6html> Polonica w Afryce
nr. 45
VICTORIA, BC, lipiec 2013
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Konsulat RP
w Vancouver
przenosi się



ARTYKUŁY

Irena Lompart
Żegnaj Szkoło

fotoreportaż

Power Romaniszyn
Polonica

w Afryce

Ewa Korzeniowska -
Wrocławska Moderna

Architektura

Bożena Ulewicz
W krainie El Greco

reportaż

Ostrygi
przepis

Helena Mniszkowna -
Trędowata

odc. 2


Walter Mazur
Sprawozdanie

Dom Polski

Rozmaitości


Indeks autorów

Paweł Romaniszyn (text i foto)

Polonica – śladami naszych rodaków

Gdy wpisuję na internetowej wyszukiwarce nazwę kraju lub miasta oraz wyraz „Polonica”, ukazują się nazwy miejscowości lub zdarzeń znaczonych ręką naszych rodaków. Podobnie było tym razem, gdy zwiedzając okolice Jeziora Victoria, nie przez przypadek natrafiliśmy na takie miejsce.
Kilkadziesiąt kilometrów na południe od głównej drogi łączącej Kampalę z Jinjia - kiedyś węzłowa stacja na trasie kolei Mombasa-Nairobi - znajduje się wioska Koja. Nie prosto tam trafić, bo drogowskazu nie uświadczysz, a zapytać się trudno, bo na zapadłej prowincji rzadko można spotkać kogoś, kto mówi innym językiem niż miejscowy dialekt. Co prawda polski salezjanin prowadzący sierociniec w miasteczku po drodze, udzielił nam wskazówek, jak tam dojechać, ale sprowadzały się one z grubsza do tego, by się orientować na Krzyż Południa, a jak droga będzie skręcała dużym łukiem w prawo, to po 3 km, za wioską, skręcić w lewo, potem na skrzyżowaniu, zaraz w prawo koło sklepu, będzie mała dróżka, która nas doprowadzi na miejsce. Niestety, nie był to ten łuk, który miał na myśli ojciec zakonny, albo nie to skrzyżowanie, czy ten sklep, więc dobrą godzinę krążyliśmy po okolicy, biorąc w końcu do samochodu przewodnika, miejscowego taksówkarza, jeśli tak można nazwać kogoś, kto wozi pasażerów motocyklem z przyczepką, na którym delikwent kuca, jeśli nie chce sobie odbić wrażliwych części ciała.
Koja, wioska położona nad Jeziorem Wiktoria, konkretnie nad jedną z jego zatok, głęboko wciskającą się w lad, jest biedną rybacką osadą, chyba jeszcze uboższą niż za czasów kolonialnych, ponieważ coraz agresywniej wchodzą na te tereny przedsiębiorcy z Indii, odławiający rybę na export do Chin, odbierając szansę zarobkowania lokalnej ludności. Nieopodal Koji znajdował się trzeci, co do wielkości we Wschodniej Afryce, sierociniec dla polskich dzieci. Przybyły tu, ocalone od śmierci głodowej z Syberii, gdzie zostały wywiezione wraz z rodzinami po inwazji Sowieckiej Rosji na Polskę w 1939 roku. W latach 1943 – 1947 na terenie sierocińca przebywało ok. 3000 dzieci i ich opiekunów, przeważnie kobiet i niewielka ilość mężczyzn niezdolnych do służby wojskowej w Armii Generała Andersa. W przeciwieństwie do Masindii (wspomnienie - strony #29) i Tanguru w Tanzanii, ten obóz był położony w okolicy malarycznej, toteż śmiertelność wycieńczonych przeżyciami syberyjskimi starszych osób, była stosunkowo większa. Dziś, po budynkach sierocińca nie ma śladu. Do obecnych czasów dotrwał tylko cmentarz, niedawno odbudowany staraniem byłych wychowanków, niemal od podstaw. Po cofnięciu akredytacji Rządowi Polskiemu w Londynie, i braku funduszy obóz zaczął być likwidowany, a po kilku latach jego teren został wynajęty inwestorowi z krajów arabskich, który zrównał go buldożerem pod uprawę kukurydzy. Nie oszczędził przy tym drewnianego kościoła i murowanych nagrobków na cmentarzu. Aczkolwiek, po pewnym czasie okazało się, że w środku pola „zasiała się” marihuana, więc inwestor poszedł za kraty, a natura po latach przywróciła pierwotny wygląd terenowi.

Z oryginalnego cmentarza zachowały się tylko częściowo płyty z nazwiskami zmarłych, nie ma śladu po kościele stojącym kiedyś na wzgórzu, po szkole podstawowej, liceum i szkole zawodowej, które tu istniały i były pozostawione w dobrym stanie.
W okresie największej świetności sierocińca, działały tu drużyny harcerskie, zespoły muzyczne i chór. Można sobie wyobrazić, jak wyglądało życie organizowane przez odpowiedzialnych, patriotycznych opiekunów i wychowawców. Jakim przeżyciem, był biwak nad brzegami największego jeziora afrykańskiego, gdzie nierzadko o namiot ocierał się hipopotam wychodzący nocą na żer, lub wycieczki do odległego o parę dni, Kilimandżaro? Na pewno, sen z oczy opiekunów, spędzały wyprawy śmiałków na brzeg jeziora i zażywanie kąpieli. Brzeg tutaj schodzi łagodnie do wody i jest porośnięty gęsto sitowiem. Wymarzone miejsce kryjówki dla krokodyli i biada temu, kogo zmyli rajski śpiew kolorowych ptaków czy widok stada flamingów przechadzających się po płytkiej wodzie. Nawet dzisiaj, gdy tubylcy wracają czółnami z połowów, zbliżając się do brzegu bija wiosłami o wodę, by wypłoszyć ewentualnego nieproszonego gościa szykującego się na kolację. Są to jeszcze obszary, w pewnym sensie dziewicze, gdzie skuter wodny nie dotarł, a motorówka należy do rzadkości i zwykle jest własnością hinduskiego przedsiębiorcy turystycznego. Nad jeziorem nie uświadczysz resortu z głośną muzyką, hałaśliwych dyskotek i snującego się zapachu z grilla.
Różnie się potoczyło życie wychowanków sierocińca w Koja oraz kilkunastu podobnych miejsc na terenie Afryki i Indii, gdzie rozmieszczono polskie dzieci. Wielu podopiecznych tych placówek pokończyło studia i z czasem wtopiło się w społeczność nowych ojczyzn, nie zapominając jednak o Polsce. Między innymi, spędziła tutaj dzieciństwo i wczesną młodość Karolina Mariampolska, późniejsza żona ostatniego Prezydenta Rzeczypospolitej na uchodźstwie, śp. Ryszarda Kaczorowskiego, który zginał tragicznie w Smoleńsku. Z osobistych kontaktów z byłymi wychowankami tych sierocińców, których mi było przyjemnie poznać w Kanadzie, wiem, że są to ludzie zaradni, odważni, o wysokich standardach moralnych, a przy tym niezmiernie serdeczni, gościnni i radośni. Mimo, że opuścili Polskę w warunkach dramatycznych, często tracąc rodzeństwo, jednego lub oboje rodziców, nie zatracili poczucia tożsamości narodowej nacechowanej patriotyzmem.
Obejrzeliśmy teren. Jeszcze zostało nam zapalenie świeczek, chwila modlitwy oraz zadumy nad losami rodaków. Jak trudno dziś sobie odpowiedzieć na nieme pytania dotyczące ich losu. Dlaczego zimową nocą wyciągano ludzi z ich domów, nakazując opuścić ojcowiznę, ładowano do bydlęcych wagonów i wywożono na wschód, bez prawa powrotu? Dlaczego dzieciom odebrano rodziców, skazując je na zatracenie, sierocą tułaczkę i wynarodowienie? Widać już wtedy, przed siedemdziesięciu laty, zdano sobie sprawę, że przez przerwanie ciągłości rodziny i miejsca z nią związanego, przerywa się byt narodowy, kulturalny i duchowy wspólnoty.
Czas już wracać z powrotem do Kampali. Do przepełnionego miasta z wałęsającymi się bez celu tłumami młodych ludzi, którym tak łatwo sprzedaje się modę i cywilizację chwili: byle więcej luzu, więcej gazu i czadu. Ale może tak właśnie powinno być, by współczesne społeczeństwo nie było „obciążone”, jak tamto sprzed 75 laty, poczuciem wspólnego obowiązku kultury, religii i historii. Może będzie mu łatwiej żyć w świecie, gdzie prawdę i kłamstwo wymieszano razem, tworząc półprawdę, gdzie z brzydoty i piękna uformowano nowy rodzaj sztuki, gdzie uwalnia się ludzi od wiary, miłości, od rozeznania, co dobre, a co złe. Czas pokaże.

Paweł Romaniszyn
P.R. Victoria, 18.03.2013


  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji