nr. 38
VICTORIA, BC, wrzesień 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


Zabawa Halloween
27 pażdziernika


ARTYKUŁY

Jeszcze tu
zawiśnie polska flaga-

wywiad z dyrektorem
Królewskiego Muzeum BC

Jan Antoszkiewicz -
Malowidła Dory Hary


Edward Kamiński -
Nie oddamy nawet guzika

wspomnienie roku 1939

Bożenai Ulewicz -
Ostantia mazurska wieś

reportaż z Mazur

Ludwik Wilczyński -
Polacy na szczytach

recenzja książki

Magdalena Hen-
Pociąg do Nollywood

Afrykańska kinematografia

Rozmaitości


Indeks autorów

Magdalena Hen

Pociąg do Nollywood


Afrykański przemysł filmowy eksplodował tak nieoczekiwanie, że jeszcze całkiem niedawno nie dostrzegały go prestiżowe obserwatoria kultury. Jeszcze kilka lat temu pisano - zgodnie z myślowymi schematami - że Afryka w całej swojej historii wyprodukowała tylko 600 filmów.
Konserwatywne informatory ekonomiczne, i to te skądinąd wpływowe, nadal nie dostrzegają nigeryjskiego kina. Ale trudno od nich wymagać, by rozumiały fenomeny kulturowe – nawet jeśli owe fenomeny mogą w przyszłości mieć decydujące znaczenie polityczne.
Tymczasem przemysł filmowy w Lagos, znany jako Nollywood, z produkcją ponad 2500 filmów rocznie, z obrotem w wysokości pół miliarda dolarów (a to we wciąż niebogatej Afryce), zatrudnia około 300 000 Nigeryjczyków i jest największym prywatnym pracodawcą. Epopeja zaczęła się we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, od kryzysu gospodarczego. (Warto przypomnieć, że sześćdziesiąt lat wcześniej Hollywood też rozkwitł w kryzysie.) Trwała dyktatura wojskowa, cena nigeryjskiej ropy spadła, nie pomagało „strukturalne dopasowanie” gospodarki w stylu wolnorynkowej transformacji, zalecanej przez modnych wówczas ekspertów. Telewizji państwowej obcięto pieniądze, aktorzy i kamerzyści zostali bez pracy. Kina były zamknięte, bo nikt nie chciał chodzić wieczorami po niebezpiecznych ulicach. Nie miało to zresztą większego znaczenia, bo kin z prawdziwego zdarzenia jest w Nigerii siedem.
Dla New York Times to tylko legenda, że pierwszy nigeryjski film został nakręcony przez drobnego handlarza elektroniką, Kennetha Nnebue. Trudno się z tym zgodzić. Prekursorami w kulturze zawsze są jednostki, choć oczywiście musi istnieć odpowiedni grunt społeczny dla odbioru ich utworów. Czy Kenneth Nnebue chciał się po prostu pozbyć swojego zapasu czystych kaset wideo, jak twierdzą autorzy amerykańscy? Chyba daje tu o sobie znać czysto merkantylny stosunek do produkcji filmowej inspirowany sposobem myślenia dzisiejszego Hollywood. Nawet jeśli tak było, to przecież pan Nnebue przetworzył swoje kłopoty finansowe na film o człowieku, który sprzedał duszę za złoto. Sprzedał czy nie sprzedał, ale film „Życie w okowach” rozszedł się w setkach tysięcy egzemplarzy. Na rzecz poglądu, iż sam film był dla autora ważny (a nie był tylko pokupną fabułką), przemawia fakt, iż określił na lata podstawowe wątki nigeryjskiej fabuły: nieporozumienia małżeńskie, chciwość i konflikt między chrześcijaństwem a wierzeniami tubylczymi.
Nnebue – człowiek już zamożny – porzucił swoją firmę, NEK Video, powędrował na wieś nauczać Pisma Świętego. Inni członkowie jego grupy etnicznej, Ibo, nie uciekli ze swojej filmowej Jasnej Polany. Nadal energicznie pracowali.


Filmy produkowane są właściwie chałupniczo. Nakręcane są kamerą cyfrową, montowane na domowych komputerach. Nakręcenie filmu fabularnego zajmuje tu przeciętnie 10 do 14 dni, a jego koszt zawiera się między 15 a 20 tysiącami dolarów. Większość z nich trafia bezpośrednio na lokalny rynek video. Może nie tak bardzo bezpośrednio: cała dystrybucja pozostaje w rękach szczepu Ibo.
Dzisiaj to raczej nie video tylko płyty DVD. Kogoś to dziwi? Tym, którzy swoją wizję Afryki czerpią z filmów typu „Kopalnie króla Salomona”, wyjaśniam, że mieszkańcy Afryki nie nawołują się już tam-tamem, tylko telefonami komórkowymi.
Filmy przeznaczone są w zasadzie dla widzów nigeryjskich – przede wszystkim dla 15 milionów mieszkańców Lagos, ale są coraz bardziej oglądane w całej Afryce i wyświetlane w rozwijającej się sieci telewizji kablowej. Kupuje je także afrykańska diaspora. (Może dlatego zdarza się, że niektóre ujęcia kręcone są w Stanach lub w Wielkiej Brytanii.)
Na szczęście dla nigeryjskiego kina, podzielona językowo Afryka otrzymała w spadku po kolonializmie swój lingua franca – angielski i dlatego większość z tych filmów – około 60%, nakręcana jest w tym języku. Reszta jest wielojęzyczna. Producenci nie zważają na nigeryjskie podziały: niemal 40% nigeryjskich filmów nakręcanych jest w języku muzułmańskiego plemienia Housa. Ci producenci – w większości z plemienia Ibo – tylko 1% filmów produkują we własnym języku. Biznes to biznes.
Przeciętna sprzedaż to 40 tysiący egzemplarzy, ale hity osiągają między 200 000 a 400 000. Odpowiadają zapotrzebowaniu na miejscowe historie i wątki, które związane są z codziennym życiem widzów. Są to filmy o miłości, rodzinie, godności. O AIDS, prostytucji i ropie naftowej. O duchach i kanibalach. Autentyki o Afryce.
Widzowie niekoniecznie rozróżniają film od rzeczywistości – tak jak to bywało w początkach kina wszędzie indziej. Odtwórczyni głównej roli w filmie „Moje życie, moja klęska”, musi tłumaczyć z oburzeniem, że tak naprawdę nie jest narkomanką. Tłumaczyć, co to aktorstwo. Inna, która grała przykładną córkę – a w Nigerii mawia się, że matka to złoto, a ojciec to lustro - straciła popularność, kiedy wyszło na jaw, że sama nie jest bynajmniej wzorem miłości do matki.
Aktorzy często wywodzą się z rodzin zamożnych. To ludzie po studiach, czasem aktorskich. Nie wszyscy jednak. Jest gwiazdor, który urodził się w amerykańskich slumsach, są tacy, którzy pochodzą z nigeryjskich wsi. Wszyscy jednak starali się uczyć. Dziewczyny naprawdę są śliczne.
I jeszcze jeden element przypominający początki Hollywood: aktorzy to najniżej opłacaną grupa zawodowa tej branży. Kandydat na prezesa nigeryjskiego Związku Aktorów – z plemienia Ibo oczywiście - zapowiada, że będzie z tym walczył.
Lawinowy wzrost Nollywood wywołuje ogromne zainteresowanie krajów rozwijających się, poszukujących alternatywy dla kosztownego amerykańskiego i europejskiego modelu produkcji i dystrybucji filmowej.
Jednak niebo nad Nigerią nie jest bezchmurne. Ten 150 – milionowy kraj cierpi z powodu podziałów religijnych, na które też niemały wpływ ma geografia złóż ropy. Chrześcijanie różnych wyznań stanowią, co prawda, połowę ludności Nigerii i – jak widać z tej jakże krótkiej historii nigeryjskiego kina – są bardziej rzutcy, ale muzułmanie, których jest aż 40%, są zorganizowani militarnie - i korzystają z tego. Niezależnie od nieszczęść, jakimi grozi to Nigerii, perspektywa dłuższego konfliktu oddala z drugiej strony groźbę ewolucji tej kinematografii w kierunku schematu hollywoodzkiego. Pewne niepokojące ambicje robienia takich filmów tu i ówdzie dają o sobie znać.
Może to dobrze, że buzująca energia twórcza tej kinematografii jest chaotyczna. Jak zapach dzikiej łąki w porównaniu z zadbanym trawnikiem. Nollywood może mieć przed sobą przyszłość.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji