NavBar
nr. 4
VICTORIA, BC
Maj 2008
ARTYKUŁY

E. Caputa - Z pustego i Salomon nie naleje
Nowy zarząd
Stowarzyszenia Polaków w Victorii


A. Binakaj - Prewdziwy Bohater
Amerykanie uznają go za swojego, ale Tadeusz Kościuszko..


Anna Galon - O sztuce tłumaczenia
“Would you like to ride on your own ass?”...


E. Kamiński - Pogadanki z bacą
Od kiedy poszedł w Polskę pyszny żart o bacy z Hali Gąsienicowej...


Afrykańczyk - Malaria
Reportarz z Kongo dla STRON....


A. Rudzka - Niebezpieczne sprzątanie
W Wielkiej Brytanii każdego tygodnia około 3,000 osób


FOTOREPORTAŻ 1
Spotkanie z Bułeczką
i Alicją Curuś Bachleda...


ROZMAITOŚCI
Fraszki, wierszyki, komiks...


Kamil Godek - SPORT
Świat, Polska, Victoria..


FOTOREPORTAZ 2
Wielkanocny obiad 2008 od kuchni


INFORMACJE LOKALNE


Anna Malwina Galon

“WOULD YOU LIKE TO RIDE ON YOUR OWN ASS?”

czyli: O SZTUCE TŁUMACZENIA

Zacytowane w tytule zdanie pochodzi z tajlandzkiej reklamy turystycznej oferującej przejażdżki na osiołku. Komizm tego „kwiatka językowego” wynika z dwuznaczności wyrazu „ass”, z której to ewidentnie nie zdawał sobie sprawy nieszczęsny twórca owego napisu.

Możemy do tego dorzucić inne, nie mniej śliczne:

In a Norwegian cocktail Lounge: "Ladies are requested not to have children in the bar."

On the menu of a Polish hotel: "Salad a firm’s own make; limpid red beet soup with cheesy dumplings in the form of a finger; roasted duck let loose; beef rashers beaten up in the country people’s fashion."

At a Bangkok dry cleaners: "Drop your trousers here for best results."

In a Japanese hotel: "You are invited to take advantage of the chambermaid."

Podsumowuje to wszystko pięknie, poniższe ogłoszenie:

Two signs from a Majorcan shop entrance: "English well talking. Here speeching American."

Myślę, że każdy się spotkał z tego rodzaju kwiatkami, bądź jak wyżej, w napisach dla obcojęzycznych turystów, bądź na opakowaniach lub instrukcjach użytkowania rozmaitych artykułów z importu. Ja z własnego doświadczenia, jako tłumacz w Polsce, zapamiętałam jeden niesamowity opis w pewnej broszurze technicznej, tłumaczonej z angielskiego na polski. A mianowicie:

„Niedopuszczalne jest, by goły konduktor biegał po ścianach pomieszczenia.”

Goły konduktor? Po ścianach? Że co, proszę? Niezrozumiałe, prawda? – Nim nie spróbujemy przetłumaczyć tego dosłownie z powrotem na angielski: „bare conductor” – nieizolowany („goły”) przewód elektryczny! No tak: „Niedopuszczalne jest przeprowadzanie nie izolowaych przewodów elektrycznych na ścianach pomieszczenia.” Jak wiadomo, „conductor” może znaczyć po polsku ‘konduktor’, ‘dyrygent’, lub, właśnie ‘przewód’.

To jeszcze jeden przykład na potwierdzenie popularnego wśród zawodowych tłumaczy powiedzonka, że Słownik to zdradziecki przyjaciel! Bo nader często na jeden pojedynczy wyraz podaje kilka możliwych znaczeń. Które z nich wybrać – zależy od kontekstu. I biada temu, kto nie posiada pełnej, dogłębnej znajomości języka!

W przypadku tłumaczeń literackich, a zwłaszcza poezji, potrzebne są dodatkowo jeszcze inne, szczególne umiejętności czy zdolności, które trudno ściśle określić. Oczywiście tzw. wyczucie języka. A raczej obu języków: wyjściowego, w którym jest napisany oryginał, i docelowego, na który się tłumaczy. Nadto, w wypadku poezji tradycyjnej, rymowanej – talent rymotwórczy. Ale poza tym jeszcze coś bardziej nieuchwytnego, co może jest wspólne także dobrym aktorom: zdolność wczuwania się w drugiego człowieka. Tak, aby przekazywany tekst nie był tylko przekalkowaną mechanicznie odbitką oryginału, lecz niejako osobiście przeżytym odtworzeniem przeżycia autorskiego.

Dlatego np. ja osobiście, gdy chodzi o tłumaczenie poezji (co jest mą dziedziną ulubioną), to podejmuję się tłumaczyć jedynie wiersze, które do mnie samej głęboko trafiają – tak że mogę autentycznie się z nimi utożsamić. Tylko wtedy, moim zdaniem, można mieć nadzieję, że tłumaczenie będzie prawdziwe.

W tej pracy nie tak ważne jest ścisłe trzymanie się dokładności słownikowej zastosowanych wyrażeń, ile przede wszystkim oddanie ich intelektualnego i emocjonalnego zabarwienia i zachowanie ogólnego nastroju i przekazu utworu.

Na zakończenie pozwolę sobie przytoczyć parę przełożonych przeze siebie wierszy. Jeden - naszej słynnej, mieszkającej w Victorii, poetki, nestorki poezji kanadyjskiej, pani P.K. Page. Drugi to jeszcze bardziej karkołomna sztuka: to przekład z przekładu! Mianowicie, przepiękny wiersz Anny Achmatowej, którego w oryginale w ogóle nie znam, a jedynie w tłumaczeniu angielskim. (Jestem pewna, że musiał zostać przetłumaczony i wydany w Polsce, ale nigdy nie wpadł mi w ręce.)

Obydwa te przekłady wykorzystałam swego czasu w programach Koła Miłośników Poezji (wersja polskojęzyczna) i w programach Poetry Lovers’ Circle of Victoria (wesja anglojęzyczna). Jeśli chodzi o wiersze P.K. Page, to z dumą mogę dodać, że mam tej pisarki osobistą autoryzację na tłumaczenie wszelkich jej utworów.


P.K. Page

Dwelling Place

This habitation – bones and flesh and skin –
where I reside, proceeds through sun and rain –
a mobile home with windows and a door
and pistons plunging, like a soft machine.

Conforming as a bus, its ‘metal’ is
more sensitive than chrome or brass. It knows
a pebble in its shoe or heat or cold.
I scrutinize it through some aperture

that gives me godsview – see it twist and change.
It sleeps, it weeps, its poor heart breaks,
it dances like a bear, it laughs, opines
(and therefore is). It has a leafy smell

of being young in all the halls of heaven.
it serves a term in anterooms of hell,
graying and losing luster. It is dull.
A lifeless empty skin. I plot its course

and watch it as it moves – a house, a bus;
I, its inhabitant, indweller – eye
in that tiny chink where two worlds meet –
or – if you so discern it – two divide.

* * *

(tlłum. A. Galon)

Mieszkanie

To pomieszczenie – kości, ciało, skóra –
które zamieszkuję – wędruje w pogodę i słotę –
dom ruchomy, z oknami i drzwiami,
z pracowicie pompującym tłokiem – niby miękka maszyna.

Posłuszne jak autobus, o „metalu” czulszym
od mosiądzu czy chromu. Rozpoznaje
ziarnko żwiru w bucie, ciepło, zimno.
Ja to obserwuję przez jakowyś otwór,

dający mi boskowidztwo: widzę, jak się przekręca, przemienia,
śpi, płacze, jak mu pęka jego biedne serce,
jak tańczy niczym niedżwiedż, śmieje się, osądza
(a więc jest). Ma zapach liściany

młodości w komnatach niebieskiego raju.
Odsiaduje czas pewien w przedsionkach piekielnych,
siwiejąc i gasnąc. Jest już poszarzałe.
Martwa, pusta skóra. Ja wytyczam kurs

i śledzę, jak się porusza – ów dom, czy autobus;
ja – jego mieszkaniec, w jego wnętrzu tkwiący – oko
przywarte do nikłej szczeliny, gdzie dwa się światy stykają –
lub – jak kto uważa – dwa się rozdzielają.


Anna Akhmatova

Everything is Plundered

Everything is plundered, betrayed, sold,
Death’s great black wing scrapes the air,
Misery gnaws to the bone.
Why then do we not despair?

By day, from the surrounding woods,
Cherries blow summer into town;
At night the deep transparent skies
Glitter with new galaxies.

And the miraculous comes so close
To the ruined, dirty houses -- --
Something not known to anyone at all,
But wild in our breast for centuries.

* * *

(tlłum. A. Galon)

Wszystko rozgrabione

Wszystko rozgrabione, zdradzone, sprzedane,
Śmierć czarnym skrzydłem drapie powietrze,
Nędza przeżarła wszystko do cna.
Czemuż więc nie wpadamy w rozpacz?

We dnie z pobliskich lasów
Wiśnie na wietrze lato wnoszą w środek miasta;
Nocą przejrzysta głębia niebios
Mieni się blaskiem nowych galaktyk.

I tchnienie cudu opływa tuż z bliska
Zniszczone, brudne budynki –
Coś całkiem nieznanego nikomu,
A co od wieków rozpiera nam piersi.

* * *

Kontakt