nr. 45
VICTORIA, BC, lipiec 2013
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Konsulat RP
w Vancouver
przenosi się



ARTYKUŁY

Irena Lompart
Żegnaj Szkoło

fotoreportaż

Power Romaniszyn
Polonica

w Afryce

Ewa Korzeniowska -
Wrocławska Moderna

Architektura

Bożena Ulewicz
W krainie El Greco

reportaż

Ostrygi
przepis

Helena Mniszkowna -
Trędowata

odc. 2


Walter Mazur
Sprawozdanie

Dom Polski

Rozmaitości


Indeks autorów

Bożena Ulewicz.

W krainie El Greco i Cervantesa

Hiszpania. Toledo. Widok na miasto od strony rzeki

Pamięć zwiedzacza świata pełna jest obszernych sekwencji, na które składa się suma wrażeń wyniesiona z oglądania danego kraju, miasta, okolicy oraz pojedynczych kadrów wybijających się z tła całości obrazu. Nie zawsze jest to piktogram ( obrazek ). Czasami jakiś natrętny szczegół. Czasami migotliwa impresja. Czasami zapach potrawy. Strzępek muzyki. I tak np. Siena nie jest dla mnie barwnym dramatem wyścigu na Campo, ale cytatem z Herberta, którego kontemplację katedry przy pełni księżyca powtórzyłam nieświadomie w wiele lat po opisaniu „Barbarzyńcy w ogrodzie”. Niechcący przycupnęłam na tym samym wygrzanym po ciepłym dniu murku, skąd autor Pana Cogito snuł swoje rozważania. Wenecja, to z jednej strony próba nieznanych kameralistów podejrzana i podsłuchana przez uchylone drzwi prowadzące do wnętrza kościoła, a z drugiej niesamowita pyskówka cholerycznego kelnera i dwóch średnioleciwych niemieckich turystek na przyzbie restauracyjki przy Ponto Vecchio.

A Toledo? Pełne owoców drzewo pomarańczowe w wirydarzu na dziedzińcu Klasztoru św. Jana ufundowanego przez parę królów katolickich Ferdynanda i Izabelę. To także nieprzyjemne wrażenie, gdy radość oglądania portalu katedry zakłócił nagle przeraźliwy płacz. Nie trzeba było specjalnie się rozglądać, żeby zobaczyć Azjatkę, chyba Japonkę, w średnim wieku, prowadzoną pod ręce przez zakłopotanych dwoje młodych ludzi. Szybko przecięli placyk między katedrą i ratuszem znikając w jednej z wąskich uliczek. Jeszcze długo słychać było prawie zwierzęce zawodzenie kobiety.


Drzewko pomarańczowe na dziedzińcu Katedry w Toledo

Toledo. To miasto wielu kultur. Tu, w zakolu Tagu wymieszały się wpływy iberyjskie, rzymskie, wizygockie. Potem doprawione zostały ingrediencjami trzech wielkich religii: chrześcijaństwa, judaizmu oraz islamu. Musiało tu być jak na perskim rynku. Może dlatego wybrał je El Greco. Miasto Domenikosa Theotokopulosa musi robić wrażenie wieczorem, kiedy zapalają się reflektory na stromych zboczach granitowego wzgórza, na którym wznosi się Toledo. Wyobrażam sobie, jak skrzy się seledynowa zieleń monumentalnych agaw i szmaragdowość trawy, nad którymi bieleją kamienne mury i wszystko nabiera nierealnego piękna, pewnie trochę tak jak na jego obrazie „Widok Toledo” namalowanym w roku 1600 wionącym lekką grozą, a z całą pewnością niezwykłością, ktorą podkreślało nie sztuczne światło elektryczne, ale transcendentny power bijący z posępnego nieba. Do Toledo Grek, a raczej Kreteńczyk przywędrował w latach 70. XVI wieku, tam też zmarł 7 kwietnia 1614 roku.
Ale gdzie tam turyście pędzącemu z wywieszonym jęzorem, żeby liznąć trochę tego, a trochę owego przyjdzie czekać do zmierzchu, kiedy wiadomo, że trzeba o przyzwoitej porze wsiąść w kolejkę i wrócić do niedalekiego Madrytu. To jedna z popularniejszych wycieczek. Dobra na jednodniowy wyskok, tak jak Kordoby, Eskurialu, czy Aranjuaz. W super czystych wagonikach hiszpańskich kolei regionalnych jedziemy w międzynarodowym choć nielicznym składzie. Wczesna wiosna to dobra pora na zwiedzanie. A jest co zwiedzać. Widok sprzed dworca w Toledo zapiera dech w piersiach. Ponad zwartą zabudowę miasta wzbijają się wieże katedry, kościoła św. Ildefonsa i majestatyczna sylwetka Alkazaru. Porośnięta wyniosłą zabudową góra wydaje się na wyciągnięcie dłoni, ale miejski autobus linii nr pięć, za jakieś 75 centymów wiezie nas dość okrężną drogą. W pewnym momencie wydaje się, że wyjeżdżamy z miasta. Bez obaw. Po dziesięciu minutach pojazd wspina się krętymi uliczkami miasta topograficznie trochę przypominającym Asyż, czy inne z dawnych miast, które przezornie wznoszono jak najwyżej, tylko dla orłów. Toledo w dawnych planach strategicznych miało dodatkowy punkt- rzeka Tag, szeroka, a miejscami o nader wartkim nurcie, płynąc głęboką doliną opływa znaczną część miasta. W jej bezpiecznych ramionach musiało być kiedyś nie do zdobycia, choć historia dowodzi, że losy były jednak zmienne.


Katedra w Toledo

Na początku człowiek zawsze się trochę miota. Chciałoby się zobaczyć wszystko i zajrzeć wszędzie, w każdy kąt. Kuszą sklepiki przepełnione turystycznymi gadgetami. Pośród zalewu wachlarzy, kastanietów w Toledo prym wiedzie oręż wszelkiej maści – wszak słynna stal toledańska do czegoś zobowiązuje. Jak w Azji ceniono stal damasceńską, tak w dawnej Europie słynęły wyroby z Toledo. Niewykluczone, że tajemnica ich sukcesu pochodziła z tego samego wschodniego źródła, a swą doskonałość stal toledańska zawdzięczała Maurom, którzy przez parę wieków panowali nad znaczną częścią Hiszpanii. Równorzędnym po względem popularności produktem turystycznym jest Don Kichot, przedstawiany w pojedynkę lub w parze ze swym wiernym giermkiem. W różnych technikach – rzeźba, malowidło na ceramice, czy na tkaninie. Na małym placyku natykamy się na imć pana Cervantesa. Nie bez powodu. To przecież stolica regionu Kastylia - La Mancha i rodzinne strony Don Quijote de la Mancha. Podobno błędny rycerz przebywał w tutejszym szpitaliku dla wariatów, bo do dziś nie wymyślono godziwego miejsca dla niepoprawnych romantyków.
Wciągają kręte uliczki, wąskie, a to ciągnące do dołu, a to pnące się do góry, niespodziewanych zaułków. Zachwyca prawie każdy dom wydając się bezcennym dziełem dawnej architektury. W oknach pięknie kute kraty, drewniane balkoniki nadają im trochę mauretańskiego rysu. Miasto, jak wszystkie hiszpańskie stare miasteczka bieleje kamieniem, który dobrze koresponduje z ostrym błękitem nieba.
Trochę po omacku docieramy do katedry bujnie spowitej w płaskorzeźby. Położona jakby w niecce, ciasno otoczona domami, tak że nawet plac przed ratuszem nie daje szansy pełnego wglądu w jej ogrom, a jest to przecież pod względem wielkości trzecia po sewilskiej i mediolańskiej gotycka świątynia Europy. Jej budowę rozpoczęto w XIII wieku. Wnętrze pełne obfitości wyposażenia pławi się w świetle hojnie dostarczanym przez ogromne okna. Niczym czerwone maki jawią się zawieszone w górze kardynalskie kapelusze wskazując nad miejsca, w których pochowani zostali ich właściciele. Jeden z nich należy z pewnością do kardynała Mendozy, spowiednika Izabeli Katolickiej. Zdobywca Grenady zasłużył na tytuł trzeciego króla, jak o nim powszechnie mawiano w ówczesnej Hiszpanii.
Część katedry udostępniana jest ogółowi wiernych i uboższym turystom nieodpłatnie. Za dodatkowe szykany, jak wejście do skarbca gdzie przechowywana jest 3-metrowa monstrancja, czy do zakrystii, która bogactwem obrazów może przebić niejedną galerię, trzeba już płacić 6 euro. Oczywiście El Greco, Zurbaran, Tristan, Velazques. Na zewnątrz vis a vis portalu z lwami przy informacji turystycznej stoi hiszpańska babcia i wyciąga suchą, smagłą łapkę po datek. Wspierajmy hiszpańskie babcie!
Poza sezonem w porze lunchu trzeba zachować dużą asertywność. Właściciele niektórych restauracyjek prowadzą aktywną akwizycję. Nie powiem, żeby zażywny restaurator wciągnął nas za kołnierze do środka niewielkiego lokaliku, ale był dość przekonywujący w przeciwieństwie do zachwalanego menu regionalnego z gulaszem wątpliwej urody. Czyżby tym żywił się Don Kichot? Nic dziwnego, że cechowała go wyrafinowana szczupłość. Butelka wina na trzy skutecznie zmyła przykre doświadczenie z kuchnią hiszpańską w wersji toledańskiej. Być może by to wypadek przy pracy. Z pewnością są tam godniejsze specjały, ale wymagałoby to gruntowniejszej degustacji.


W kościele Św. Tomasza

Idziemy do kościoła św. Tomasza, przekształconego z dawnego meczetu. To parafia El Greco, który mieszkał gdzieś w pobliżu, choć dom określany w przewodnikach domem malarza, podobno nie jest tym, za co chciałby uchodzić. Kościółek niewielki i dość skromny. Ołtarz w prostej formie, a gdzieś w bocznej nawie odkrywamy Chrystusa w nieznany u nas sposób przystrojonego w fioletowej głębi aksamitną szatą z bogatym złotym haftem, z prawdziwymi włosami ocieniającymi zbolałe oblicze. Na głowie korona jakby ze stylizowanych promieni. Na ramieniu krzyż. Odkryliśmy też niedaleko siebie stojące trzy figury Maryi, dwie boleściwe, jedna radosna, wszystkie w wytwornych szatach, jedna w złocistym, druga w srebrnym diademie na osłoniętym rąbkiem płaszcza głowie. Radosna – biało złocista dumnie prezentuje dzieciątko Jezus w wyciągniętych dłoniach. Wszystkie posągi uczestniczą w uroczystych procesjach, które organizowane są z okazji świąt religijnych.
Z kościołem św. Tomasza związane jest arcydzieło El Greco, słynny pogrzeb hrabiego Orgaza. Ze względu na bezpieczeństwo i dużą zwiedzalność znajduje się w osobnym pomieszczeniu, do którego prowadzi specjalne wejście. Za 1,9 euro można obejrzeć okazały obraz ( 4,6 na 3, 6 m ) przedstawiający pochówek toledańskiego wielmoży słynącego z filantropii. Obrzędowi z góry przygląda się niebiańska zwierzchność. Ale na ziemię przebyła niezwykła delegacja – zgodnie z legendą miłosiernego męża do groby składają święci Stefan i Augustyn. Są też ziemskiej konduity świadkowie dość licznie zgromadzeni. W grupie toledańskiego patrycjatu malarz uwiecznił siebie i swojego syna. El Greco - trzeci od lewej, zwraca się do zakapturzonego mnicha. Syn to nad wyraz poważny chłopczyk u dołu obrazu. Ale zabijcie mnie nie wiem, jak rozpoznać Cervantesa, który podobno również znajduje się na obrazie pośród tłumu w większości brodatych i wąsatych facetów w białych kryzach. Obecność pisarza rodzi pytanie, czy obaj panowie się znali? Quien sabe, jak mawiają Hiszpanie. Żyli w tym samym czasie. Malarz zmarł zaledwie dwa lata przed Cervantesem. Ówczesny świat nie był taki duży. Obaj byli w swojej kategorii znakomitościami. Pisarz po ślubie z młodszą o wiele panną z regionu La Mancha osiadł w jednej z okolicznych wiosek Esquivias. Gdybyśmy z Madrytu jechali samochodem szosą 401 można byłoby gdzieś na 35 km skręcić w lewo i dojechać do miasteczka gdzie można zwiedzić domostwo pisarza, w którym obecnie mieści się muzeum Cervantesa.
Pewnie bywał w Toledo. A może El Greco był tylko miłośnikiem twórczości Cervantesa, którego burzliwym żywotem można by obdarzyć z dziesięć osób. Już dość o obrazie, bo dzieło przyćmiewa wszystko dookoła i dlatego dopiero po powrocie do Madrytu wyczytaliśmy w przewodniku, że niepozorna z zewnątrz kamienno-ceglana budowla, w której się mieści, a szczególnie jej wieża, na oko nic specjalnego, to wybitne przykłady sztuki mauretańskiej w stylu zwanym Mudejar.
Muzuem Sefardyjskie w dawnej synagodze El Trasito było zamknięte. Może z powodu sjesty, albo bez powodu. To jest właśnie drobny kłopot w zwiedzaniu poza sezonem. Ale nie tracimy otuchy i idziemy do nieopodal położonego św. Jana od królów ( de los Reyes) katolickich. Kościół wraz z klasztorem ufundowali Ferdynand z Izabelą aby uczcić zwycięstwo nad Portugalią. Początkowo miał być miejscem pochówku władców Hiszpanii, którzy później zmienili plany. Wchodzi się schodami w dół, jakby do jakiejś piwnicy, a następnie z holu wchodzi na piętro, skąd prowadzi droga do urokliwego wirydarza i do wnętrze kościoła. W środku trwa remont, stoją rusztowania. W zaskakująco pustym jak na hiszpańskie świątynie wnętrzu wzrok przyciąga ołtarz ukazujący mękę Pana Jezusa. Zwiedzaniu towarzyszą renesansowe motety puszczane, niestety nie w wersji live, ale jest nastrojowo i miło. Sam kościół z zewnątrz przebogato ozdobiony płaskorzeźbami, wewnątrz zachwyca bogata rzeźba sklepień, ozdobne portale, pilastrów rozdzielających okienne wnęki, jakby nie dosyć zwieńczone girlandą maswerków. W przestrzeniach ścian między oknami figury świętych i błogosławionych. Na piętrze galerie o mauretańskich łukach wypełnionych reliefami, nad każdym pochyla łeb fantazyjny rzygacz. Dach zwieńczają delikatne arkady. Filigranowa robota. No i to niezwykłe pomarańczowe drzewo niczym to biblijne drzewo poznania. W gęstwinie listowia kuszą wyglądające na dojrzałe owoce.


Suweniry z Toledo

Wzdłuż muru idziemy w kierunku mostu spinającego brzegi rzeki. Św Marcin to jeden z kilku łączących stare jądro Toledo z Toledo podmiejskim, przechodzącym w willowe kwtery na okolicznych wzgórzach. Najstarszy, bo liczący przeszło tysiąc lat to most Alcantara, zbudowany jeszcze przez Maurów. Ze św. Marcina rozciąga jest porywający widok i na stare mury i na okolicę. W dole wije się Tag zielony. Za rzeką pejzaż iście toskański – wzgórze zielone, w cyprysowo, oliwno, piniowych gajach, pomiędzy którymi jaśnieją białym kwieciem owocowe drzewka, i kamienne ciosy, stoją wille pełne harmonii z otaczającym je pejzażem. Nie zakłócające jego piękna żadnym przesadnym elementem architektury czy nieuzasadnioną chimerycznością elewacji. Pełna prostota i piękno. To z tej perspektywy El Greco szkicował swój widok Toledo. W jednej chwili powstaje złudzenie przecięcia się czasu. Znaleźliśmy się gdzieś blisko magicznego punktu, z którego choć oddzieleni paroma wiekami oglądaliśmy ten sam pejzaż. Kto wie, czy czasem nie posłyszeliśmy kląskania końskich kopyt po bruku kamiennego mostu, któremu wtórował delikatniejszy stukot oddalającego się osła.
..

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji