wynajętym pokoju.

5 kwietnia 41 roku, gdy rowerem jechał do kościoła, aresztowali go Gestapowcy i zabrali go z drogi do samochodu i zawieźli do Szczycina.

„...I za parę minut jesteśmy na rynku z Szczycinie.
Bliżej kościoła widzę gromadę kobiet i dzieci, które są pilnowane przez żołnierzy niemieckich. Więcej na środku, auta wojskowe, SS-mani i jakiś zmaltretowany pan, który potwierdza moją tożsamość.

Wszyscy klęczą na rynkowym bruku w rzędach, które tworzą prostokąt. SS-mani w hełmach z karabinami maszynowymi pilnują. Słychać z różnych kierunków hałas, krzyk i świst batów – to gestapo spędza ludzi złapanych na ulicach i wywleczonych z domów.

Tylko mężczyzn przyprowadzają do naszej grupy. Kobiety i dzieci osobno.

Może nas tu rozstrzelają – pomyślałem. Inni też pewnie to samo pomyśleli, bo sąsiad prosił po cichu o spowiedź. Nie rozstrzelali. Przed południem zajechały wielkie ciężarówki i wszyscy mężczyźni w liczbie 72 osób stłoczeni do wozów jedziemy gdzieś. Okazało się, że w kierunku Tarnowa...”

W Tarnowskim więzieniu, w którym siedział w pojedynczej celi, gestapowcy bili i torturowali księdza Kwartę podejrzewając go o rozdawanie ulotek i agitację młodzieży do pracy w ruchu oporu. Maltretowany i poniewierany stracił częściowo słuch. W końcu przyznał się do niedopełnionych win. Przez rok siedzi samotnie w celi, do której dochodziły go krzyki i jęki z więziennych korytarzy. Jedyny kontakt ze światem miał z więźniem siedzącym w celi obok. Porozumiewali się przez dziurkę wywierconą w ścianie. To wtedy napisał modlitwę do swojego patrona Św. Antoniego:

Sławić cię pragnę mój Święty patronie
Ale i prosić, żebrać Twej litości
Wyciągnąć ręce po ratunek, dłonie
Muszę św. Antoni w przykrej samotności
Proszę, zaklinam na miłość Chrystusa
Którego nosiłeś na ręku z radością
Niechaj na wieki nie zginie ma dusza
Obdarz mnie św. Antoni wolnością

Wywieziony z Tarnowa w bydlęcym wagonie, w ścisku i smrodzie lamentujących ludzi, czuł się bezradny w tym śmiertelnym tłumie. Modlił się i namawiał innych do modlitwy. 14 kwietnia 1943 roku w Auschwitz wraz z innymi przeszedł przez bramę, nad której widniał napis „Arbeit Macht Frei”. Odczłowieczyli go. Stał się numerem 29610. Trafił do baraku jedenastego. Pracował bardzo ciężko ponad miarę w komandzie 4 przy budowie fabryki gumy syntetycznej. Chorował, czuł się słabo, był zmęczony, harował morderczo od wczesnych godzin rannych do późnego wieczora, ale jak wspomina ks. Jan Marszałek, który był przyjacielem księdza Kwarty jeszcze z seminarium duchownego, „ksiądz Antoś nie tracił ducha i uśmiechał się promiennie uśmiechem, który jakby pochodził gdzieś z głębi.”

W czerwcu 1942 roku, wraz z grupą księży został przetransportowany do Dachau; tym razem otrzymał numer 30290. W pierwszych dniach pobytu w Dachu, będąc jeszcze na kwarantannie, zachorował na tyfus. Pozostawiony samemu sobie, leżał w gorączce, doglądany przez kolegów, którzy aplikowali mu piramidon przynoszony przez strażników i zmuszali do jedzenia. Robił się coraz słabszy. Było z nim już bardzo źle, ale miał bardzo silny organizm i jakoś przeżył kryzys choroby. Wówczas został przeniesiony do obozowego szpitala. Stał się królikiem doświadczalnym niemieckich lekarzy, którzy robili na nim medyczne eksperymenty, między innymi celowo zarazili go malarią.

„...Była późna jesień. Szedłem wie-czorem na plac apelowy, kiedy spostrzegłem księdza Kwartę – wspomina ks. Jan Marszałek – Wychudzony do ostatnich granic, szedł ze szpitala, bardzo zmęczony, powłóczył nieco nogami; był bardzo słaby, wynędzniały, ale uśmiechnął się tym swoim dobrym uśmiechem na powitanie.

Ponieważ po pobycie w szpitalu nie zdolny był do ciężkiej fizycznej pracy, przydzielony został do komanda zajmującego się naprawą skarpet. Łatwa praca pozwoliła mu odzyskać siły i przetrwać.

Współwięźniom służył jako duszpasterz, spowiednik i kolega podtrzymujący ich na duchu. To on pierwszy zaczął w baraku śpiewać religijne i patriotyczne pieśni. Miał niezły głos i szybko, mimo początkowych sprzeciwów, zaraził śpiewem innych.

„...Kiedy na wschodnim froncie Niemcy ponosili duże straty to w Niemczech zabie-rano do wojska każdego, kto tylko był zdolny nosić karabin. Dał się odczuć ogromny brak ludzi w fabrykach. Wtedy tysiące więźniów z obozów brano do pracy we fabrykach zbrojeniowych i innych. Władzom zaczęło zależeć na tym, aby więźniowie mogli wydajniej pracować i dlatego pozwolono na przysyłanie więźniom paczek żywnościowych z domu. Ten prowiant przysyłany z domu niekiedy z wielkim trudem, uratował życie tysiącom ludzi. Zniesiono przy tym wiele drobiazgo-wych represyjnych przepisów, pozwolono na organizowanie chórów narodowościowych, nawet imprez teatralnych, nawet sportu.

Księża organizowali „Caritas” dla tych więźniów, którzy paczek nie otrzymywali. Ks. Antoś nigdy nie żałował dla nich chleba....

„...Trzeba pamiętać -- pisze dalej Ks. Marszełek – „ że Niemcy czynili wszystko, by Polaków poniżyć. Byliśmy przecież narodem przeznaczonym na niemal zupełną zagładę, a tylko jakaś resztka miała być niewolniczą siłą roboczą, niczym więcej. Teraz – z kręgu myślących więźniów Polaków podjęto starania by w naszej społeczności więźniarskiej odbudować poczucie własnej świadomości i godności. Dlatego zorganizowano chór, złożony z Polaków, które na konkursach narodowościowych zdobywał pierwsze miejsca. W tym chórze zawsze śpiewał ksiądz Kwarta. Organizowano imprezy kulturalne, wśród których jedna, nazwana przez całą świtę SS-manską „Polską Operą” (opisana przez Gustawa Morcinka w „Listach spod Orawy”), rzeczywiście w zupełnie widoczny sposób przyczyniła się do odnalezienia siebie polskim więźniom. W tej imprezie również brał udział Ks. Antoś Kwarta.

Polscy więźniowie mieli tez swoją jednostkę piłkarzy, która rozgrywała mecze z drużynami więźniów innych narodowości. Tych piłkarzy trzeba było dożywiać. Ks. Antoś i na ten cel nie żałował swojego chleba. A cel był zawsze ten sam: zaznaczyć obecność naszej narodowej społeczności i to możliwie w sposób najgodniejszy...”

To silne poczucie przynależności na-rodowej sprawiło, że ksiądz Kwarta nigdy nie przestał być Polakiem pracując i działając na rzecz polskiej społeczności. Po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów Ksiądz Kwarta rok spędził w Niemczech sprawując duszpasterstwo wśród Polaków określanych wówczas mianem DP (Displaced Persons), którzy nie chcąc wrócić do zniewolonego przez sowietów kraju czekali na emigrację do Ameryki lub Australii.

W 1946 roku ksiądz Antoś wyjechał do Kanady. Stamtąd do USA, gdzie przez wiele lat pracował w parafii polskiej pod wezwaniem Św. Walentego w Buffolo, NY.

Po przejściu na emeryturę, na zaproszenie przyjaciela z obozu, ks. Planety, ksiądz Antoni Kwarta przybył do Victorii. Oprócz prowadzenia polskiej parafii, działał społecznie na rzecz krzewienia polskości i prezentowania polskiej kultury. W tym celu, wraz z przedstawicielami innych grup etnicznych współzałożył w 1972 roku Inter-cultural Association, organizację zajmującą się propagowaniem wielokulturowość. Był w mieście znaną polonijną osobistością zapraszaną na noworoczną herbatę do siedziby gubernatora Brytyjskiej Kolumbii. Premier Benett również szanował polskiego księdza i cenił jako działacza i dobrego znajomego. Za każdym razem, gdy na organizowanym przez Inter-Cultural Association, Folkfeście stawał polski kiosk, który został zbudowany z inicjatywy ks. Kwarty, premier prowincji Bill Benett przychodził na polskie pierogi.

Jako założyciel Inter-Cultural Associacion, był wielkim zwolennikiem wielokulturowości, ale starał się o to by Polacy nie zatracali swej tożsamości. Z myślą o pielęgnowaniu polskiej kultury i prezentowaniu jej na zewnątrz założył grupę taneczną „Krakus”, która istniała ponad dwadzieścia lat. Mimo, że tańczyli tańce polskie, to należały do „Krakusa” dzieci i dorośli innych narodowości, Jugosłowianie, Chińczycy. Polskie kostiumy ludowe, które wtedy robione często domowym sposobem, budziły zachwyt.

- Potrzebne nam były czako ułańskie do poloneza – mówi Anette Świtalska, długoletnia instruktorka zespołu – Ksiądz przerysował dokładnie czako z jakiejś książki i zrobił wzór do szycia i naszyć. Nasze czako wyglądały jak prawdziwe.

Folkfest 1975, Ksiądz Kwarta z grupą taneczną Krakus

Ksiądz bardzo był dumny z zespołu i starał się go pokazywać w mieście. Często przy okazji występu „Krakusa” w lobby widowni pojawiała się towarzysząca wystawa, pokazująca polskie wyroby artystyczne, kilimy, obrazy, bursztyny, lalki w strojach krakowskich.

W okolicach Bożego Narodzenia z inicjatywy księdza, na wystawie choinek stało polskie drzewko, udekorowane jabłkami, piernikami i ręcznie robionymi ozdobami.

Prowadził polską szkółkę. Dzieci na lekcje religii po polsku zbierał po domach i do sali katechezy przywoził je swoim autem, a potem odwoził do domu.

Pracując jako woluntariusz dla ICA, pomagał ludziom i zachęcał ich do działania. Udzielał pomocy nowoprzybyłym Polakom. Służył im nie tylko jako duszpasterz, ale jako tłumacz, kierowca, pocieszyciel, doradca, opiekun, przyjaciel, członek rodziny.

Ksiądz Kwarta był w naszym domu częstym gościem – wspomina zaprzyjaźniony z księdzem Antonim Sylwester Karaś – Bardzo lubił przychodzić do nas, gdy nasze dzieci były małe. Po prostu siedział i im się przyglądał. Czasem rzucił jakiś żart. Ciekawiło go takie małe dziecko. Brakuje nam go do dzisiaj.

Dobrotliwie, uśmiechnięty i służący pomocą, albo dobrym słowem, emanował energią. Działał na rzecz polskości i innych za sobą porywał, ale czuł się również Kanadyjczykiem. Jak w nas wszystkich, była w nim podwójność ojczyzn. Potrafił i uczył jak je ze sobą godzić. Ksiądz Antoni Kwarta dożył swych ostatnich lat w Victorii. Zmarł 16 grudnia 1988 roku; pochowany jest na zabytkowym cmentarzu Ross Bay. W pamięci tych, którzy go znali stoi na lotnisku z uśmiechem na pogodnej twarzy.

Napisz do Redakcji