nr. 46
VICTORIA, BC, październik 2013
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Konsulat RP
w Vancouver
przenosi się

Zebranie
Sprawozdawcze
Dom Polski
6 października


ARTYKUŁY

Od Redakcji
Gratulacje dla
Ani

W Królewskim
Muzeum BC

deszcz nie straszy

Andrzej Pomian -
Powstanie Warszawskie

w podsumowaniu

Maria Manczarska -
Exodus Warszawski

wspomnienia uczestniczki
Powstania

Bożena Ulewicz
Poszukiwanie
rzeczy zagubionych
reportaż z Warmii

Muzeum Rocka
w Seattle

fotoreportaż

Rozmaitości


Indeks autorów

tekst Bożena Ulewicz, foto Andrzej Ulewicz.

Poszukiwacze rzeczy zaginionych


Waplewo. Altana a la pagoda

Kto nie czytał „Wyspy skarbów”, przygód Pana Samochodzika, lub nie oglądał filmowych wyczynów niestrudzonego Indiany Jonesa? Krótko mówiąc, kto nie marzył o odkryciu skarbu, chociażby w babcinym ogródku? A tak właśnie znajduje się prawdziwe skarby, niekoniecznie w zamkowych piwnicach, pałacowych skrytkach, lecz w miejscach nieatrakcyjnych, choćby na śmietniku. Archeolodzy pierwsze kroki często kierują prosto do wychodków. Nie tak dawno w starodawnej gdańskiej klozetce przy ulicy Kleszej odnaleziono biżuterię z XIV wieku. Pośpiech użytkowników, chęć schowania kosztowności w miejscu zniechęcającym rabusia, przynoszą dzisiaj unikalne odkrycia.
Zainspirowani tymi faktami, na rekonesans wybraliśmy się w rejony o dużym nasyceniu odkryciami, które na światło dzienne wydobyły skarby prawie jak z bajki. W końcu średniowieczne złote floreny z Zalewa to nie lada gratka. W Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie jest ich 80, ale istnieje uzasadnione domniemanie, że monet było znacznie więcej, nawet 200. Dedukując skądinąd słusznie, że skarby łączą się z wydarzeniami wojennymi (vide Bursztynowa Komnata) postanowiliśmy wyruszyć śladami Jagiełły idącego po bitwie grunwaldzkiej na Malbork. W dość leniwym tempie wojska przeszły m.in. przez Morąg, Zalewo, Przezmark, Dzierzgoń. Od Malborka dzieliło ich około 100 km, a na pokonanie tego odcinka rycerze Jagiełły potrzebowali aż 10 dni.

OBERLANDZKA ROUTE
Droga, jaką wybraliśmy nie była pierwszym lepszym gościńcem, lecz jednym z ważniejszych szlaków w dawnym państwie krzyżackim. Miłośnicy historii tej trasy nazwali ją „Oberlandzka Route 66” nawiązując do kultowej ( z powodów znanych tylko rdzennym Amerykanom ) autostrady łączącej wschodnie i zachodnie wybrzeże USA. Pogranicze Warmii, Mazur i dawnej Pomezanii zwane niegdyś Oberlandem, czyli Pogórzem Pruskim zajmowało ważne miejsce w gospodarce i polityce Krzyżaków. Wybudowane miasta i warownie połączyli siecią dróg, również wodnych. Oberlandzka Route nie jest taka długa. To zaledwie 55 kilometrów licząc od Dzierzgonia do Morąga.
Oczywiście Jagiełło kroczący na czele swoich wojów nie miał pojęcia, że jest prekursorem kultowego odcinka drogowego. Innym historycznym użytkownikiem tej trasy, pokonanej w bardzo dramatycznych okolicznościach rodem z powieści płaszcza i szpady, był król Stanisław Leszczyński, który wyrwawszy się z oblężonego Gdańska uciekał przed rosyjskim pościgiem próbując dotrzeć do Królewca. Było to w lipcu 1736 roku, a przebrany za pruskiego oficera król przemknąwszy jak duch przez Zalewo oparł się dopiero w Miłomłynie.
Nieco później, w czerwcu 1807 roku do Zalewa zajrzał Napoleon po opuszczeniu zimowych leż w Kamieńcu, gdzie czas tak mile mu urozmaicała nasza rodaczka, hrabina Walewska. Bóg wojny pędził już ku kolejnym wyzwaniom letniej kampanii, która po bitwach pod Dobrym Miastem i Lidzbarkiem Warmińskim zakończyła się okupionym wieloma ofiarami zwycięstwem pod Iławą Pruską. Nie ulega wątpliwości, że obecność Napoleona na tej drodze ugruntowała wizerunek marki tego szlaku. Oczywiście cesarzowi Francuzów ani to by do głowy nie przyszło. Droga była elementem strategii wojennej.
My już wiedzieliśmy i dlatego delektowaliśmy się urokami trasy w dwójnasób – bo to i droga z kategorii „trendy” i możliwość natknięcia się na jakiś sezam. I to dosłownie na samej drodze. Boć to przecie w lipcu tego roku, między Prabutami, a Suszem, wracający z grzybobrania ojciec i syn, w pasie przeciwpożarowym leśnego duktu znaleźli wystający z ziemi garniec ze srebrnymi monetami i precjozami z XI wieku.
Również koło Susza, bo w Nipkowie, w październiku 2009 roku, jacyś pasjonaci historii wykopali w polu ponad setkę krzyżackich srebrników. Wygląda na to, że na obszarze w trójkącie Zalewo, Prabuty, Kisielice głównym zadaniem niegdysiejszych mieszkańców było ukrywanie drogocenności. Nie czynili tego bez przyczyny. Szlak był nie tylko handlowy, co także wojenny, a okresy pokojowej egzystencji wcale nie tak długie. Co raz to przez te tereny przemieszczały się nieprzyjazne armie. Trzeba było chować dorobek życia i zwiewać gdzie pieprz rośnie. Nic dziwnego, że dzisiaj to prawdziwy raj dla poszukiwaczy skarbów.

GDZIE TE FLORENY?
Floreny, 3,5 gramowe złote monety, od 1252 roku bito we Florencji. W awersie miały lilię, a na rewersie św. Jana Chrzciciela. Przez kilka wieków był floren w Europie monetą uniwersalną, czymś na kształt euro. Skarb z Zalewa szacowany jest na ok. 200 florenów. Ile były i są warte? W średniowieczu był to roczny dochód bogatego kupca. Nadal mają znaczną wartość. Wyłożone w gablotce muzeum w Olsztynie robią wrażenie, bo to złoto najwyższej próby.
Na Zalewo spojrzeliśmy po raz pierwszy zaczaiwszy się u wschodnich rubieży miasteczka sygnalizującego swoje położenie wyniosłą wieżą kościoła św. Jana Ewangelisty. Przybywaliśmy z przeciwnej strony niż Napoleon w czerwcu 1807 roku, ale z tej samej, z której wynurzyły się oddziały drepczącego na Malbork Jagiełły. Bardzo możliwe, że to w trwodze przed nadciągającymi Polakami i Litwinami zamożni obywatele Zalewa, przezornie ukryli swe zasoby materialne nie do końca dowierzając murom. I słusznie. Miasto zostało zdobyte i zniszczone. Właściciel skarbu pewnie zginął, albo salwował się ucieczką tak daleką, że nijak było powrócić. Złote floreny zakopane gdzieś w piwniczce przy rynku wyszły na jaw dopiero u schyłku XX wieku podczas budowy garażu na fundamentach starej zabudowy.


Baszta w Zalewie

Trudno zabrać się za poszukiwanie skarbów w biały dzień na placu, jaki pozostał po zniszczonej w 70 proc. zalewskiej starówce. Szukamy zatem innych skarbów - historii. Na przykład w nie istniejącym domu na parceli 52, w północnej pierzei rynku, należącym do poborcy podatkowego Glasera, nocował Napoleon. Wieść niesie, że gdy następnego dnia rano dla zaczerpnięcia świeżego powietrza cesarz pan stanął w oknie swej kwatery mało co go nie ustrzelił w porywie pruskiego patriotyzmu zamieszkujący przez ulicę egzekutor sądowy niejaki Keiluweit, aliści małżonka wytrąciła zapaleńcowi broń z ręki.
Jest też kościół św. Jana Ewangelisty. Zbudowany w XIV wieku, z ponad 45-metrową wieżą, służył w przeszłości również na zjazdy sejmiku Prus Górnych, a nawet Sejmu Pruskiego. Przed budynkiem wzrok przyciąga świeżo odmalowana figura św. Floriana, w uniformie rzymskiego legionisty, jedną ręką dzierżącego krzepko biały sztandar, drugą polewającego zastygłą w gipsie wodą w ostrym kolorze ultramaryny, miniaturę kościoła. Był skutecznym patronem. W wielkim pożarze z roku 1688, który strawił 84 domy, browar oraz ratusz, kościół ocalał. Zalewscy miszczanie uratowali świątynię i szkołę - oczko w głowie stolicy Prus Górnych. Sięgająca początkami roku 1404, w 1599 otrzymała status szkoły książęcej, uprawniającej do studiowania na królewieckiej Albertynie.


Św. Florian w Zalewie

Kościół stoi na skarpie, widoczną gdy się go obejdzie. W jej zbocze wpasowała się szachulcowa chałupina, może dawna wozownia, z łękowatym od starości dachem. Niżej, w ogrodzie trochę dzikim, jeszcze bardziej lichy domeczek, prawie gołębnik, kryty łatami papy, ze schodkami prowadzącymi na stryszek przez drewnianą przybudówkę. Idzie się tam uliczką Kościelną, skacząc po kocim bruku, mijając parterowy budynek jak z rysunku dziecka - drzwi w środku, po bokach równe kwadratowe okna. Na sypiącym się tynku elewacji zachowała się tablica z resztkami liter: Mätzke, czyli rzeźnik.
Do roku 1938 przy Kościelnej stała synagoga, podpalona w czasie Nocy Kryształowej. Choć strażacy przybyli z pomocą, kazano im lać wodę na okoliczne domy, bożnicy nie ugaszono. Z kronik wyłania się obraz prześladowań, jakie spotkały żydowskich mieszkańców z rąk niemieckich sąsiadów. Zdumiewające są te wybuchy nienawiści w małych społecznościach żyjących wspólnie od pokoleń. Podobne akty wrogości, z tym że skierowane przeciwko Polakom, odnajdziemy w dalszej części podróży.
Przy wyjeździe z miasteczka widok z mostu na jezioro Elwingi. Tu zaczyna się najstarszy kanał wodny w Polsce. Kanał Dobrzycki wytyczyli w latach 30-ch XIV wieku przybysze z Turyngii osiadli w Saafeld, czyli Zalewie. Tą bramą elbląsko-zalewską zaradni mieszczanie spławiali swoje towary nawet do Gdańska. Dzisiaj kanał nadaje się na spływy kajakowe, dostępny jest również dla jachtów. Póki co nie cieszy się dużym zainteresowaniem. Coś się jednak zmienia. Zalewo otrzymało pieniądze unijne na budowę ekomariny. Ma powstać całoroczny pomost pływający dla 18 jachtów. Powstanie też przystań z zapleczem higieniczno-socjalnym dla wodniaków. To przyszłość, może nie najdalsza.

SKARBY PRZEZMARKA
Krętą, brukowaną drogą wpadamy do wsi kierując się na widoczną z dala zamkową wieżę. Tylko ona pozostała praktycznie z dawnej warowni. Wejście na teren resztek zamku strzeże tablica „teren prywatny”. Szanujemy prywatność, schodzimy na brzeg jeziornej zatoki, ponad którą wzbija się skarpa u swych posad porośnięta drzewami wchodzącymi w wodę. To na niej przed wiekami osadzono zamek. W trzcinie terkocze trzciniak, gderają żaby, a z buszu na brzegu, gdzie kryje się chatka miejscowego puchatka dobiega rzewna disco pieśń „Źono moja”. Wycofujemy się i idziemy obejrzeć okolicę. Po drugiej stronie znajduje się neogotocyki kościół usytuowany między głębokim, zarośniętym jarem, a jeziorem. To ładny punkt widokowy na położoną przez zatokę wieżę.
Zamek, z którego tak niewiele zostało wybudował w latach 1316-1331 komtur Dzierzgonia, zarazem Wielki Szatny Zakonu Krzyżackiego i późniejszy Wielki Mistrz, Luter z Brunszwiku. Szatny miał dryg do budowlanki, bo jemu zawdzięcza Malbork przebudowę w budzącą respekt rezydencję władców zakonu. W roku 1437 przeniesiono do Przezmarka konwent zakonny z Dzierzgonia, kiedy tamtejsza twierdza została kompletnie zrujnowana przez wojska polskie.
Czy Jagiełło w czasie pamiętnej kampanii był w Przezmarku, trudno powiedzieć. Na pewno jego wojska zajęły miejscowość i bez większych problemów obsadziły zamek. Pewne jest, że decyzją samego króla obsadzono starostę nowo zdobytej warowni. Został nim rycerz Mroczek, bądź Mroczko z leżącego w Wielkopolsce Łopuchowa, herbu Laski. Krótko zarządzał zamkiem, bo rok później ponownie przejęli go Krzyżacy. Na imć Mroczku ciąży, nomen omen, iście ciemna legenda. Jak donosi sam Długosz, miał podobno zgładzić pisarza królewskiego Sochę, który przybył do Przezmarka, aby zinwentaryzować skarb krzyżacki jakoby ulokowany przez zakon w podziemiach zamkowych. Jednak Mroczek ręcząc słowem rycerskim wysupłał się z podejrzenia, a co stało się ze skarbem zamku, który na mocy pokoju toruńskiego ( 1411 ) wrócił do Krzyżaków, jeśli nawet był, to głupi byłby imć Mroczek gdyby go zostawił. Wziął, co miał wziąć i zniknął niekoniecznie w pomroce dziejów, jako że ten sam kronikarz w roku 1412 kojarzy go z zamiarem zamachu na biskupa Wojciecha Jastrzębca. Musiał być nasz rycerz rzeczywiście nie lada schwartz charakterem.
A wracając do tajemniczego skarbu. W istocie może budzić pewne wątpliwości biorąc pod uwagę spis pozostawiony przez skrupulatnych Krzyżaków, a przeprowadzony na krótko przed klęską grunwaldzką. Inwentaryzacja wykazuje, owszem, srebrne naczynia stołowe – miski i puchary, ale bynajmniej nie w porażających ilościach. Stwierdzono za to spore zapasy trunków: krajowego wina ( czyżby patykiem pisanego? ) oraz piwa: gdańskiego i elbląskiego. Czy warte to było życia nieszczęsnego Sochy, aż trudno uwierzyć. A może w ruinach dawnych piwnic tkwi jeszcze jakaś zacna skrzyneczka wypełniona po brzegi lśniącymi florenami?

MALOWNICZY DZIERZGOŃ
Jagiełło dotarł do opuszczonej przez Krzyżaków komturii dzierzgońskiej 22 lipca, a pobyt na zamku rozpoczął od wysłuchania Mszy św. w kaplicy św. Krzysztofa. Potem praktycznie zarządził, żeby święte figury z kaplicy wywieźć do Sandomierza. W dwa dni później ruszył na Malbork.
Zanim dotarliśmy do Dzierzgonia trochę czasu zajęło nam poszukiwanie kamienia Wilhelma. Odnaleźliśmy go w lesie, pod dębem. Omszały, prawie zrósł się z drzewem. Ledwie widoczny napis głosi, że w tym miejscu Wilhelm II ustrzelił kapitalnego kozła. To jeden z 14 głazów upamiętniających myśliwskie dokonania cesarza, który w prakwickich lasach , niedaleko dworu Dohnów, polował zapamiętale w latach 1884-1910.


Kościół w Dzierzgoniu

Dzierzgoń, niegdyś Kiszpork, malowniczo rozciąga się na morenowych wzgórzach. Wspinamy się idąc do kościoła parafialnego pod wezwaniem Trójcy przenajświętszej i św. Katarzyny wybudowanego w latach 1310-1320. Nie miał takiego szczęścia jak świątynia w Zalewie, parokrotnie padał ofiarą pożarów. Za każdym razem odrestaurowany powracał do życia. Ze wzgórza rozległy widok na zamykające horyzont moreny, w dole dachy i fasady domów, kręte uliczki. Drapiemy się jeszcze wyżej, skąd zza starodrzewu ukazuje się nowa odsłona tej samej panoramy. Jesteśmy na wzgórzu zamkowym. Zamku nie ma, ale stoi XIX-wieczna wieża ciśnień. Skąpe resztki zdradzają ślady dawnej warowni, widoczne we fragmentach piwnic odsłoniętych przez archeologów. Wokół park miejski, rewitalizowany, jak głosi unijna tablica. To tu, Prusowie, po przegranej wojnie 1249 roku, w obecności przyszłego papieża Urbana VII, podpisali pokój z Krzyżakami wyrzekając się pogaństwa, deklarując płatność dziesięciny, ale zyskując w zamian prawa na równi z niemieckimi kolonistami.
Długosz opisuje łupy, jakie Jagiełło znalazł w opuszczonym zamku. Krzyżacy uciekli tak pośpieszenie, że nawet kuchni nie zdążyli wygasić. Król jegomość mógł z marszu zasiąść do ciepłego posiłku, oczywiście wcześniej udawszy się do zamkowej kaplicy, o czym już była mowa. Oprócz obfitego zaopatrzenia w artykuły spożywcze „znalazł też izbę z odzieżą pełną purpury i cennych tkanin stosownych dla rycerzy” i z właściwą sobie szczodrobliwością porozdawał towarzyszącym mu rycerzom. Zamek zapisał się w historii także rozprawą sądową nad niejaką Ewą z Waplewa. Oskarżona przez sołtyskę o chwilowe oślepienie, łamanie w kościach, pomór koni i wołu, krótko mówiąc o czary, skończyła żywot na stosie. Było to w roku 1686. Rok później takim samym wyrokiem zakończył się proces trzech innych waplewskich czarownic.
Dolne partie miasta budzą inne reminiscencje. W bocznych uliczkach odnajdujemy trochę secesyjnej architektury. Jest także barok! Półmiejsko-półsielsko bo zanurzony w rozciągającej się obok łące, leży XVIII wieczny klasztor reformatów, obecnie dzierzgoński Dom Kultury ( są tu także pokoje do spania, choć fama głosi, że po krużgankach byłego klasztoru można się natknąć na zjawy niematerialnej proweniencji ). Okolony niewysokim, bo osiadającym murem, zachwyca zwieńczeniem nad boczną bramą. Tłuściutkie putto trzymając w prawej łapce lilię, lewą wyciąga pewnie do sąsiada, którego bardziej można się domyślać, bo jego postać ledwo już wynurza się z kamienia. Widać tylko muskularną łydkę, udo i tułów bez rąk, brakuje też głowy. I tak trwają w portalu strażnicy zamkniętych drewnianych odrzwi prowadzących do tajemniczego ogrodu.

CZARODZIEJSKIE WAPLEWO
Jedziemy do Waplewa mając w pamięci pełen zgrozy kronikarski zapis o tutejszych czarownicach. Błękit nieba i słoneczny blask nadają miejscowości niemal idyllicznej aury. Widok pierwszy - to staw suto rzęsą porośnięty, silos z pordzewiałej blachy, dalej ceglane budynki, w głębi kryte eternitem obory. Widok drugi – to zadbany pałac parterowy z reprezentacyjnym gankiem, gazonem przed wejściem i okazałymi czerwonymi bukami stojącymi od frontu na baczność. Z boku, na szczycie, dwa lwy trzymają herbowy kartusz oglądając się na narożne ozdobne wazony, z których strzelają w niebo pióropusze agaw. Jest i data – 1888. To rok przebudowy, dwór jest znacznie wcześniejszy. Z tyłu gmachu kolumnowy portyk nad przeszkloną sienią. Za pałacem park, romantyczny, miękka murawa, buki, dęby, modrzewie, gąszcz paproci, staw zacieniony.


Dwór w Waplewie

Na trawniku posąg przysadzistego szlachciury w kontuszu, rezolutnie pod bok podpartego, w barankowej bekieszce na głowie, z sumiastym wąsem, w postawie luz blues. Wszystko jasne, rzeźba została przeniesiona sprzed karczmy gdańskiej w Elblągu, gdzie z pewnością wzmacniał znak firmowy szynku. Na skrzyżowaniu parkowych alei, w głębi parku, czarowna altanka w stylu chińskiej pagody. Szkoda, że ta XVIII wieczna świątyńka dumania ma zdemolowane ławki. Pal grom, że ktoś tu słonecznik skubie, ale ktoś usiłował także podpalić jedną z kolumienek, a na innej zostawił podpisy: Nevada Jan i Kola. Ot, czasami chciałby się psami poszczuć takich.
We dworze, gdzie powstaje Muzeum Tradycji Szlacheckiej, od 1759 roku mieszkali hrabiowie Sierakowscy. Dwór słynął ze znakomitej biblioteki oraz kolekcji obrazów europejskich mistrzów. Rodzina z oddaniem walczyła o polskość Powiśla w czasach zaboru pruskiego. Ostatni rezydujący tu właściciel, Stanisław Sierakowski, prezes Związku Polaków w Niemczech, z poświęceniem zaangażował się w odzyskanie Powiśla w czasie plebiscytu. Swą działalnością podpisał na siebie wyrok śmierci. Hitlerowscy oprawcy dopadli go we wrześniu 1939 roku. Wraz z nim zginęła żona – Helena z Lubomirskich oraz córka z zięciem.
Warto wspomnieć też o drugiej rodzinie. Donimirscy zarządzali majątkiem waplewskim w latach 30-ch, kiedy Sierakowscy musieli schronić się na terenie Rzeczpospolitej przed prześladowaniami. Jeden z Donimirskich, Witold, został zamordowany w obozie w Sachsenhausen w grudniu 1939 r. Rodzina była spowinowacona z Melchiorem Wańkowiczem. „Na stropach Smętka” odnajdziemy echa podróży słynnego reportażysty latem 1935 roku po Warmii, Mazurach i Powiślu. Z Tirliporkiem odwiedzili wtedy swych dalekich krewnych mieszkających niedaleko Waplewa.
I jeszcze jedno. Spacerując po przepięknym parku oraz okolicy nie natknęliśmy się na żadną skrzynkę ze skarbami. Może po prostu nie mieliśmy szczęścia. A przez wieczorne niebo nie przemknęła żadna czarownica pędząc na swym NOL-u na gminne uroczysko. Może to i lepiej.
..

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji