NavBar
nr. 4
VICTORIA, BC
Maj 2008
ARTYKUŁY

E. Caputa - Z pustego i Salomon nie naleje
Nowy zarząd
Stowarzyszenia Polaków w Victorii


A. Binakaj - Prewdziwy Bohater
Amerykanie uznają go za swojego, ale Tadeusz Kościuszko..


Anna Galon - O sztuce tłumaczenia
“Would you like to ride on your own ass?”...


E. Kamiński - Pogadanki z bacą
Od kiedy poszedł w Polskę pyszny żart o bacy z Hali Gąsienicowej...


Afrykańczyk - Malaria
Reportarz z Kongo dla STRON....


A. Rudzka - Niebezpieczne sprzątanie
W Wielkiej Brytanii każdego tygodnia około 3,000 osób


FOTOREPORTAŻ 1
Spotkanie z Bułeczką
i Alicją Curuś Bachleda...


ROZMAITOŚCI
Fraszki, wierszyki, komiks...


Kamil Godek - SPORT
Świat, Polska, Victoria..


FOTOREPORTAZ 2
Wielkanocny obiad 2008 od kuchni


INFORMACJE LOKALNE


(napisane z Kongo specjalnie dla STRON)

Malaria

Ostra woń palonej nafty drażni nozdrza. Lubię ten zapach. Przypomina mi lata młodości spędzone na lotnisku w leśnym garnizonie. Z pracownikiem ONZ-u podchodzę do samolotu transportowego, IL-76. Silniki już pracują. Wspinam się po drabince na pokład. Męski uścisk dłoni z rosyjską załogą. Siadam na składanym siedzeniu w przedziale ładunkowym. Lecę jako osoba określana w miejscowym slangu „supercargo”, razem z dużą ciężarówką wojskową, jeepem i kontenerem z amunicją. Kiedyś samolotem tym latali radzieccy komandosi do Afganistanu; dziś służy on siłom pokojowym ONZ-u. Lotnisko przeznaczenia – Kisangani, położone jest w środku Afryki, nad rzeką Kongo. To niedaleko, zaledwie dwie godziny lotu. W ciasnej spirali, aby zminimalizować ryzyko „pomyłkowego” trafienia rakietą przeciwlotniczą, schodzimy do lądowania.

Podczas kołowania załoga otwiera rampę. Ciężkie, gorące powietrze wdziera się do przedziału ładunkowego. Wyskakuję na rozpalony słońcem beton i witam się z Scotim - kolegą, którego tu zastąpię w czasie jego miesięcznego urlopu. Przekazanie obowiązków nie zajmuje nam dużo czasu, znamy się na tej robocie.

Kisangani, Centrum miasta. Fot. Afrykańczyk

Wieczorem, część najważniejsza - zapoznanie z nocnym życiem miasta. Wybór nie jest duży. Zaledwie kilka knajp. Odwiedzanie większości z nich przez personel ONZ-u jest zabronione. Idziemy do Oasis, oczywiście „zabronionej”. Nie interesuje nas mdła, bezbarwna atmosfera lokali dozwolonych. Samochód zostawiamy w sąsiedniej ulicy, aby nie drażnił patroli policji ONZ. Wchodzimy. Zadymiona, mroczna sala. Rytmiczna afrykańska muzyka. Sporo ludzi: kurwy, handlarze diamentami i tropikalnym drewnem i pracownicy ONZ. Innych nie stać na wizyty tutaj. Przy barze zamawiamy dżin i tonik. Dziewczyny śmiało proponują nam swoje towarzystwo. Scoti zdecydowanie odmawia. Mamy kilka spraw do omówienia.

Już kilka lat pracujemy dla Organizacji. Jesteśmy zadowoleni z atmosfery w pracy i pensji, z polityki personalnej mniej. Komentujemy fakt wysłania samolotem IL76 ciężarówki do Haiti. Koszt transportu to pół miliona dolarów, koszt nowego samochodu sto tysięcy. O co tu chodzi? Czy o wydanie pieniędzy ONZ -tu? Czy też jest jakiś głębszy powód? A może w przepastnych zbiornikach paliwowych Iliuszyna był specjalny ładunek? Nieduży woreczek ze słuszną ilością diamentów?

Rozważania przerywa żylasty, wysoki blondyn, który klepie mnie po plecach z gromkim „Hi” i pytaniem:

- Pamiętasz Cabo Ledo 96 rok? Głowa zaczyna mi ostro pracować mimo czwartej kolejki dżinu z tonikiem. Rok 1996. Angola.

Tak byłem tam. Lotnisko w Cabo Ledo. Spędziłem tam jedną noc, nadzorując wycofywanie się najemników południowoafrykańskich ochraniających kopalnie diamen-tów. Grupa czarnoskórych wysportowanych mężczyzn, którzy mimo cywilnych ubrań zachowywali się jak wojsko. Dyscypliny i karności mogłaby pozazdrościć im niejedna europejska armia. Ten blondyn to musi być Garry. Ich dowódca. Jedyny biały w grupie. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie wtedy niezwykle sprawne załadowanie ostatniej grupy do samolotu, i start B-727 w nocy, z nieoświetlonego pasa, tylko przy reflektorze samolotu. Zamawiamy kolejny dżin i tonik.

- A wiesz - mówi Gary - że wtedy polecieliśmy prosto do Sierra Leone, a nie, jak wam mówiliśmy do RPA? Zawsze kiwamy ONZ - z uśmiechem pociąga spory łyk.

- Gary? Co robisz w Kisangani? – pytam go z kolei.

- Ja? Jestem tu przejazdem – odpowiada wciąż z uśmiechem i pociąga kolejny łyk. Rozumiem: “no questions, no lies”.

Kilka dni później budzę się krótko po północy, zimno mi, przeszywają mnie dreszcze. A więc przyszła, uderzyła jak zwykle niespodziewanie i mocno, diabelska MALARIA. Rozwijam śpiwór, wchodzę w niego i przykrywam się kocem. Do tego dwie aspiryny, do rana powinienem wytrzymać. Nad ranem wyczołguję się z kompletnie mokrego śpiwora, jest mi zimno i gorąco na przemian. Robię sobie herbatę, do rana doczekam. Niestety jest niedziela, w ONZ-towskim punkcie medycznym ani żywej duszy; telefon, pod którym powinien być dyżurny lekarz nie odpowiada. Wkurzony jadę do miejscowego „szpitala”. Rzut oka na laboratorium i rezygnuję z testu na malarię. Za radą księdza Józefa, najstarszego polskiego misjonarza, kupuję lek na malarię ARINATE i zwalam się do łóżka. Śpię, budzę się, i znów zasypiam. Co kilka godzin zmieniam prześcieradła - są kompletnie mokre.

Jose, kobieta czterdziesto-letnia, zajmująca się mieszkaniem Scotiego, z którego gościnności korzystam, pierze je, suszy i prasuje. Przygotowała mi też trochę mięsa ze smażonymi bananami, zmuszam się żeby zjeść wszystko, potrzebuję sił, aby zwalczyć chorobę. Po dwóch dniach jest już znacznie lepiej. Zresztą musiałem wyglądać lepiej, skoro Jose przyprowadziła swoją dwudziestokilkuletnią córkę Gorgetę, która eksponując swoje kobiece wdzięki, zapytała mnie czy nie chciałbym mieć tutaj narzeczonej. - Nie, dziękuję, mam żonę w kraju - mówię, a poza tym widzi chyba, jaki jestem słaby. Niezrażona dziewczyna ociera mi mokrą z potu twarz i odpowiada, że jak poczuję się lepiej, to moglibyśmy pójść potańczyć.

Kilka dni później, około piątej nad ranem budzi mnie odgłos wąskiego strumienia wody cieknącego z kranu. Zrywam się i podstawiam wiadro pod kran. Na szczęście Scoti ma ich kilka, jest dobrze zorganizowany. Napełniam kolejne. Jose będzie miała wodę do prania moich koszul, a i ja będę mógł zrobić sobie kąpiel w misce. Woda bieżąca jest tu synonimem luksusu, podobnie jak prąd. Rano pytamy się kolegów: mieliście wczoraj wodę? O której wyłączyli wam prąd? Dla wynajmujących mieszkanie najważniejszą informacją jest jak często jest bieżąca woda. Szczęśliwcy mają ja po kilka godzin dziennie, wystarczająco długo, aby uzupełnić zapas.

Kisangani, kiedyś nazywane miastem kwiatów, położone na lewym brzegu rzeki troszkę poniżej wodospadów Stalney’a było ważnym centrum gospodarczym. To tu docierały barki z Kinshasy, powyżej żeglugę uniemożliwiały katarakty. Musiało być w przeszłości urokliwym miastem kolonialnym. Szerokie aleje z resztkami zieleni i zaniedbanymi palmami. Domy o pięknych, kolonialnych bryłach, nieremontowane od lat, przypominają o dawnej świetności. W zaniedbanych ogródkach kwiatów ani śladu. Samochodów tu jak na lekarstwo, natomiast ulice są zatłoczone rowerami. Rower jest tu podstawowym środkiem transportu, nie potrzebuje potwornie drogiego paliwa, jest niedrogi. Rowerowe taksówki oferują swoje usługi w każdym ważniejszym punkcie miasta, rower jest podstawowym środkiem transportu towarów, używają go drobni handlarze oraz mieszkańcy wiosek odległych dowożący swoje skromne zbiory do miasta. Przejazd samochodem przez zatłoczone rowerami ulice dostarcza wielu emocji, reguły ruchu drogowego to nie istnieją a biały człowiek w razie wypadku jest na przegranej pozycji, przecież „Muzungu” ma pieniądze musi zapłacić i to dużo!

W południe jadę zwykle z kolegami na lunch do stołówki ONZ-tu. Prowadzi ją Ahmad, jeden z kilku osiadłych tu Libańczyków. Stanowią zgrany klan, prowadzą interesy w tym niezwykle trudnym terenie, są sprawni i solidarni. Polacy powinni się od nich uczyć. Ahmad serwuje codziennie to samo: duszoną wołowinę, kurczak z ryżem, smażone banany, jakieś warzywa. Siedem dolarów za lunch to bardzo dobra cena w mieście, gdzie kilogram ziemniaków kosztuje dwa dolary. Miejscowe „supermarkety”, z których najlepszy przypomina sklep GS z lat siedemdziesiątych w Ustrzykach Dolnych, oferują nieliczne artykuły spożywcze po paskarskich cenach. Butelka wina, która w Europie kosztuje pięć dolarów, a w Kinshasie dziesięć, osiąga tu cenę dwudziestu dolarów. A ja tak lubię czerwone wytrawne, niestety zapas przywieziony z stolicy skończył się już po tygodniu.

W wolnych chwilach szukam polskich „śladów”, odwiedzam siostrę Wiesławę, franciszkankę, której adres dostałem w naszej ambasadzie. Pewnego popołudnia Wiesia, która jest tu od dziewięciu lat, prowadzi mnie, wraz z swoją współ siostrą Marią-Isabel, nad rzekę. Na brzegu cumują czółna, długie wąskie lodzie wykonane z jednego pnia drzewa. Technologia jak setki lat temu, ale na ich rufach błyszczą silniki Yamacha. Siostra Wiesława dobija targu i za jedyne 3 dolary przewiozą nas na drugą stronę rzeki KONGO. Rzeka jest tu szeroka, nurt ma rwący, niebezpieczny. Kilkanaście tradycyjnych łodzi, podobnych do naszej, zapewnia komunikację między obiema brzegami. Wsiadamy w trójkę, przeprawa jest szybka, niecałe dziesięć minut. Na przeciwnym brzegu wyrasta z drzew wysoka wieża – to kościół Świętej Marty cel naszej wyprawy.

Drugi brzeg, Lubunga, dzielnica Kisangani. Przejście kilkuset metrów dzielących nas od kościoła zajmuje nam pół godziny. Przystajemy, co chwilkę Siostry rozmawiają w języku swahili z mieszkańcami tradycyjnie budowanych chat, jesteśmy atrakcją dnia. Nieczęsto zdarza się tu widzieć na „ulicy” taki widok: dwie białe siostry w towarzystwie muzungu (białego mężczyzny).

Kościół Świętej Marty, zbudowany z czerwonej cegły, okazały z strzelistą wieżą, otoczony zabudowaniami klasztornymi, jest jak nie z tego świata. Mógłby być perełką architektury w niejednym europejskim mieście. Prowadzony jest przez Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego. Wita nas postawny Ojciec Paweł – Polak prowadzący tu misję wraz ze swoim współbratem Dawidem – Amerykaninem.

Wsiadamy do wysłużonego Land Rovera, jedziemy odwiedzić jedno z dwóch centrów medycznych prowadzonych przez Zgromadzenie. Skromne, kryte blachą budynki, zamiast okien część ścian zbudowana z ażurowej cegły. Wyposażenie nawet więcej niż skromne: proste prycze, trochę środków opatrunkowych i leków. Niezwykle tu czysto i schludnie, a nieskazitelna biel ubrań miejscowych sióstr-pielęgiarek jest wręcz szokująca. Najstarsza rangą siostra Maria jedyna posiadająca formalne wykształcenie medyczne z dumą oprowadza nas po Centrum. Pomimo skromności odgrywa ono ważną rolę, jest jedynym dostępnym dla miejscowej ludności ośrodkiem pomocy medycznej. Alternatywą jest tylko tradycyjny szaman.

Po powrocie do parafii (klasztoru) siadamy na zacienionym tarasie, delektujemy się dobrze słodzoną wodą. Ojciec Paweł ma dzisiejsze popołudnie wolne, zdarza mu się to nieczęsto. Teren, na którym głosi ewangelię obejmuje kilkaset kilometrów kwadratowych. Trzydzieści cztery kaplice położone w odległych niekiedy na kilkadziesiąt kilometrów wioskach. Do niektórych dojeżdża Land Rowerem a następnie w towarzystwie lokalnego przewodnika ścieżką prowadzona poprzez busz. Do innych może dotrzeć motorem. Te położone w górze rzeki odwiedza wiosłowym czółnem z przystani powyżej katarakt, ale najpierw tam musi dotrzeć piechotą.

- Czy jest to bezpieczne? Pytam.

- Jestem misjonarzem - to moje posłanie, odpowiada Ojciec i uśmiecha się szeroko.

Z całą pewnością jest misjonarzem przez duże M. To posłanie dla ludzi wielkiego formatu i wielkiego ducha. Z dala od rodzinnego kraju, od domów zakonnych swoich współbraci, od wszystkiego co nam Europejczykom wydaje się oczywiste, pozostawiony tylko własnej zaradności i opiece Boskiej. Odwiedza kaplice w odległych zakątkach kraju, wygłasza kazania w języku swahili, udziela ślubów, dużo pracy poświęca na kształcenie miejscowych katechetów. Na nich spoczywa później ciężar katechetyczny, gdyż niektóre kaplice odwiedza raz na pół roku lub nawet rzadziej. Rola księdza w misji odbiega znacznie od naszych wyobrażeń wyniesionych z rodzinnego miasteczka.

Ojciec Paweł jest w Kongo już trzynaście lat. Trzynaście długich lat wojny domowej.

- Najtrudniej było w Basoko, mówi.

To miejscowość położona około 300 km w dół rzeki. Spędził tam siedem lat. Czterokrotnie ukrywał się przez kilka dni przed kolejnymi rebeliantami zajmującymi miejscowość. Całe dnie spędzał w murzyńskich chatach, jedząc maniok, pieczone banany i pijąc wodę z rzeki. Oddani parafianie przeprowadzali go w nocy z chaty do chaty, aby utrudnić wykrycie. Narażali się przy tym na jedyną karę stosowaną przez barbarzyńskie hordy rebeliantów – karę śmierci.

*

Rzeka Congo w Kisanagani. Foto Afrykańczyk.

Bar nad brzegiem rzeki Kongo. Od rwącej, pełnej wirów wody oddziela go tylko potrójna linia concertiny. Na rzece rybacy w czółnach próbują szczęścia w nocnym połowie. Są niezwykle sprawni, zręcznie manewrują w swoich wykonanych z jednego pnia łodziach, podążając za dryfującymi w nurcie rzeki sieciami. To prawdziwa przyjemność siedzieć i obserwować ich, robię to często siedząc na brzegiem z kufelkiem mojego ulubionego Guinessa, ale nie tym razem. Dziś jest piątek, mamy happy hours, jest tłoczno i gwarno, zbiera się cały międzynarodowy światek pracowników ONZ i przeróżnych organizacji humanitarnych. Kolorowy tłumek, większość z nas pracuje w Afryce kilka lat, z dal o rodzin i od życia według zachodnioeuropejskich standardów. Zamawiamy kolejne drinki, gramy w bilard, tańczymy, rozmawiamy i znów zamawiamy dżin i tonik starając się zagłuszyć tęsknotę za rodziną, domem i ukochaną. A może już nie wiemy, co to jest tęsknota? Jak długo jeszcze pociągniemy, rok, dwa a może pięć lat? Pewnie nawet dłużej, Afryka jest jak narkotyk. Tak tu już jest.

Liczę dni do powrotu Scotiego. Szczęśliwiec, spędził cały miesiąc z rodziną. Czy wróci na czas? Czy też zafunduje sobie „chorobowe” jak sporo pracowników ONZ-u z krajów.... no, powiedzmy nie europejskich? Wierzę, że będzie na czas. Scoti to profesjonalista. Jak wróci to pewnie znów pójdziemy na szklaneczkę dżinu z tonikiem.

Afrykańczyk

Demokratyczna Republika Kongo była do 1964 roku belgijską kolonią. Po 25 latach Marksizmu , w 1992 r stała się republiką demokratyczną.

Kontakt