nr. 46
VICTORIA, BC, październik 2013
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Konsulat RP
w Vancouver
przenosi się

Zebranie
Sprawozdawcze
Dom Polski
6 października


ARTYKUŁY

Od Redakcji
Gratulacje dla
Ani

W Królewskim
Muzeum BC

deszcz nie straszy

Andrzej Pomian -
Powstanie Warszawskie

w podsumowaniu

Maria Manczarska -
Exodus Warszawski

wspomnienia uczestniczki
Powstania

Bożena Ulewicz
Poszukiwanie
rzeczy zagubionych
reportaż z Warmii

Muzeum Rocka
w Seattle

fotoreportaż

Rozmaitości


Indeks autorów

tekst Maria Manczarsska, (foto Internet)

EXODUS WARSZAWSKI

Dopisek redakcji:
Exodus Warszawski opisywany przez Marię Draheim Manczarską, która, gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, miała 24 lata.

Autorka przed wojną należała do XII drużyny harcerskiej im. Wandy Malczewskiej w Poznaniu. Do kwietnia 1942 roku ukrywała się przed Niemcami poszukującymi ją i jej rodzeństwo ze względu na ich ojca Józefa Drahaima figurującego na „czarnej liście” poznańskiego Gestapo. W kwietniu 1942 roku Maria Drahaim została potajemnie przetransportowana do Warszawy.

***

W pierwszych dniach kwietnia zjawił się u mnie nieznajomy, sprawdził co zabieram ze sobą , wręczył mi autentyczny paszport „pożyczony” na tę noc od osoby mającej 40 lat – mój lewy dowód zniszczył i wsiedliśmy do pociągu. Były dwa miejsca w przedziale „Nur fór Deutche”. Usiedliśmy nic do siebie nie mówiąc. W sąsiednim przedziale Niemcy robili rewizję, sprawdzali dokładnie dokumenty. Serce miałam w gardle. Do naszego przedziału wszedł Niemiec: „Alle Deutche?” Ktoś mruknął ”Jawohl”. Niemiec odszedł. W Kutnie odetchnęliśmy. W Warszawie nieznajomy odebrał mi paszport, przekazał w ręce innego nieznajomego, ten kluczył ze mną dłuższy czas tramwajami po Warszawie, aż wreszcie trafiłam do płka Boczkowskiego – z nim do ojca, z ojcem do braci. Co za radość. Znów byliśmy razem.

Godzina „W” zastała mnie już w punkcie wyczekiwania przy ul. Szpitalnej. Od dwóch lat byłam w AK – w służbie PŻ (Pomoc Żołnierzom) – miałam pseudonim „Mika”. Na okres powstania dostałam przydział do batalionu im. Płk Jana Kilińskiego. W sierpniu pracowałam na Poczcie Głównej (…). Po pierwszych bombardowaniach Poczty i zasypaniu mnie (szczęśliwie byłam tylko lekko ranna w nogę), na naszą prośbę zostałyśmy obie z moja przyjaciółką P.Ż- tką (Jadwiga Dadlasz - zginęła w powstaniu) pseudonim „Boja” przeniesione do kompanii 9 stacjonującej przy ul. Próżnej 14. Boja została na Próżnej, a mnie wachmistrz „Kalinowski” przeprowadził na placówkę – Królewska 16, gdzie zostałam do końca Powstania pełniąc służbę gospodarczą. Dowódcą placówki - od 10 IX. 1944 był ppor. „Paprzyca” – Ignacy Szczeniowski, dzielny oficer, wspaniały troskliwy, jak ojciec o swoje dzieci dowódca, odznaczony pod koniec Powstania orderem VM i awansowany do stopnia porucznika.
Paprzyca orientował się w mojej sytuacji rodzinnej toteż pod koniec września dał mi na noc przepustkę, abym odszukała ojca. Znalazłam go przy ulicy Piusa XI nr 64, obecnie Pięknej, gdzie w mieszkaniu dwóch znajomych pań zaskoczył go wybuch Powstania.
Po kapitulacji chciałam pójść do niewoli z „moimi chłopcami” ale „Paprzyca” się temu kategorycznie sprzeciwił, twierdząc, że tutaj będę bardziej potrzebna mojej rodzinie. Dzięki jego mądrej radzie, po otrzymaniu żołdu powstańczego powstańczego legitymacji A.K. – powróciłam do ojca.
Zastałam go już do wymarszu gotowego z plecakie-workiem naprędce uszytym przez znajome panie. Stałam się, więc nagle opiekunką trzech starszych osób. Pozostawiliśmy mieszkanie nietknięte – nawet w niektórych oknach – o dziwo – szyby były całe. (Gdy wróciłam do Warszawy w lutym 1945 roku dom ten – wraz z innymi patrzył na mnie pustymi oczodołami czarnych wypalonych okien.) Do worków – plecaków załadowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, trochę kaszy i garnek do gotowania. Gospodarski zmysł ojca już we wrześniu 39 roku nakazał nam pamięć o garnku – bardzo nam się to przydało w ówczesnej wędrówce.

A, więc opuszczaliśmy Warszawę 4-go lub 5-go października przez gruzy, doliny lejów, pokonywaliśmy wyżyny barykad. Szliśmy w milczeniu ulicami Koszykową ,Filtrową przez Plac Narutowicza – tuz obok kościoła leżała jakaś brunatna postać – to człowiek spalony przez krowę. Do dziś mam ten obraz w oczach, ilekroć przechodzę obok tego kościoła. W ulicę Barską skręcał niekończący się tłum ludzi z tobołkami, walizkami, z dziećmi na rękach. Nareszcie na Dworcu Zachodnim postój – tu czekanie na wagony. Dokąd nas zawiozą? Podobno do Pruszkowa. Noc. Udało mi się ulokować moją trójkę w tunelu dworcowym. Zawsze tu trochę cieplej. Wczesnym rankiem wyszłam z tunelu zobaczyć, co się dzieje. Jeden transport już w nocy odszedł. Przed dworcem pełno leżało porzuconych przez ludzi przedmiotów zebranych w pośpiechu, a teraz niepotrzebnych: talerze porcelanowe, cukiernice kryształowe, krawaty, pierzyny…wszystko to było zbyt ciężkie do dźwigania. Szukałam worka. Nie było. W stosie bielizny natomiast znalazłam parę porządnych kalesonów. Nogawki zawiązałam w węzeł, pozapinałam guziki i śladem kilku innych odważnych zapuściłam się w przyległe do dworca pole pomidorów i ogórków w poszukiwaniu resztek tych cennych owoców. Pilnujący warszawiaków Niemcy nie reagowali - jak normalnie – wrzaskiem. Czyżby ciche przyzwolenie? Nadsłuchując cały czas czy nie padnie strzał, napełniłam szybko mój worek pomidorami, znalazłam kilka cebul i ogórków. Gdy mijałam w drodze powrotnej Niemca, ten zarechotał śmiechem na widok pociesznie wyglądających wypchanych kalesonów. Ojciec natomiast był zły, nie tylko dlatego, że się narażałam, ale że niosłam pomidory w kalesonach: „Jak ci nie wstyd. Ja tego jeść nie będę”. Uspakajałam go mówiąc, że przecież były idealnie czyste, a worka znaleźć nie mogłam.
Wkrótce podstawiony został wagon węglarki. – Niemcy upchali nas jak śledzie, ja z drżeniem myślałam jak dojadą moje pomidory, które z trudem dźwigałam w ręku bojąc się je postawić czy oprzeć o ziemię. (dowiedziałam się już w Pruszkowie, że w poprzednim dniu przy innej obsadzie Niemców - amatorzy zbierania pomidorów przepłacili to życiem.).
W Pruszkowie zapędzono nas do ogromnej hali – był to barak Nr: 5,w którym warszawiacy oczekiwali na selekcję i na dalszy swój los. Młodzi i zdrowsi – niezależnie od tego czy byli obarczeni rodziną, czy nie – wywożeni byli stąd na roboty do Rzeszy. Tory kolejowe podchodziły pod samą halę, a więc droga do transportu już nie była ani daleka ani uciążliwa. Starsi i chorzy z zaświadczeniem otrzymanym od lekarza urzędującego tej hali – kierowani byli do baraku nr: 2, a stamtąd do Generalnej Guberni. Były jeszcze inne baraki na tym ogromnym, ogrodzonym murem i pilnie strzeżonym przez Niemców terenie należącym poprzednio do Polskich Kolei Państwowych. Najgorszą opinię miał barak – jeśli dobrze pamiętam o numerze 6, skąd jedyna droga prowadziła na ciężkie roboty do kamieniołomów. Byli tam przeważnie młodzi ludzie, którzy w jakiś sposób podpadali Niemcom – nieraz wystarczyło, by się jakaś twarz nie spodobała.

W hali numer 5 pozostaliśmy trzy dni. Pomidory ratowały nas od głodu, bo chociaż siostry RGO rozdawały co dzień zupę, to nie wystarczało jej jednak dla tych tysięcy napływających ciągle warszawiaków. mina tym czasie na zmianę z przygodnie poznaną towarzyszka niedoli w moim wieku – stałyśmy dwa dni i dwie noce w kolejce do lekarza (co parę godzin rozpędzanej przez Niemców). Towarzyszka moja chciała lekarzowi wmówić, ze jest w ciąży i prosić chciała o odpowiednie zaświadczenie, mnie natomiast radziła, bym podała, że jestem chora wenerycznie – Niemcy panicznie się bali takich kobiet i duża była szansa, że nie odstawia mnie do transportu na wywóz do Rzeszy. Wahałam się przed wyborem takiej „choroby”, ale najważniejsze było dostać się do lekarza. Podobno był wyrozumiały. Już niecała godzina dzieliła nas od upragnionej wizyty za zamkniętymi drzwiami. Każda z nas miała swój plecak ze sobą na wypadek jakiejś nagłej awarii. Tak tez się stalo. Grupa Niemców wpadła z wrzaskiem: „Raus! Aber schnaller rrausse! W mgnieniu oka tłum ludzi zalegających ogromną halę zaczął wychodzić przed budynek. Selekcja odbywała się sprawnie. Mowy nie było o powrocie do ojca lub o jego odnalezieniu. Zgubiłam też w zamieszaniu swą towarzyszkę. Jakiś czas próbowałam lawirować w tłumie, aby odsunąć nieubłaganą konieczność wyjścia z hali i selekcji – wiedziałam, że czeka mnie wywózka do Rzeszy. Już, tłum poganiany krzykiem przez Niemców wypchnął mnie z hali. Znalazłam się nagle za plecami stojącego z boku Niemca, który pilnował wychodzącej właśnie bocznymi drzwiami długiej kolejki ludzi. A może ze specjalnym pozwoleniem.? Nagle ujrzałam daleko w kolejce mojego ojca: ten moment oraz nieuwaga Niemca wystarczył, bym wskoczyłam do kolejki z duszą na ramieniu: „Czy zauważył, czy strzeli do mnie z tyłu.” Kolejka jednak posuwała się raźno na przód, coraz dalej i dalej od groźnego pola selekcji.
A więc jestem w baraku nr: 2 przeznaczonym dla chorych i starych. Z łatwością odszukałam ojca, on też był sam – znajome panie również się zgubiły. Ulokowaliśmy się niedaleko wyjścia, bo zaduch w tym baraku panował straszny. Było tutaj dużo osób w starszym wieku, naprawdę chorych, leżących nieraz od paru dni na mokrym, wpół zgniłym barłogu. Siostry RGO, ogromnie były ofiarne, lecz nieliczne, nie były w stanie wszystkim zapewnić należytej opieki. Pozostawiłam ojca przykazując mu by się nie ruszał (po raz pierwszy słuchał mnie jak małe dziecko), a sama poszłam zasięgnąć języka”. Dowiedziałam się, więc gdzie rozdają gorącą kawę – przyniosłam ja Ojcu w kubku dowiedziałam się też, że codziennie rano odchodzi transport z chorymi w rożne strony Generalnej Guberni, ale na drodze z baraku do wagonów Neimcy polują jeszcze na młodych mający zdrowy „podejrzany” o AK wygląd i jednym skinieniem palca zmieniają im drogę z wolności do baraku nr: 6, czyli do kamieniołomów. Poradzono mi tez żeby zgłosić się do RGO – może przyjmą mnie jako siostrę. Zapukałam, więc do drzwi dyżurki (w baraku dla chorych były stale dyżury) Jakież było moje zdziwienie i radość, gdy zobaczyłam w dyżurce moją szkolna koleżankę Olę Perzówną, z którą razem w Poznaniu zdawałam maturę. Padłyśmy sobie w objęcia. Okazało się, że Ola też była w Powstaniu: O zamążpójściu Oli dowiedziałam się dopiero teraz. Jej teściowa Pani. Paliszewska pracowała w RGO, a obecnie jest kierowniczką tego właśnie baraku. Zbieg okoliczności, czy cud? Czy tylko na filmach mogą się zdarzać takie spotkania? Ola trafiła do baraku dzień przede mną. Pani. Paliszewska w różny sposób ratowała już szereg młodych ludzi od grożących im kamieniołomów: To na noszach wynosiły siostry PCK rzekomych chorych z obandażowaną nogą, to z reką lub głowa wychodzili młodzi ludzie. Jakoś dotychczas udawało się. Pani Paliszewska postanowiła, że przenocuję już w dyżurce, a rano jako siostra PCK z opaską na ręku bez plecaka z druga zawodowa siostrą PCK poprowadzę do transportu Olę Paliszewską, która będzie miała nogę grubo obandażowaną i będzie kuleć. Mój plecak zostanie schowany w krzakach, a później przerzucony mi przez siostrę PCK. Zdawałyśmy sobie sprawę, że jeśli Niemcy nakryliby taka lipę, to wyciągnięte byłyby ostre konsekwencje w stosunku do kierowniczki i sióstr RGO i PCK. Oby się udało! Już o 5-tej rano Niemcy nakazali szykować się do transportu. Noga Oli zgodnie z planem została obandażowana. Pani Paliszewska podenerwowana nakazała nam zostać w dyżurce, aż do jej powrotu, a sama poszła pilnować formowanie się w baraku kolumny chorych. Wszystkie siostry PCK były w ruchu – pomagały wstawać, ubierać się, prowadziły do wyjścia. Minęły chyba ze dwie godziny w napięciu i oczekiwaniu. Niemcy wreszcie dali hasło do wymarszu. Ruszyła, więc powoli z baraku długa kolejka ludzi o poszarzałych twarzach, przygasłych oczach, starych może nawet nie wiekiem, a ostatnimi przeżyciami We dwie ujęłyśmy Olę silnie pod ręce nakazując jej mocno się o nas opierać i razem z pierwszą grupą wyszłyśmy z baraku. Ola nie potrzebowała udawać chorej. Była z przejęcia tak blada i słaba, że z trudem ja dźwigałyśmy Po obu stronach wychodzącej kolumny stali Niemcy i coś do siebie rechotali. Bała się spojrzeć im w twarz, by nie zobaczyć przypadkiem kiwającego na mnie palca. Szczęśliwie dotarłyśmy do podstawionych niedaleko bydlęcych wagonów. i węglarek.

Nam przypadła właśnie węglarka. W tłumie podchodzących do wagonów ludzi, Ola nagle przestała kuleć, siostra PCK znikła, by za chwilę pojawić się z drugiej strony węglarki z moim plecakiem, ja tymczasem zsunęłam opaskę PCK rękawa. Oby jak najszybciej ruszyć! Ojciec mój był na pewno w tym samym transporcie. – gdzieś w kraju będziemy musieli się odnaleźć. W pewnej chwili ktoś mnie z tylu pociągnął za ramię – odwróciłam się z trudem i ze zdziwieniem spojrzałam w twarz mojej towarzyszki z kolejki do lekarza. „Jak się pani tu znalazła?” Wyrwało mi się niechcący. Pokazała oczyma w dół, gdzie wyraźnie uwypuklał się jej brzuch w zawansowanej ciaży. Błogosławiony ten stan zawdzięczała sprytnie ułożonym poduszkom, które później w drodze usunęła. Nareszcie ruszył ogromny transport. W nieznane. Wagony napchane ludzmi do ostatecznych możliwości ani usiąść, ani wygodnie stać. Miałyśmy z Ola łut szczęścia, że dostało nam się miejsce przy burcie węglarki – przynajmniej można się było oprzeć trochę. Po tylu nerwowych przeżyciach potrzeby fizjologiczne nie dały na siebie długo czekać: co robić? Jak sobie poradzić w tej sytuacji? Jakaś pani szepnęła mi do ucha: ”Mam pustą puszkę”. Zdecydowałam się i zrobiłam użytek z puszki. Gdy najbliżej stojący ludzie zorientowali się w sytuacji, puszka zaczęła krążyć po wagonie i napełniona wracała do mnie. Dlaczego zawsze do mnie? Myślałam zła, ale wreszcie uspokoiło się w wagonie. Zastanawiałam się czy w moich zapisach wspomnieć również o tym. Pomyślałam jednak, że „nic co ludzkie nie jest nam obce” i dlatego wspomnę jeszcze o jednym zdarzeniu .W pewnym momencie ze szczytu węglarki rozległ się wrzask i jakieś okropne niemieckie przekleństwa: „Wy s…syny!” Niemiec o wściekłej czerwonej z pasji twarzy stał na stopniach budki znajdującej się między dwoma wagonami i wrzeszczał na przerażoną i zapłakaną babinę, która siedziała tuż pod burtą. Jak się okazało babina ta miała rozstrój żołądka, nie miała innego wyjścia jak załatwić się w gazetę, a gazetę wyrzuciła za burtę, przypadkiem na hełm pilnującego nas tam Niemca. Stojący obok ludzie uspakajali i przepraszali go, babina umyła w dostarczonej przez kogoś wodzie hełm, wypucowała go i Niemiec nareszcie się uspokoił Po paru godzinach jazdy pociąg staną w szczerym polu – Niemcy pootwierali wagony i pozwolili nam wysiąść dla załatwienia potrzeb fizjologicznych. Ani krzaczka ani drzewka, ale większość osób wysiadła. Dopiero teraz zobaczyliśmy jak jesteśmy pilnowani. Do każdego wagonu dwóch uzbrojonych Niemców. Śmiali się głośno „wir haben kino frei” mamy kino za darmo, a ja pokazałam im z satysfakcją goła d…”Pocałujcie mnie gdzieś.
Transportem tym dowieziono wysiedlonych ludzi do Komyrzowa. Tam chorych zainstalowano w pobliskich szpitalach, a zdrowym pozwolono ruszyć w dalszą samodzielna podróż.

Po kilku miesiącach tułaczki, pani Maria dotarła w końcu do Krakowa, skąd rozpoczęła się jej wędrówka w poszukiwaniu rozsypanych przez wojenną zawieruchę innych członków rodziny ojca, braci i siostry. W styczniu 1945 roku wróciła do Warszawy.
.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji