NavBar
nr. 6
VICTORIA, BC, Październik 2008
ARTYKUŁY

A. Schroeder - Polska Szkola
Pozycję nauczycielki w Polskiej Szkole, w Victorii podjęłam we wrześniu


E. Caputa -Dożynki
Nie najlepsi jesteśmy w gastronomii...


Rozmowa z Władysławem Mazurem
Myślę, że byśmy się zbierali, co parę tygodni...


E. Caputa - Ostatnie Dni Lata
Lato pożegnaliśmy piknikiem nad Beaver Lake...


E. Kaminski - Władza jest
jak wietrzna ospa z tą tylko różnicą...


Lala Koehn - Bajka
Jak ważka przerabiała swoje skrzydła


B. Majewski - Mój przedwojenny Ojciec
był człowiekiem przedwojennym...


ROZMAITOŚCI
Fraszki, wierszyki, artykuliki


SPORT
Piłkarski Turniej Polonijny w którym wzięliśmy udział


INFORMACJE LOKALNE


Edward Kamiński

Władza jest jak wietrzna ospa
(z tą tylko różnicą, że ospę można wyleczyć)

Przeszło pół wieku temu, Ildefons Gałczyński napisał o słowikach, które w zaroślach, nad rzeczką mieszkały razem ze słowikami zrobionymi z tektury. Te prawdziwe śpiewały ślicznie, za to te z tektury były pierwsze w kolejce, gdy księżyc wypłacał honoraria.

Księżyc pytał: Za co – niby, za jakie pieśni?
A słowiki z tektury:
- Ba! My śpiewać nie umiemy, lecz geniusze jesteśmy...
- Jak przepraszam?
- Geniusze?
- Ahaa.

To jest tylko pouczająca bajeczka, ale wystarczy w miejsce słowików wstawić, na przykład, zgromadzenie liberalnych polityków z naszej prowincji, a opowiastka nabiera rumieńców rzeczywistości. Ściślej mówiąc – chorobliwych rumieńców. Ledwie nasi reprezentanci zdążyli zagrzać nieco ławy parlamentu, a już za poniesione trudy zgodnie przyznali sobie sowitą podwyżkę uposażeń i nie mniej szczodrą podwyżkę emerytur. W czasie stale rosnących kosztów życia, każdy chce więcej, a parlamentarzysta też człowiek, też ma na utrzymaniu żonę i dzieci. Nie byłoby więc w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że podwyżka wynosiła 30 procent nie małej już pensji wynoszącej 77 tysięcy dolarów rocznie. Parlamentarzyści sobie dodali, odmawiając prawa do lepszych uposażeń tym najbardziej potrzebującym. Parlamentarzyści z opozycyjnej partii, NDP, ratując twarz, z ociąganiem się podwyżki nie przyjęli.

- Za co – niby, za jakie działania?- pytali wyborcy.

Ba! W roku 2001 uchwalono minimalną płacę godzinową w BC na 8 dolarów, a dla podejmujących po raz pierwszy pracę na 6 dolarów. Od tego czasu najmniej zarabiający nie dostali ani centa więcej. Kto dziś może utrzymać się za takie pieniądze, zwłaszcza, że 8 dolarów jest obecnie warte 11 procent mniej niż przed siedmiu laty? Kanadyjski Urząd Statystyczny ustalił w ubiegłym roku, że granica ubóstwa dla pracownika nie obarczonego rodziną w dużych miastach wynosi 21,666$ rocznie. 8 dolarów, przy 40-tu godzinach pracy w tygodniu, to zaledwie 16,640$ rocznie. Ludzi o bardzo niskich zarobkach jest w naszej prowincji kilkaset tysięcy. Pośród innych prowincji, BC ma proporcjonalnie najwięcej nisko płatnych pracowników. Stan taki utrzymuje się od siedmiu lat. Średni dochód pracowników świadczących pracę w pełnym wymiarze godzin też spadł pomiędzy rokiem 1980, a 2005 o 11.3 procent, i też jest niższy niż w reszcie kraju. Do jakiego stopnia hipokryzji doszli nasi liberalni parlamentarzyści? Wystarczy wymienić przykładowo kilka nazwisk tych, którzy głosując za podniesieniem sobie pensji, sprzeciwiali się podniesieniu minimalnej płacy:

  • John Nuraney szczycący się powołaniem 100-tu nowych miejsc pracy w kilku własnych i rodzinnych restauracjach „fast food”. (Tam właśnie podstawową płacą jest $8 i $6 za godzinę.)

  • Pat Bell łączy ministerialne apanaże z dochodami z własnościowych restauracji „Wendy’s”.

  • Minister Gordon Hogg dorabia udziałami w pizzeriach, między innymi w Boston Pizza.

Gdyby nie było to tak przygnębiająco niegodziwe, można by się pośmiać, jak z dowcipu o góralu, który bronił się z zarzutu niedowierzania władzy w czasach PRLu:

- Skoro powiadacie, że kochacie Partię, to powiedzcie czy na jej wezwanie oddalibyście konia?
- A dyć, bych oddał.
- A krowę ?
- Krowę tyż.
- I owieczki też byście oddali? 
- Owieczki nie, owieczki to ja mom.

Dziś ludziom powodzi się gorzej niż przed 28 laty, i to w chwili, tak okrzyczanego przez liberałów, boomu gospodarczego w Brytyjskiej Kolumbii. W czasie, gdy roi się od projektów olimpijskich, prasa pełna jest ogłoszeń poszukujących pracowników zwykłych i speców budowlanych. Wraz z niebotycznymi cenami domów i benzyny, i związanych z tym skokiem cen żywności oraz utrzymania, jakość życia w prowincji pogarsza się. Premier Campbell nie daje jednak za wygraną. Twierdzi, że prowincja kwitnie niebywale, potrzebuje tylko w rządzie wybitnych mózgów. Już są! Z dnia na dzień mózgi zostały wybitnie pobudzone do myślenia. Już myślą! W sierpniu 2008, zaledwie dwa lata po ostatniej podwyżce, też pobudzającej, przyznano im nowe, hojne wynagrodzenia: 105 tysięcy więcej dla doradcy premiera. To dla pracownika z ustawowym minimum ponad 6 lat pracy. Dwadzieścia innych zastępców ministrów (doradców) otrzymało po 77 tysięcy, pensji. Plejadzie osiemdziesięciu asystentów podniesiono również podniesiono pensje. Łącznie 4 miliony dolarów więcej dla biurokratów i dygnitarzy. Tu należy wnieść sprostowanie. Po fali powszechnego oburzania na decyzję premiera, podwyżkę w ostatnich dniach ubiegłego miesiąca zmniejszono do 3 milionów, a doradca premiera, Jessica McDonald z podwyżki zrezygnowała. Nie mniej ta kosmetyczna poprawka też drastycznie ukazuje, jak bardzo rząd premiera Campbella nie liczy się ani z rzeczywistością, ani z wyborcami. To jeszcze jeden gwóźdź do sarkofagu liberałów.

Dotychczasowe pobudzanie mózgów dygnitarzy rządowych, biurokratów i parlamentarzystów nie wpływa jednak ani na jakość podejmowanych decyzji, ani na jakość życia mieszkańców naszej prowincji. Przeciwnie, wydaje się, że pieniądze i honory przyciągają wielu oportunistów, poszukiwaczy szybkiej kariery, amatorów ciepłych posadek i zaszczytów.

Ba! Cóż wybitne mózgi dotąd wymyśliły? Brak wykwalifikowanych rąk do pracy w prowincji to nic innego, jak rezultat ignorowania kadry roboczej, bez której żaden rząd na świecie, bez względu na ustrój polityczny, nie ma racji bytu, tak jak nie mają racji istnienia dygnitarze odmawiający innym prawa do godnego życia.

Tradycyjne działy gospodarki – leśnictwo i rybołówstwo są w zapaści. W roku ubiegłym ilość miejsc pracy w przemyśle przetwórczym, tylko na naszej wyspie, zmniejszyła się o 11,5 procent. Blisko jedną trzecią dobrze płatnych miejsc pracy zredukowano w tartakach i zakładach przeróbki drewna, w ostatnich 10-ciu latach. Zwolnieni pracownicy mają do wyboru albo przyjąć dorywcze i niskopłatne prace, albo uciekać z prowincji. Ekonomistom znane jest zjawisko zwane „przekleństwem surowcowym”. Jest to paradoks obfitości dotyczący krajów bogatych w surowce naturalne, którym mimo to wiedzie się gorzej, niż krajom mniej zasobnym, ale lepiej rządzonym. Nie trzeba być ekonomistą ani wybitnym myślicielem żeby wiedzieć, że eksport surowców jest gospodarczym rabunkiem kraju. Nie mniejszym rabunkiem jest wyrąb lasów w najbardziej atrakcyjnych turystycznie rejonach. Nawet w takich krajach jak Costa Rica, wiedzą, że żywe drzewo może być więcej warte niż przerobione na belki budowlane.

Premier Campbell jest skrajnym zwolenni-kiem prywatyzacji i niekontrolowanego wolnego rynku, mimo że idee te, w obecnym stadium rozwoju kapitalizmu, są podważane przez najwybitniejszych ekonomistów świata. Premier Campbell nie jest ekonomistą, a tak sowicie opłacanych doradców potrzebuje widocznie tylko jako przykrywkę do autorytatywnie podejmowanych decyzji. Rząd nie powinien i nie może zajmować się prowadzeniem każdego sklepiku z jarzynami i powidłem. Są jednak działy gospodarki i instytucje, które w prywatnych rękach godzą w najbardziej żywotne interesy społeczeństwa. Przedsiębiorcę, który chce stracić, jako kuriozum można pokazywać w cyrku. Głównym, jeżeli nie jedynym założeniem prywatnego przedsiębiorstwa jest maksymalizacja zysku i nie ma w tym nic zdrożnego. To dobre w handlu, ale już w sprywatyzowanej służbie zdrowia uderza każdego z wyjątkiem garstki multimilionerów. Rząd, którego wizją jest jedynie zysk, a nie dobro społeczeństwa, jest tylko rządem wybranej garstki potentatów i do tego za pieniądze ogółu wyborców.

Mamy za mało miejsc w szpitalach. Rząd zamyka szpitale i otwiera na wpół rządowe kliniki z mniejszą ilością łóżek. Sprywatyzowanej obsłudze pomocniczej szpitali publicznych zmniejszono płace. Pogorszyła się pielęgnacja chorych, czystość, jakość wyżywienia, bo prywatna firma obcina wszystko dla większego zysku. W całej prowincji brakuje lekarzy i pielęgniarek. 340 tysięcy osób ma trudności ze znalezieniem lekarza domowego. Lekarze dzielą swój czas pracy z klinikami prywatnymi. Na domiar złego wielu lekarzy w podeszłym wieku odchodzi na emeryturę. Brak lekarzy i pielęgniarek to też rezultat wielu lat zaniedbania w kształceniu nowych kadr. Minister zdrowia nie wie, a może nie chce wiedzieć, że w USA ze sprywatyzowaną służbą zdrowia, co 30 sekund ktoś ogłasza bankructwo, zrujnowany kosztami leczenia.

Mówi się o prywatyzacji energetyki.  W czasie, gdy zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych jest koniecznością, BC Hydro ogłasza zróżnicowane podwyżki cen elektryczności, zależne od ilości zużytych kilowatów. Pułap zużycia ustalono tak nisko, że domy, (tylko trochę większe od budek w ogródkach działkowych), ogrzewane elektrycznością nie przekroczą limitu. Tylko patrzeć jak wejdą w użycie piece na drewno podnoszące ilość spalin w powietrzu. Co zrobią osoby starsze, niedołężne, z najniższą stawką emerytalną? Będą dogorywać w zimnych domach i z zapaleniem płuc czekając na miejsce w szpitalu.

Zainicjowana przez Liberalow prywatyzacja B.C. Ferry ktorej promy, mają być przedłużeniem szosy i zapewniać podstawowa łączność Wyspy i wysepek z lądem stałym spowodowala, że cena przejazdu stała się praktycznie niedostępna dla kieszeni wielu. Częstokroć przeprawa promem to konieczność życiowa.

Rujnujący gospodarkę i prywatne budżety gwałtowny skok cen oleju, to wynik spekulacji wielkich  korporacji finansowych.  Rząd nie próbował nawet do tego ustosunkować się, potępić. Dlaczego? Czy oby nie pozostawia to za wiele domysłów? Jedyną reakcją jest dodatkowy, „carbon tax” na benzynę, w czasie największego obciążenia cenami paliwa.

Jeden z największych graczy politycznych ubiegłego półwiecza, Henry Kissinger powiedział, (a znał się na rzeczy) „Dziewięćdziesiąt procent polityków psuje dobre imię pozostałym”.  Nasi politycy mają lepsze proporcje.  Tylko dwie trzecie mieszkańców BC mówi o nich z dezaprobatą. Tych lepszych jest, więc „aż” 30 procent. W maju tego roku w badaniach opinii publicznej, aż, 62 procent respondentów wyrażało znikomy lub całkowity brak poważania dla naszych przedstawicieli.  Wynik ten jest minimalnie lepszy od średniej w całej Kanadzie - respekt dla polityków deklarowało 25 procent wyborców, a 67 procent nie. Mario Canseco, dyrektor globalnych studiów  prowadzonych przez Angus Reid Strategies powiedział: „ Nie spodziewaliśmy się wysokiej oceny po rezultatach działań w ostatnich trzech – czterech latach”. Od 1994 roku poziom pozytywnych ocen w Kanadzie spadł z 37 do 25 procent.

Dla tych, którzy traktują swe obowiązki odpowiedzialnie te opnie są krzywdzące. Większość sprawia jednak wrażenie, że zaszczyty i honory w służbie publicznej nie pozostawiają im czasu na rozsądne działanie. Należy jednak przyznać, że w krytyce łatwo też o uproszczenia.

W tak złożonym organizmie prowincji, jej wielorakich układach i przejawach życia, działanie rządu i naszych reprezentantów nie należy do łatwych.

Zbyt wiele jest dążeń uzależnionych od potrzeb i rozwoju różnych regionów, grup zawodowych i społecznych. To wszystko zmusza do lawirowania i kompromisów. Powiada się, że jeszcze się taki nie narodził żeby wszystkim dogodził. Największym jednak problemem wydaje się partyjne podporządkowanie parlamentarzysty. Program partii w praktyce zależy od kilku, lub jednego polityka na samej górze. Oni mają wizję, albo tylko osobiste ambicje w działaniu na korzyść kręgu wspólnoty interesów. Reszta pozbawiona dostatecznie silnego kręgosłupa, zdaje się na autorytatywnego przywódcę. Hasło: „Wodzu prowadź!„ zwalnia od potrzeby własnego zdania i chroni przed niepotrzebnymi kłopotami. Styl podporządkowania partyjnego jest cechą wspólną nie tylko rządów prowincjonalnych, ale rządu federalnego. Znany powszechnie w Victorii  Dr. Keith Martin, członek parlamentu kanadyjskiego, w jednym z ostatnich raportów działania wręcz domaga się większej swobody w głosowaniu na korzyść swych wyborców, a nie tylko na wnioski zgodne z linią partyjną.

Znawca przedmiotu, psycholog, dr. Laurencew J.Peter, były profesor Uniwersytetu Po-łudniowej Kalifornii, dowodzi, że wybijający się, najbardziej kompetentni osobnicy w hierarchii urzędowej są narażeni na restrykcje (czytaj: tępieni) na równi z najbardziej nieudolnymi. Jedni i drudzy zakłócają przyjęty porządek ładu. Najgorsi narażają system na krytykę, najlepsi natomiast zagrażają siedzącym na wyższych stołkach. W otoczeniu przeciętniaków hołdujących zasadzie:

„Nie podskakuj, siedź na tyłku i przytakuj”, naruszają błogi spokój systemu.

Władza jest zaraźliwa jak wietrzna ospa. Z tą tylko różnicą, że ospę można wyleczyć. Rzadko zdarza się by ktoś, kto raz poszedł w politykę, zrezygnował dobrowolnie z tego nałogu.

Częstokroć zaskoczeniem dla wyborców jest szybkość, z jaką niektórzy nowo wybrani parlamentarzyści przeobrażają się w zadufanych w sobie dygnitarzy. Jest rzeczą naturalną, że społeczeństwo obdarza swego reprezentanta w parlamencie honorowym tytułem zakładając, że o losach prowincji będzie decydował człowiek mądry i godny zaufania, a nie pierwszy lepszy hetka pętelka. Jest to tytuł na wyrost, dany nie na zawsze i nie może być pretekstem do wynoszenia się ponad społeczeństwo.

Żeby wytłumaczyć sobie owe niekorzystne zmiany trzeba sięgnąć do psychologii i naukowych badań na ten temat.

Z chwilą objęcia eksponowanego stanowiska polityk staje się inną osobą, bo władza „zmienia do szpiku kości” – dowodzi Aleksandra Cisłak, doktor psychologii, adiunkt w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej i Instytutu Psychologii PAN. W myśleniu osób na eksponowanych pozycjach zachodzą spektakularne zmiany. Nie mogą skupiać się na detalach zadań wykonywanych przez podwładnych, koncentrują się natomiast tym, jak zadania te wiążą się z podstawowymi dążeniami organizacji. Myślenie ich jest, więc bardziej abstrakcyjne, jakby z lotu ptaka. To też, osoby obdarzone władzą w mniejszym stopniu potrafią przyjąć opinię innych. Badania z dziedziny przywództwa i władzy podjęte przez Davida Kipinisa w roku 1976 wskazują, że władza może negatywnie oddziaływać na społeczne funkcjonowanie tych, którzy ją sprawują. Chętniej i częściej wywierają wpływ na osoby niżej stojące w hierarchii, gorzej je traktują. Zaczynają też wierzyć, że ich koncepcje i działania są lepsze. Stąd już prosta droga do wiary, że zaszczyty i przywileje związane z władzą w pełni im się należą. Są to też powody do manipulacji, którymi można osiągnąć ważne cele. Manipulacja jest więc w pełni usprawiedliwiona. Cel uświęca środki.

**

Konia z rzędem temu, kto może przetrawić  lawinę informacji i propagandy w kampani wyborczej. Złotą karocę na dodatek za „połapanie się” w natłoku różnych opinii i stanowisk, często wykluczających się nawzajem oświadczeń, obiecanek i sprawozdań. W skołowanych głowach wyborców budzą się pytania - co robić, na kogo głosować? Nie można podpowiedzieć tego nikomu. Wybór należy do każdego wedle jego przekonań i sumienia. Natomiast uporządkowanie częstokroć sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem opinii, półprawd i mitów może być pomocne.

  1. Przede wszystkim należy się umocnić w przekonaniu, ze wyborca ma nie tylko obowiązki, zwłaszcza podatkowe, ale też prawa.

  2. Często o jakimś polityku powiada się, że ma charyzmę.  Właściwe znaczenie terminu to przypisywanie jakiejś osobie wyjątkowych właściwości umysłu i charakteru, zwłaszcza cech moralnych i przywódczych. Obdarzanie  charyzmą tych, którzy prezentują się dobrze w telewizji, umizgają się do publiczności, prowadzi do fałszywej oceny. W ciągu 33 lat w Brytyjskiej Kolumbii, tylko raz odnotowałem petycje do Piere Trudeau, by raczył powrócić na stanowisko premiera Kanady. Widziałem natomiast w BC kandydatów do parlamentu ściskających rączki, całujących niemowlaki i obiecujących często przysłowiowe gruszki na wierzbie. Na zdrowy rozum nikt nie oczekuje od polityka „kissing baby’, na co dzień. Jest to zwykły, oklepany już chwyt propagandowy. Wkrótce po wyborach, ci sami kandydaci w nowych już honorowych szatach, zabiegają o sowite nagrody. Niektórzy zaś mówią jak bardzo się poświęcają w służbie publicznej, bo w sektorze prywatnym mogą otrzymać wielokrotnie wyższe uposażenie. Prawdopodobnie nieliczni mogą, zwłaszcza ci z koneksjami w kołach rządowych. Wielu jednak czeka tam pewne rozczarowanie - za gadanie nie płacą. Zdaniem wyborców politycy otrzymują godziwe wynagrodzenie. Wraz z dodatkami i przywilejami emerytalnymi dostają tyle, że większość z nas może tylko pomarzyć.

  3. Argument o szczególnie ciężkiej pracy również nie przekonuje. Średnio naszym reprezentantom posiedzenia parlamentarne zabierają 79 dni w roku. Reszta przypada na działanie w okręgu wyborczym. Praca głównie polega na przygotowaniu terenowych wniosków do ustaw parlamentarnych, korespondencji i gadaniu, bo taka jest specyfika tej profesji. Niewątpliwie przydługie posiedzenia, narady, konferencje i nasiadówki są uciążliwe i nudne, nie pozostawiają wiele czasu na konstruktywne działanie.

  4. Rząd jest instytucją publiczną, a rządzący powołani wolą wyborców są prawnie zobowiązani do otwartego działania. Tajemnicą mogą być objęte tylko informacje, których ujawnienie może zagrozić bezpieczeństwu  publicznemu lub narazić na straty ekonomiczne w negocjacjach, przetargach inwestycyjnych itp. Tajemnice są najczęściej przykrywką nieudolności i wadliwych decyzji.

  5. Premier, ministrowie, plejada członków parlamentu i biurokratów rządowych pełnią w społeczeństwie rolę służebną. Powiadało się ongiś: „Nie nos do tabakiery lecz tabakiera do nosa.” Dość często widzi się na spotkaniach z politykami przeciskających się w tłumie, by uniżenie dostąpić uścisku ich ręki. Nie zawadzi pamiętać: poważanie tak, czołobitność nie. Tych, którzy z czasem przeobrażają się w aroganckich dygnitarzy, czołobitność umacnia tylko w przekonaniu, że władza spadła im z nieba. W rządach autorytatywnych władza ich jest zresztą złudzeniem. Podporządkowanie partyjne w parla-mencie sprawia, że potrzebni są tam do przytakiwania. Dygnitarstwo częściej zdarza się wśród polityków zasiadających w parlamencie dłużej niż dwie kadencje. 

  6. Wstrzymywanie się od głosowania jest równym złem, jak głos na oportunistę, amatora szybkiej kariery. Sęk w tym, jak to rozpoznać? Bombastyczne oświadczenia najczęściej nic nie znaczą. Jedynym sposobem są pytania o dotychczasową działalność i osiągnięcia. Po co? Kiedy? W jaki sposób? Łatwo to skonfrontować, w Internecie z opiniami w okręgu wyborczym. Składane obietnice najczęściej pozostają bez pokrycia. Obiecywane „złote góry” świadczą, że kandydat jest niewiarygodny.

  7. Pojedyncze żądania wyborców nie mają siły przebicia. Tylko zgodne głosy zorganizowanych grup zawodowych i społecznych mogą wpłynąć na postępowanie polityka. Również Polacy mogliby tworzyć tak silna grupę. Jeden z pięciu mieszkańców Kanady przybył tu z innego kraju. Kanada szczyci się bogactwem wielu kultur, tradycji i obyczajów. Nie ma, więc nic zdrożnego w upominaniu się też o nasze etniczne potrzeby, jeżeli nie godzą w interesy innych grup i kraju.

**

Wybory do parlamentu Brytyjskiej Kolumbii odbędą się 12 maja 2009 roku. Możemy, więc jeszcze poświęcić dużo uwagi politykom, programom i działaniom. Wcześniej, bo już za kilka dni, 14 października odbędą się wybory federalne. Pozostaje nam zaledwie czas na podjęcie decyzji w głosowaniu. Chaotyczna kampania niechcianych, przedwczesnych wyborów wzbudza wiele kontrowersji. Premier Kanady Stephen Harper uzasadnia przedwczesne wybory niefunkcjonalnym parlamentem. Co za tym się kryje? Nie mając większości głosów w parlamencie nie może przeforsować, często autorytatywnych decyzji. Rolą rządu mniejszościowego jest współpraca z partiami opozycyjnymi. Stephen Harper postanowił jednak sięgnąć po pełnię władzy. Prawdziwy mąż stanu w polityce kraju zdarza się raz na 100 lat, a w wyjątkowym „urodzaju” raz na półwiecze. Każdy wyborca musi się zastanowić czy chce mieć właśnie teraz rząd większościowy?

Niezależnie czy mówimy o wyborach prowincjonalnych czy federalnych, zamieszanie, jakie wprowadzają, po-twierdza opinie, że władza obawia się społeczeństwa tylko raz na cztery lata.  Tymczasem społeczeństwo obawia się władzy codziennie.

Kontakt