nr. 48
VICTORIA, BC, grudzień 2013
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Konsulat RP
w Vancouver
przenosi się

Zabawa
Sylwestrowa
Dom Polski
31 grudnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Ewa Korzeniowska -
Pisanie

wywiad z Mariuszem
Szczygłem

Stefan Bratkowski -
Odzyskanie Przewalskiego

felieton

Anatol Twardowski -
Noc Betlejemska

z polonijnego kalendarza

ks. Władysław Kos -
Hej kolęda kolęda...

z polonijnego kalędarza

Lidia Mongart -
Jemiołą

z cyklu Zioła

Egon Trendy
warto zobaczyć

w muzeum RBCM

Ania Stefek
Opłatek
w Domu Polskim

fotoreportaż

Rozmaitości


Świąteczne
życznia

od Konsula RP


Indeks autorów

Stefan Bratkowski

Odzyskanie Przewalskiego


Słynny jest „koń Przewalskiego” ale nie jego tu będziemy odzyskiwać. „Equus przewalskii” należy do rodziny „koniowatych”; znamy go na ogół z lekcji biologii, to gatunek zanikający i zagrożony, w ogrodach zoologicznych prowadzi się dla tych koników księgi rodowodowe. Dzięki nim znamy właśnie i nazwisko Przewalskiego, w polskich nawet encyklopediach wielkiego, XIX-wiecznego, rosyjskiego podróżnika, którego w Rosji pisano Prżewalski, przez „ż” z kropką. Popularne w Rosji imię Nikołaj samo sugerowało, że to rdzenny już Rosjanin. Zapewne polskiego pochodzenia -  w języku rosyjskim nie ma dźwięku „prz” i stąd owo trudne do wymówienia „prże” w nazwisku podróżnika i odkrywcy (odkrył też dzikiego wielbłąda).
Niemało mnie zaskoczyło, dlatego przed blisko czterdziestu laty, kiedy, zajmując się polskimi śladami w nauce i działalności poza krajem, trafiłem na eksponaty biologiczne i pisane po polsku listy do przyjaciół w Warszawie – od Mikołaja Przewalskiego właśnie. Z państwa carów, już nie pamiętam, czy z głębi Azji, czy z Petersburga. Napisałem o tym w jednym z felietonów cyklu „Skąd przychodzimy”, w popularnym magazynie „Kulisy” (które to felietony ówczesny sekator polskiej prasy, Jerzy Ł., też kazał zlikwidować). Swego tekstu dziś nie znajdę, ale zapamiętałem tę sensację. Tym większą przyjemność zrobiła mi lektura krótkiej rozprawki nieco starszego ode mnie, znakomitego historyka, prof. Zbigniewa Wójcika, we „Wrocławskich Studiach Wschodnich”.
„Wrocławskie Studia Wschodnie” to szczegół wielkiej, kilkudziesięcioletniej  przygody życiowej mojego przyjaciela, nieocenionego historyka dziejów polskich na Syberii, Antoniego Kuczyńskiego. Dziejów nie samych tylko tragedii. Przede wszystkim – ogromnego dorobku naukowego Polaków, podróży, badań i odkryć. Dziś mój przyjaciel, autor wielu książek i studiów, ma całą szkołę uczniów i współpracowników, ale – choć udało mu się wielokrotnie podróżować po Syberii w poszukiwaniu źródeł – nikt nie patronuje tej olbrzymiej pracy, nikt nie pomaga, trzeba kołatać o grosze nawet na publikacje. Już nie mówię o niedostatku popularności – mimo, że tamtejsze przygody polskie są tematem do pasjonujących, żeby nie powiedzieć fascynujących opowieści. Co krok wielki odkrywca, badacz, kapitalny podróżnik, wędrowiec, bohater londonowski, z przeżyciami najwyższego czasem ryzyka. Obok Rosjan grupa znawców Syberii najliczniejsza – jakaś ich jedna piąta, uznana i ceniona. Czerski ma dwa łańcuchy górskie swego imienia, jeden większy od Karpat. Swoje góry ma i Czekanowski. Ale obu zwykli Rosjanie mają za swoich rodaków.


To nie żaden zabór dorobku i zasług. Polacy tam pracowali w służbie państwa carów, choć dla własnej satysfakcji – ciesząc się opieką, pomocą i serdecznością zarówno miejscowych Rosjan, jak tych w Petersburgu, inteligentów i uczonych petersburskich. Ich Cesarskie Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne załatwiało zwolnienia z „posielenija”, z zesłania, engagements do pracy, czasem i finanse na badania. Nadawało im pamiątkowe medale.
Polacy znali Syberię – i, zdziwicie się Państwo, kochali ją. Wracali do niej. Jak Benedykt Dybowski, zesłaniec, skazany w procesie Traugutta, zoolog. Jak Karol Bohdanowicz, największy geolog Syberii pierwszej połowy XX wieku, który prowadził jej badania z własnej pasji. Prof. Wójcik napisał o nim „Szkic portretu badacza Azji” (opublikowany oczywiście we Wrocławiu w1995). Największe dzieło o bogactwach Syberii ogłosił w roku 1935 (jeśli dobrze pamiętam) w Poznaniu Władysław Komorowski. Kiedy w roku 1980 pochwaliłem się w Moskwie swoją wiedzą (z Komorowskiego) o jakimś utajnionym współcześnie złożu syberyjskim, przesłuchiwano naszego cicerone (miał śledzić delegację Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, wyrzucanego właśnie z Międzynarodowej Organizacji Dziennikarzy), czy to on mnie o tym złożu poinformował… A dopiero teraz udało mi się przypadkiem, po 37 latach, odkryć, jak miał na imię jeden z głównych budowniczych Kolei Transsyberyjskiej, inżynier Bogdanowicz, którego nazwisko spotkałem w słynnym angielskim, XIX-wiecznym „Engineering”. Dziś wiem, że ów Jan Bogdanowicz, z ziemiańskiej rodziny, studiował w Dorpacie; tam odnotowano, że budował Kolej Transsyberyjską.
Polakom nieporównanie łatwiej było robić kariery w Rosji, niż w Kraju. Po Powstaniu Styczniowym, jak i po Listopadowym, carat poddał swój kawałek Polski represjom i złośliwym ograniczeniom. Zlikwidowano polski uniwersytet (Szkołę Główną) z polskim językiem wykładowym i polską oświatę. Również, tym razem ostatecznie, Bank Polski. Jednakże maleńkie, byłe Królestwo Kongresowe, Priwislinskij Kraj, ze swoim powstałym w 1870 r. Bankiem Handlowym, z potęgą Kronenberga i Blocha, wyprzedzało rozwojem gospodarczym całą Rosję, jego procent ogólnej produkcji i obrotów finansowych na ziemiach caratu był tu wielokrotnie wyższy niż udział terytorium w powierzchni państwa carów. Historię tej fantastycznej ekspansji do dzisiaj się u nas lekceważy, choć firmy Rudzkiego czy też Drzewieckiego budowały aż na Dalekim Wschodzie, a fachowców i uczonych rosyjskich polskiego pochodzenia spotyka się w Rosji na dziesiątki. W czasach państwowego prześladowania lub szykanowania w Polsce wszystkiego, co polskie i niezależne, Rosjanie u siebie, jak Polacy w Polsce, asymilowali przybyszów swoją otwartością i serdecznością. Dzisiejsi antypolscy nacjonałowie rosyjscy Gleb Pawłowskij czy Jastriemskij, primo voto Jastrzębski, są spadkiem po tych procesach.
Czerski i Czekanowski, największy geolog Syberii przed Bohdanowiczem, też byli polskimi zesłańcami, nigdy nie zrezygnowali ze swojej polskiej tożsamości. To samo z wojskowymi. Wojsko w tamtych czasach było zawodem, specjalnością zawodową, nie powołaniem narodowym. Romuald Traugutt, inżynier wojskowy armii carskiej, czy też bohater Finlandii, były generał carski, Gustaw Mannerheim, to najlepsze tego przykłady. No i właśnie takim zawodowcem okazał dzięki badaniom prof. Zbigniewa Wójcika – Mikołaj Przewalski. Przewalski, którego pominął Polski Słownik Biograficzny, uznając go za Rosjanina.
Jeśli Autor się zgodzi, opublikujemy cały jego pasjonujący tekst. Na razie cytat:
„Sam Przewalski nie ukrywał swojej polskości. Był oficerem w wojsku rosyjskim, jak wielu Polaków. Podstawy swej głębokiej wiedzy przyrodniczej uzyskał w pracowniach warszawskiej Szkoły Głównej. Zakład ten zaopatrywał w ciekawsze okazy fauny, zebrane podczas wypraw w Azji Środkowej. Ba, nawet przyjeżdżał do Władysława Taczanowskiego, kustosza zbiorów zoologicznych te uczelni, na konsultacje”.
Podobieństwo Stalina do… Przewalskiego wywołało kilka lat temu sensacyjne podejrzenia, że wielki podróżnik był jego ojcem. Nie ma jednak żadnych śladów, by kiedykolwiek Przewalski był na Kaukazie; w czasach bezpośrednio poprzedzających narodziny Stalina przebywał tysiące kilometrów na wschód od rodzinnego Stalina Gori. I nie jest prawdą, jakoby Chruszczow w roku 1956 określił Stalina jako Polaka. Plotki odwracają tylko uwagę od kapitalnego dorobku badawczego i odkryć Przewalskiego.
Warto by wznowić „Autobiografię” Przewalskiego w pełnej wersji, opublikowanej przez Stefana Pomarańskiego, otrzymanej od mówiącej po polsku rodziny w Smoleńskiem – z nadzieją, że prof. Wójcik uzupełni tom o swój szerszy szkic. Tak samo warto by wznowić „Pamiętniki” Dybowskiego, Wacława Sieroszewskiego „12 lat w kraju Jakutów” i inne pisma syberyjskie, w tym i przetrwałe w Rosji, pisane po rosyjsku. Nie mówiąc już o Bronisławie Grąbczewskim, następcy Przewalskiego. Grąbczewski, także wojskowy rosyjski, generał, który jednak doczekał wolnej Polski, kontynuował był dzieło Przewalskiego, którego zasadnie uważa się za twórcę szkoły badań nad światem, gdzie do tej pory Europejczyków nie było. Trudno ocenić, który z nich więcej włożył w poznanie tego świata. A przecież mógłbym sypać i dalszymi polskimi nazwiskami wspaniałych ludzi, których Syberia, Ałtaj, Mongolia, Tybet i Daleki Wschód aż po Kamczatkę i Czukotkę, ze swymi ludami, ze szczętem wciągnęły w swoje tajniki istnienia.
Dlaczego do tylu z nich przyznają się Rosjanie? To nie tak. Uczeni rosyjscy akurat nie pomijają narodowości Polaków w służbie rosyjskiej, tym bardziej tych, którzy prowadzili badania jako zesłańcy – Dybowskiego, Sieroszewskiego czy też Bronisława Piłsudskiego. Sybiracy często przyznają się do polskich przodków. Tajemnica jest inna: Rosjanie mieli dziesiątki bohaterów Syberii, ale nie mają swojej legendy Północy, swojej legendy dzielności badaczy i odkrywców. Nie znają swoich bohaterów. Ba, nie mieli swojego Londona. Ani Newerlego „Wzgórza Błękitnego Snu”. Ich wielka literatura, światowej przecież miary, jest na ogół literaturą bezradności człowieka wobec losu. Syberia zaś w pamięci Rosjan to „więzienie narodów”, ziemia tragiczna, ojczyzna stalinowskiego koszmaru. Nie pobudza wyobraźni przygodą i zdolnością pokonania największych trudów. Nie pobudza ani wyobraźni Kremla, ani przeciętnego Rosjanina, któremu władza ma wszystko załatwić. Nawet chyba nie wiedzą, że coś trzeba zrobić z tymi krainami, zanim przyjdą tam Chińczycy, kiedy nauczą się znosić zimno i kilkunastogodzinną ciemność w ciągu doby…
Jesteśmy inni, zadbajmy o biografie pionierów

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji