nr. 39
VICTORIA, BC, listopad 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


Sw. Mikolaj
w Domu Polskim
9 grudnia


Zabawa Sylwestrowa
31 grudnia


ARTYKUŁY

Ewa Caputa -
Patriotyzm to wybór


Wacław Jędrzejewicz -
Święto Niepodległości


ECK -
Grób Nieznanego Żołnierza


Urszula Zielińska -
Literatura

Rozmowa z Bogdanem
Czaykowskim

Ewa Korzeniowska -
Obrazki z wystawy
Sary lipskeij

sprawozdanie

Michał Chmielowiec-
Talent

Opowiadanie

Ewa Caputa -
Ania pozdrowienia śle


Fotoreportaż -
Akademia 11 listopada


Rozmaitości


Indeks autorów

Urszula Zielińska

Literatura jest formą eksperymentu

ROZMOWA Z BOGDANEM CZAYKOWSKIM (1998)

Bogdan Czaykowski (1932-2007) polski poeta, krytyk literacki, tlumacz, profesor emerytus Uniwersytetu Brytyjskiej Kolumbii był kierownikiem Katedry Slawistyki i Programu Studiów Europejskich na tej uczelni. Zadebiutował w Londynie w prasie polonijnej.


URSZULA ZIELIŃSKA: - Od 1940 roku przebywa Pan poza Polską, ale pisze Pan poezje w języku polskim, które nie są traktowane w Polsce na zasadzie taryfy ulgowej, tak jak to bywało z literaturą polonijną. Intryguje wobec tego pytanie: jakie byly kontakty Pana z językiem polskim?


BOGDAN CZAYKOWSKI: - Było tak. Urodziłem się na Wołyniu, gdzie mówiono polszczyzną kresową, którą uważam za najpiękniejszą i byłbym gotów bronić tego twier­dzenia. Później, kiedy miałem osiem lat, zostałem wywieziony do Związku Sowieckiego, gdzie chodziłem do szkoły rosyj­skiej. W Polsce zdążyłem jeszcze pójść do drugiej klasy szkoły powszechnej, ale wywózka i szkoła rosyjska przerwały naukę w języku polskim. W obozie, w Wołogodskiej oblasti, byłem przez pierwszych kilka miesięcy z rodzicami, ale później już tylko z matką, bo ojca aresztowano. W obozie przebywali głównie Polacy, więc zarówno starsi jak i dzieci mówiły w nim przede wszystkim po polsku. Do szkoły polskiej zacząłem znowu chodzić w Persji, a następnie w Indiach. Z tym, że w Persji nie była to szkoła w pełnym tego słowa znaczeniu: pisaliśmy patyczkami na piasku, bo ani kajetów, ani ołówków czy piór nie mieliśmy. To zresztą trwało krótko. W Indiach ukończyłem polską szkołę powszechną i cztety lata gimnazjum.
W moim rozwoju ważną rolę zaczął wówczas odgrywać język angielski, znałem także trochę gudżarati. Sporą rolę w rozwoju mojej polszczyzny, jak i zainteresowań, odgrywał fakt. że byłem wodzem zuchów i należałem do Kręgu Wodzów, w którym skupiała się. by tak rzec, elita młodzieży obozowej. Wśród wodzów były osoby zainteresowane literaturą i piszące wiersze i prozę, jak Danura Czech (znana później jako Danuta Bieńkowska, poetka) i Danura Pniewska; obie były starsze ode mnie i wywierały na mnie (dodatni) wpływ. Sam pisywałem już wówczas wiersze (na ogół straszne!) w dzienniczku harcerskim, który zachowałem. Mieliśmy własne pisma harcerskie, a do obozu dochodziły polskie czasopisma, takie jak Polak w Indiach (redagowany przez Michała Chmielowca) i inne, między innymi pismo redagowane w Anglii przez Słonimskiego Nowa Polska. Przyjeżdżała do obozu Wanda Dynowska, tumaczka „Bhagavadgiry” oraz przyjaciółka Gandhiego. W obu obozach, w których przeby­wałem w Indiach, mówiono oczywiście po polsku, z tym, że pierwszy obóz był sierocińcem, i było w nim jedynie kilkanaście osób dorosłych. Był to więc język dzieci i młodzieży; obóz drugi był mieszany, było w nim sporo kobiet, trochę starszych mężczyzn, kilku księży, spore grono nauczycielskie.
W 1948 roku przyjechałem do Anglii, gdzie ukończyłem polskie gimnazjum, zdając maturę zarówno angielską jak i polską. Uczyłem się więc historii literatury polskiej i pisałem wypracowania po polsku. Wśród nauczycieli-polonistów, dwóch było poetami, a mianowicie Józef Bujnowski, (który uczył mnie recytować Norwida) i Adolf Fierla, poeta regio­nalny ze Śląska Cieszyńskiego. Okres wakacji letnich spędza­łem w polskich hostelach, gdzie słyszało się język polski na różnych poziomach. W hostelach przebywali ludzie wykształ­ceni jak i niewykształceni, oficerowie, nauczyciele, rolnicy, robotnicy i przeważająca większość z nich pochodziła z Kresów. Pracowałem z nimi nieraz na różnych farmach w tym czasie, jak i później, i albo się przysłuchiwałem ich roz­mowom, żartom, przekomarzaniom się i śpiewom, albo w nich brałem udział. Podsumowując ten okres, do ukończenia gimnazjum w lutym 1951 roku język polski miał w moim życiu przewagę, chociaż w szkole w Anglii niektórych przedmiotów uczyłem się tylko lub głównie po angielsku. Nauka angielskiego wywarła wówczas na mnie spory wpływ, właśnie wtedy zafascynował mnie ten język i jego literatura, tak zresztą, jak zaczęła mnie fascynować poezja łacińska.


U.Z.: - Co nastąpiło po ukończeniu gimnazjum? Czy kontakt z językiem polskim pozostał nadal równie żywy?


B.Cz.: - Otóż nie. Ukończenie szkoły rozpoczęło okres rozluźnienia kontaktu z językiem polskim. Najpierw po­szedłem do pracy w fabryce czekolady, gdzie oczywiście mó­wiono tylko po angielsku, a przy tym byłem raczej samotny, ze środowiskiem polskim stykałem się raczej sporadycznie, chodziłem sporo na filmy angielskie i czytałem zapalczywie po angielsku. Następnie wyjechałem na studia historii do Dublina, gdzie znalazłem się przede wszystkim w żywiole angielszczyzny i to dwojakiego rodzaju, anglo-angielskiej i irlandzko-angielskiej. Środowisko polskie miałem, bo w Dub­linie studiowało wówczas (lata 1951-54) kilkudziesięciu polskich studentów, głównie na medycynie. Ale ich pol­szczyzna ulegała niejednokrotnie podobnej erozji jak moja, bo nasze rozmowy intelektualne, dotyczące przedmiotów uniwer­syteckich i spraw czy to kultury, czy polityki, odbywały się już często po angielsku. Moje zaangażowania uczuciowe pod­czas przebywania w Dublinie dobrze ilustrują fakt wyparcia polszczyzny przez angielszczyznę. Chociaż w zasadzie, był to rodzaj międzynarodówki: Polka, Irlandka, Angielka i Belgijka. Koło przyjaciół i kompanów stanowili nie tylko Polacy: moim najbliższym przyjacielem był Irlandczyk, natomiast była także ściślejsza grupa polska, w której rolę królowej od­grywała Wanda, a role gracji: Krysia, Zosia i Kasia, trzy wspa­niałe przyjaciółki, z którymi rozmawiało się raz po polsku, raz po angielsku, albo mieszając oba języki. Natomiast wyjeż­dżałem w okresie letnim do polskich hosteli w Anglii, no a tam były młode, jeszcze nie zangliczałe Polki i polszczyzna, bogata i różnorodna, choć już częściowo z naleciałościami.


U.Z.: - Co czytał Pan w Dublinie i czy dalej pisał Pan po polsku?


B.Cz.: - W Dublinie, a nawet podczas przebywania w hostelach, czytałem głównie po angielsku, utwory literackie, historię, filozofię, czasopisma. Tak, pisałem dalej, ale już nie tylko po polsku. Przeżywałem nawet dwa rodzaje kryzysu. Jeden to był kryzys mojej polszczyzny (a częściowo tożsa­mości), a drugi to był kryzys literacki. Bo gdy pokazywałem moje wiersze angielskie przyjaciołom, krytykom, uznawali je za zbyt naśladowcze. Przed wyjazdem z Dublina wiedziałem już, że będę musiał powziąć decyzję, czy pisać dalej, czy nie, a jeśli tak, to w jakim języku.


U.Z.: - Co zaważyło przede wszystkim, że jednak powziął Pan decyzję pisania po polsku?


B.Cz.: - Po ukończeniu studiów w Dublinie, wyjechałem do Londynu. W Londynie środowisko polskie było oczywiście dużo większe, życie kulturalne całkiem bogate: moi przyja­ciele anglo-irlandzcy zostali w Dublinie, w Londynie przyja­ciół nie miałem, ani angielskich ani polskich. Z początku by­łem bardzo osamotniony, ale właśnie wtedy zaczęły przycho­dzić wiersze w języku polskim. Wróciłem do wierszy pisanych po polsku w Dublinie, przepisałem je, poprawiłem. A równo­cześnie wysłałem do jakiejś antologii trzy wiersze po angiel­sku, które nie zostały przyjęte do druku. Mieszkałem w domu, gdzie mieszkali sami Polacy, pracowałem także w dwóch polskich restauracjach, a następnie w restauracji angielskiej oraz w firmie buchalterskiej. Więc byłem „trochę tu a trochę tam” jeśli chodzi o język, a bałem się, że grozi mi „ni tu ni tam”. W jakimś momencie, szukając rówieśników polskich o podobnych do moich zainteresowaniach, zetknąłem się z paroma przedstawicielami tworzącej się grupy poetyckiej, zna­nej później jako grupa Merkuriusza, a szerzej jako grupa Kontynentów. Najpierw poznałem Bolesława Taborskiego, który zabrał plik moich wierszy pisanych po polsku i przesłał swoim kolegom-poetom, Zygmuntowi Ławrynowiczowi i Januszowi Ihnatowiczowi (do Kanady!). Wkrótce otrzymałem dosyć sążniste, ale wartościowe uwagi na temat moich wierszy zarówno od Taborskiego, jak i Ławrynowicza, i Ihnatowicza. Niebawem poznałem innych młodych poetów polskich na obczyźnie, Floriana Śmieję, Adama Czerniawskiego. Poznałem także moją przyszłą żonę, Polkę. Redagowaliśmy jedno pismo, po­tem drugie. Gdy otworzyły się możliwości uzyskania stypen­dium na studia, zupełnie świadomie wybrałem literaturę pol­ską na uniwersytecie londyńskim, gdzie profesorem był Jerzy Pietrkiewicz, poeta, krytyk. Brałem czynny udział w działal­ności Zrzeszenia Studentów i Absolwentów Polskich na Ob­czyźnie. Debiutowałem podwójnie, bo równocześnie (w maju 1955 roku) w naszym piśmie (Merkuriusz Polski) oraz w paryskiej Kulturze. Tak rozpoczęła się moja kariera literacka na obczyźnie.


U.Z.: - Czy więc problem języka przestał istnieć?


B.Cz.: - Bynajmniej, ale staraliśmy się z tym uporać. Czerniawski, na przykład, w jakimś momencie strofował mnie, że w rozmowie makaronizuję. Pozbyłem się tej przy­wary, na którą pozostałem zresztą bardzo uczulony. Moje studia polonistyczne pozwoliły mi zapoznać się dokładniej z literaturą polską od „Bogurodzicy” po Młodą Polskę, sam czytałem pisarzy bardziej współczesnych. Bodajże w 1955 roku odkryłem Różewicza, którego „Wiersze zebrane” omó­wiłem w programie radiowym polskiej sekcji BBC. Przedtem napisałem recenzję z tomików trzech młodych poetów londyńskich, Gniarczyńskiego, Śmieji i Ławrynowicza, do pisma młodych chadeków, z którymi byłem przejściowo związany. Ale za swój debiut krytyczny uważam artykuł w Merkuriuszu Polskim o poezji Marii Jasnorzewskiej-Pawli­kowskiej (1956).
W 1957 roku rozpocząłem studia magister­skie u Pietrkiewicza i napisałem sporą pracę na temat teorii poetyckich w Polsce od Przesmyckiego do Awangardy. Zapoznałem się wówczas z całym wachlarzem poezji polskiej okresu 1890-1939, poznałem w Paryżu Brzękowskiego, który nie tylko stanowił dla mnie źródło informacji o futuryzmie, poetach Zwrotnicy czy Linii, ale był przykładem pisarza dwujęzycznego (podobnie zresztą jak Pietrkiewicz), pisywał bowiem zarówno w języku polskim, jak i francuskim. W Londynie, oprócz młodych poetów związanych z Kontynen­tami, bliski mi był Tadeusz Sułkowski, któremu niektóre z moich wierszy się podobały, a ceniłem jego zdanie. Przez pewien czas byłem członkiem polskiego teatrzyku ekspery­menraJnego w Londynie „Pro Arte”, gdzie grałem w paru sztukach (jako aktor byłem okropny) i pomagałem w reżyserii. Wszystko to odbywało się w języku polskim. Zaczęli także przyjeżdżać do Londynu z Polski po Październiku 56 pisarze, poli­tycy, filozofowie, publicyści, studenci: urządzaliśmy spotka­nia, zarówno prywatne (nader skrycie) jak i publiczne, bo to była jednak współczesna Polska, współczesny żywy język polski. W ten sposób miałem możność rozmawiania z Za­wieyskim, Kisielewskim, Woźniakowskim, Herbertem, Juliu­szem Poniatowskim, ba, z Kliszko, Olszowskim (późniejszym twardogłowym), Górnickim (którego poszczerbione zęby do dziś pamiętam), Eską. Inreresowali mnie oczywiście także ci, co Polskę opuszczali na stałe: w Londynie poznałem Tyr­manda w czerwonych skarperkach i jego ówczesną chyba żonę, Małgosię, z koszyczkiem na rączce, w ogromnym słom­kowym kapeluszu; w Maisons-Laffitte u Giedroycia rozma­wiałam z Hłaską, itd. Czytałem wtedy namiętnie wszystko co krajowe, zadłużając się po uszy we wspaniałej księgarni Scharfa, gdzie kupowałem i Nowe Drogi i Po prostu, Twór­czość i Pamiętnik Literacki, a także dzieła zebrane i pojedyncze najwybitniejszych polskich pisarzy, od Kocha­nowskiego po Leśmiana. Byłem stałym czytelnikiem Biblio­teki Polskiej w Londynie, którą kierowała Maria Danilewi­czowa, zawsze życzliwa poczynaniom młodych. Tam można było czytać bieżące tygodniki krajowe i emigracyjne oraz Kulturę, którą zacząłem pochłaniać jeszcze w gimnazjum, odkrywając już w 1951 roku Gombrowicza. Przez pewien czas parałem się dziennikarską publicystyką, prawie współre­dagując tygodnik Odgłosy, który zresztą okazał się ekspozyturą reżymową. Robiłem więc bardzo dużo, żeby moja polszczyzna wzbogaciła się zarówno o wymiar historyczny jak i nabrała barwy współczesnej. Miałem wówczas niesamowitą potrzebę widzenia się w druku, istnienia w języku polskim na różne sposoby. Co zresztą świadczyło chyba o sporym niepokoju wewnętrznym, niepewności podsycanej przez rzadkie i niezbyt pozytywne czy optymistyczne wypowiedzi na nasz temat starszych pisarzy emigracyjnych. Nie byłem w tych latach poetą, który czuje własny styl i napisałem sporo złych wierszy, powoli jednak dopracowywałem się świadomości, jak chciałbym pisać, a od czasu do czasu udawało mi się napisać wiersz, który i formalnie, i tematycznie wzbudzał za­interesowanie, czy nawet podziw. Niewątpliwie, jak to określił kiedyś Miłosz, starałem się „to transform, through awareness, one’s weakness into materiał and, thence, into the source o/ one ‚s energy”, Bo w tej sytuacji i problematyce językowej jak i psychiczno-ideowej (kim jestem?) tkwiły różne możliwości. O jednej z nich mówił tytuł mojego pierwszego tomiku wierszy (1957), który brzmiał „Trzciny czcionek”.


U.Z.: - W 1961 roku, jako redaktor Kontynentów, zorganizował Pan dyskusję redakcyjną pt. „Dyskusja o języku”, ze znaczącym podtytułem „Cena wolności?” Co oznaczał dla Pana wtedy ten podtytuł?


B.Cz.: - Ta dyskusja to był istotny moment samo­określenia się grupy i chyba każdego z nas. Bo chociaż nigdy nie stanowiliśmy grupy poetyckiej w ścisłym tego słowa znaczeniu i chociaż świadomie broniliśmy się przed formu­łowaniem jakiegoś grupowego programu poetyckiego, pisaniem manifestów, to łączyła nas jednak nasza sytuacja językowa i nie tylko językowa. Podtytuł określał jeden istotny aspekt sytuacji, fakt, że odrzucając powrót do Polski (inaczej niż Jerzy Sito, członek naszej grupy, który oświadczając, że „życie nie jest partią brydża”, wrócił do Polski) ze względu na ograniczenia wolności twórczej w kraju. Płacimy za to pewną cenę, której w całej jej rozciągłości czasowej nie da się przewidzieć. Ryzykujemy przegraną naszych aspiracji poetyc­kich czy szerzej, literackich, właśnie ze względu na naszą sytuację językową, choć nie tylko. Ryzyko przez nas podej­mowane, jak to ujawniła dyskusja, było większe, niż normalne ryzyko młodych pisarzy piszących we własnym kraju, w środowisku twórczym, w kontekście dyskursów krytycznych z wewnątrz; by tak rzec, żywego, zmieniającego się, codzien­nie obecnego i używanego języka. A równocześnie, jak wtedy argumentowałem ja i niektórzy moi koledzy, ta trudna sytuacja stanowiła szczególny rodzaj wyzwania. Nasza próba, by zaistnieć jako poeci w języku polskim poza Polską, czyniła z naszego pisarstwa swoisty eksperyment. Był to eksperyment zarówno literacki jak i egzystencjalny, bo na przykład, mając do czynienia z tym, co określiłem wówczas schizofrenią języ­kową (chodziło mi o to, że myśleliśmy raz po angielsku, a raz po polsku i to na różnych poziomach), musieliśmy szukać sposobów integracji wieloaspektowej, a będąc pisarzami obcy­mi, ze względu na język, w społeczeństwach do których kon­kretnie należeliśmy, musieliśmy równocześnie szukać dla siebie miejsca określonego inaczej niż geograficznie, narodo­wo czy społecznie i próbować nie dać się zniszczyć, atakującej nas próżni dosyć, w końcu, wymownego milczenia. Tę sprawę mógłbym rozwijać dużo szerzej, ale to temat do innej dyskusji.


U.Z.: - W 1962 roku mial już Pan pewną renomę poetycką na emigracji, redagował Pan pismo literackie, drukowała Pana Kultura, był Pan w Londynie, czyli ośrodku najbardziej może żywym kulturalnie poza Polską. A jednak zrezygnował Pan z redagowania Kontynentów i wyjechał do Kanady, do odleglego Vancouver. Dlaczego?


B.Cz.: - Przyczyn było więcej niż jedna. Ważną przy­czyną była trudność znalezienia pracy w moim zawodzie (a w szkole angielskiej nie chciałem dłużej uczyć za skarby świata). W końcu miałem dwoje dzieci. Straciłem nadzieję, że Konty­nenty da się przekształcić w stały warsztat pracy, że będzie to druga Kultura na emigracji, tylko inna. To nie było realis­tyczne. A przy tym, jak pisałem w wierszu, który czytałem na jednym z moich nielicznych wieczorów poetyckich przed wyjazdem z Londynu, chcieliśmy z żoną mieć życie indy­widualne. Z Londynu w zasadzie uciekliśmy, żeby się zmierzyć z losem na własny rachunek:

Jeżeli podasz mi ramię
Poszukamy i my naszego miejsca w slońcu.

Bo Londyn to była namiastka polskości, także językowej. Zamiast oszukiwać się, lepiej było, tak nam się wydawało, uczynić sytuację ostrzejszą, uczynić eksperyment eksperymentem rzeczywistym. Chcieliśmy oddalić się od niedorzeczywistości emigra­cyjnego świata.


U.Z.: - Czy były tego koszty, właśnie poetyckie?


B.Cz.: - Tak, były. W latach 1970-tych gnębił mnie dotkliwy kryzys, o czym świadczą takie wiersze jak „Krisis” (dotąd nie drukowany) czy „Martwia”. Być może wywołał go, czy zaostrzył, a to się może wydawać paradoksem, nasz wyjazd do Polski w 1973. roku. Słyszeć język polski cały czas wokół siebie, to był swego rodzaju szok, jak to dziś mówią, kulturowy, przeżycie rzeczywiście dramatyczne. A poza tym było jasne, że moja polszczyzna a tamta polszczyzna są pod pewnymi względami inne. Niekoniecznie ta „żywa mowa” mi się podobała, nie we wszystkim. Moje odczucie języka polskiego uwyraźniło się, ale powróciło pytanie zasadnicze: czy można być dobrym, wybitnym poetą w jakimś przynajmniej stopniu z zewnątrz współczesnego języka, w którym się pisze? Bliskość Miłosza po linii wybrzeża Pacyfiku dopingowała i zobowiązywała do pewnego poziomu, ale równocześnie trudno było nie pamiętać o tym, że ja znalaz­łem się poza Polską w wieku lat ośmiu, a on w wieku lat czterdziestu. Zobowiązywała także znajomość znakomitej poezji Białoszewskiego, Różewicza, Herberta. Eksperyment, którego się podjąłem, zarysował się ryzykowniejszy niż przy­puszczałem. I wobec tego jeszcze ciekawszy. A żywa polszczyz­na, w niewiele lat później, zaczęła napływać do Vancouver wraz z emigrantami z okresu Solidarności i stanu wojennego. Jak nie Mahomet do góry, to góra do Mahometa - takie są nieraz nieprzewidziane konsekwencje historii. Zasugeruję jeszcze w tym momencie, jak można by roz­winąć poruszany tutaj zasadniczy temat. Otóż język współczes­ny to tylko jedna, ostatnia, warstwa struktury dużo bogatszej, bardzo złożonej, języka narodowego jako pewnego kon­tinuum. Pełna świadomość językowa wymaga zarówno perspektywy przeszłości jak i przyszłości. A co jeszcze bardziej istotne, język narodowy jest w końcu jedynie szczególnym przypadkiem języka w ogóle, lingwistycznego uniwersum ludz­kości, człowieka jako zjawiska dramatycznie zagadkowego.


U.Z.: - Są ludzie. którzy ze względów emocjonalnych czy intelektualnych, będą czytać Pana wiersze zawsze, a zwłaszcza ci. którzy przeszli przez podobne doświadczenia, jak Pan. Zadaję sobie pytanie, jak ja bym odbierała Pana wiersze nie mając swoich przeżyć emigracyjnych.


B.Cz.: - Pytanie ciekawe; zawiera się w nim sugestia, która wskazuje na pewien istotny aspekt ryzyka i eks­perymentu, o których mówiłem. Odpowiedź zasadnicza wymagałaby dużo szerszych ram niż nasza rozmowa. Może tylko wspomnę, że wszyscy jesteśmy wygnani z kraju dzieciństwa, lub, jak napisał mój przyjaciel, Andrzej Busza, że
my tu i tak
tylko tranzytem.


U.Z.: - Czy zgodziłby się Pan z opinią, że poezja jest takim samym sposobem na życie, jak nauka?


B.Cz.: - Przypomina Pani tym pytaniem zadawniony spór między poezją i nauką. Od końca wieku XVIII poezja, czy w ogóle literatura, czuje się w defensywie wobec nauki. Literatura, jak i zresztą religia, próbuje bronić się przed krytyką, która wynika z naukowego poglądu na świat. Ja nie mam wątpliwości, że poezja ma własną precyzję, że nie jest tylko werbalizmem, (chociaż czasami, a może nawet często, jest nim), że mówi rzeczy istotne, prawdziwe. Literatura jest formą eksperymentu. Postacie w powieściach, narracja, fabuła, głos, tok liryczny, myśl poetycka, odkrywczość metafor, struktura składni - to są próby tworzenia pewnych modeli, próby rozumienia, znalezienia się w świecie zarówno w sensie intelektualnym jak i uczuciowym, moralnym jak i psychicznym. W bardzo istotnym sensie język jest światem człowieka. Nie, nie czuję się w defensywie pisząc wiersze.



U.Z.: - Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę.


Vancouver 1998

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji