nr. 38
VICTORIA, BC, wrzesień 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


Zabawa Halloween
27 pażdziernika


ARTYKUŁY

Jeszcze tu
zawiśnie polska flaga-

wywiad z dyrektorem
Królewskiego Muzeum BC

Jan Antoszkiewicz -
Malowidła Dory Hary


Edward Kamiński -
Nie oddamy nawet guzika

wspomnienie roku 1939

Bożenai Ulewicz -
Ostantia mazurska wieś

reportaż z Mazur

Ludwik Wilczyński -
Polacy na szczytach

recenzja książki

Magdalena Hen-
Pociąg do Nollywood

Afrykańska kinematografia

Rozmaitości


Indeks autorów

Edward Kamiński

Nie oddamy nawet guzika


1 Września 1939 roku powinien zacząć się mój nowy rok szkolny w drugiej klasie szkoły podstawowej w Równem. Nie mogłem się doczekać, kiedy zacznie się poważna nauka. Nudziło mnie dukanie pierwszoklasistów: „Ala ma kota, a to są ule”, podczas ja gdy czytałem już biegle zaawansowaną literaturę o przygodach Tarzana wśród małp. Czekał też tornister, piórnik z ołówkami i gumką myszką.
Nic z tego. Zanosiło się na wojnę z Niemcami. Cała rodzina ślęczała przy radiu nasłuchując wieści zaczynających się od: „Tu Polskie Radio Warszawa”. W sejmie przy hucznych oklaskach posłów mówił minister spraw zagranicznych Józef Beck: „My, Polacy nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę”. Powtarzane hasła: „Silni, zwarci, gotowi! Nie oddamy nawet guzika” - napawały bojowym optymizmem! W rozmowach towarzyskich gromko zapewniano: „W dwa tygodnie będziemy w Berlinie. Francja, Anglia z nami !”.
1 Września radio nadawało już komunikaty wojenne. Kilka dni później Niemcy byli już pod Warszawą. Nadajnik stacji radiowej w Raszynie umilkł. Wiadomości dostarczały jeszcze gazety. 3 -go września „Kurier Warszawski” ogłosił podniosłe kazanie księdza biskupa Zygmunta Choromańskiego:

„Wobec Boga i historii Naród Polski spełnia dziś swą misję dziejową. Nie narzekajmy, że zbyt dużo na nasze pokolenie wypadło wojen. Raczej powinniśmy być dumni i szczęśliwi, że właśnie nam Opatrzność dała możność być Jej narzędziem w urzeczywistnianiu planów Bożych”.

Nie rozumiałem, o co tej opatrzności chodzi, ale na wszelki wypadek upatrzyłem sobie bezpieczny schowek pod łóżkiem. Mama zaś pomna, co opatrzność wyprawiała podczas najazdu Bolszewików w 1920 roku, naklejała specjalne taśmy na szyby w oknach. Miało to uchronić je przed rozbiciem na wypadek, gdyby bomba zburzyła dom. Kocami, dywanikami, ręcznikami uszczelniała szpary pod drzwiami i gdziekolwiek gazy trujące mogły wślizgnąć się do domu. Mieliśmy też maski gazowe, tylko, że już po paru minutach w masce zaczynałem się dusić. Zabawa w wojnę przestała mi się podobać. Ucieszniej było, gdy mama wybebeszywszy łóżka z poduszek i kołder, wyścieliła nimi rów oddzielający nas od pobliskiego parku. Tam w „bombo-odpornej” pościeli byliśmy zabezpieczeni przed nalotem. Bomby nas omijały, spadły w oddalonej części miasta koło stacji kolejowej. Pod wieczór, gdy już się nam w tych piernatach znudziło wróciliśmy do domu ani dumni, ani szczęśliwi jak tego chciał biskup Choromański. Zastanawiałem się czy z braku tej dumy nie trzeba się będzie spowiadać. Nie lubiłem na pokutę powtarzać w kółko „Ojcze nasz” i „Dziesięcioro przykazań”.

Opatrzność tym czasem dostarczała coraz więcej powodów do szczęścia. Rozeszła się pogłoska, że Armia Czerwona zgromadziła dywizje przy wschodniej granicy z Polską. Chcą wyzwolić polskich robotników i chłopów „ spod jarzma panów i kapitalistycznych świń”. Ich przyjazne zamiary wywołały panikę. Z dawna Rosja kojarzyła się Polakom z dziką Azją, a Rosjanie z barbarzyńskimi watażkami. Utarte powiedzenie: „załatwić kogoś po rusku”, znaczyło tyle samo, co wybić zęby, zamordować. Grozę budziły podania o bandach czerwonych rewolucjonistów pławiących się w krwi ludzkiej, w czasie rosyjskiej wojny domowej. Wciąż żyły w pamięci gwałty, mordy i okrucieństwa Bolszewików na cywilnej ludności.


Stało się! 17 września Czerwona Armia bez wypowiedzenia wojny wkroczyła na wschodnie tereny Polski. Polskie wojsko pod naporem Niemców cofało się na wschód, a te na wschodzie na zachód. Nikt już nie wiedział, co począć. Do ostatniej chwili nie było wiadomo czy Rosjanie są wrogami czy sojusznikami. Na około domu i naprzeciw leżącego parku przybywało biwaków głodnych, śmiertelnie zmęczonych żołnierzy piechoty. Jedna polowa kuchnia nie nadążała z aprowizacją. Dla poratowania wygłodniałych wojaków mama gotowała ziemniaki i kaszę w wielkim garze z pralni. Wkrótce przybył wojskowy kurier z rozkazami. Nakazano polskim oddziałom unikać starć z czerwonymi i śpiesznie wycofywać się na Podkarpacie do Kut na granicy polskiej z Rumunią. Tam miało nastąpić przegrupowanie sił i przygotowanie do kontrataku na Niemców. Tylko szybkie oddziały miały szansę ucieczki. Dla piechurów koczujących wokół naszej wilii było już za późno. Dostali rozkaz: zakopać broń, amunicję i rozejść się. Kilka karabinów niechlubnie zatopiono w wychodku na działce, pozostałości z czasu budowy domu. Był już najwyższy czas, bo Moskale docierali pod Równe. Ojciec zakopał swoje medale, kordzik, pamiątki wojskowe z czasów walk Legionów z Bolszewikami i z duszą na ramieniu czekaliśmy na wyzwolicieli.

x x x

Czerwonej Armii spodziewano się od strony Grabnika, dzielnicy na wschodnich obrzeżach Równego. Na rogu ul. Gabriela Narutowicza, przecznicy przelotowej ulicy Tadeusza Kościuszki miejscowi Ukraińcy wznieśli bramę powitalną. Zanosiło się na wiwaty i wielką pompę z chlebem i solą na tacy. Ulica zataczała półkole. To też z naszych okien rozciągał się widok zarówno na bramę powitalną jak i na dwie następne przecznice – Promień I i Promień II. Forpoczty oswobodzicieli, widocznie nieświadomych oczekujących ich „serdeczności”, zjawiały się nie w miejscu zamierzonego powitania, a u wylotu Promienia II. (Byli to Kozacy na małych, ruchliwych konikach.) Tam oczekiwała na nich zasadzka.

Rodzice, siostra Irena i dwuletni braciszek Jędruś schronili się „na powitanie” w podpiwniczeniach domu. Ja zaś z przybłąkaną astmą bronchitową, w stęchłym, piwnicznym powietrzu oddychałem z wysiłkiem, dlatego pozwolono mi pozostać na górze pod warunkiem nie zbliżania się do okien. Miałem pełną swobodę śledzenia wypadków, a było na co popatrzyć przez zakazane okna. W ogródku sąsiadki pani Misztelowej, koło domu naprzeciw ul.Promień II, zamaskowało się czterech żołnierzy polskich z karabinem maszynowym. Jakby wiedzieli skąd nadejdą Moskale. Być może byli to młodzi zapaleńcy, którzy postanowili walczyć z najeźdźcą do końca. Może nie dotarł do nich rozkaz nie podejmowania walki? Nie było ich widać aż do chwili, gdy rozpoczęli kanonadę. Ich salwy kładły pokotem galopujących Kozaków, utworzył się wał splecionych ciał jeźdźców i koni. Przerażające widowisko jeżyło mi włosy na głowie. Żal było niewinnych zwierząt. Szarże, wciąż nie ustawały, aż … aż kulomiot zamilkł. Skończyła się amunicja. Żołnierze nie próbowali nawet uciekać. Rozwścieczeni Kozacy dobytymi szablami dosłownie ich rozsiekali. Rządni mordu, zeskoczywszy z koni parli w kierunku domu Misztelowej.

Każda z przecznic po wschodniej stronie ul. Kościuszki kończyła się zagrodami ukraińskich chłopów. Dalej były już otwarte pola i od tej strony spodziewano się pierwszej nawały. W obawie napadów, gwałtów i rabunku, Polacy z tych przecznic chronili się w domach bliżej centrum Grabnika. U Misztelowej, samotnej wdowy z synem, zgromadziło się kilka osób. Między innymi z ulicy Narutowicza uciekli tam, zaprzyjaźnieni z nami państwo Antoni i Zofia Bohuszowie z synem Jarkiem, moim rówieśnikiem. Misztelowa, na oko 120 kilogramów żywej wagi kobieta, zdawało się, sama mogła dać odpór batalionowi mołojców. Na widok wściekłych Kozaków z szablami stanęła sparaliżowana. Ze wszystkich tam osób jedynie Bohuszowa nie straciła głowy. Wydawała komendy – opowiadał Jarek – jak doświadczony w bojach dowódca:

- Przygotować wino, wódkę, spirytus, co jest, szybko! Udawać zadowolonych i nie odzywać się!

Z kieliszkiem i nadpoczętą butelką wina wybiegła przed drzwi wprost pod wzniesione szable. Kozacy gotowi rozsiekać każdego na swej drodze na moment znieruchomieli. Wystarczająco by Bohuszowa zdążyła z akcentem rodowitej Rosjanki, wyrzucić z siebie radośnie:

- Nu mołojcy! Zdrastwujtie! Pożałusta zachodzicie!

Rozjuszonych Kozaków zamurowało, a Bohuszowa nie ustając zapraszała starszyznę kozacką do wnętrza. Najwyższy tam rangą, kapitan po opróżnieniu jednym haustem butelki z winem rozpoczął następną. Napięcie ustąpiło całkowicie, gdy okazało się, że pochodzi z Odessy, którą Boguszowa znała z czasów młodości. Na zakończenie, kapitan zapraszany, przyrzekł, że jeszcze tu wróci. Żegnany w myślach, żeby go święta ziemia nie nosiła, już na dobrym rauszu, z oddziałem popędził dalej. Wszyscy odetchnęli. Byli tylko krok od śmierci.


W potrzasku radzieckiej swobody

Po kozackiej czujce regularne oddziały Sowieckie nadeszły zgodnie z ukraińskimi przewidywaniami ulicą Tadeusza Kościuszki. Zatrzymali się przy bramie powitalnej. Ceremonia wypadła smętnie. Nie było wiwatów ani uścisków bratnich rąk. Zanim przewodniczący garstki ukraińskiego komitetu powitalnego zdążył wygłosić mowę, wygłodzeni żołnierze rzucili się do tacy z bochenkiem chleba, rozsypali sól. Zrobiło się zamieszanie, nikt nie słuchał.
Z okolicznych domów, z ostrożnie wyłaniających się mieszkańców wkrótce utworzyło się zbiegowisko. Jezus Maria!! Tatary!! – To były pierwsze słowa wyległych na ulicę. Śniade twarze, skośne oczy i wystające kości policzkowe, kojarzyły się z największymi łupieżcami w dziejach Polski. W biednych mundurach, z karabinami zawieszonymi na konopnych sznurach, z plecakami z worka, wyglądali bardziej na bandę rabusiów niż na zwycięzców. Rekruci z najbiedniejszych republik azjatyckich pędzeni byli na pierwszą linię frontu. Na końcu oddziału bojcy (żołnierze) ciągneli „kulomiotnyje taczanki” – karabiny maszynowe na rozchwianych kółkach. Toporne były jak od kowala, ale w boju skuteczne. W czasie napadu bolszewickiego na Polskę w 1920 roku powodowały w szeregach polskich duże straty. Oficer, prawdopodobnie z centralnych rejonów ZSRR, z pepeszą i naganem na smyczy u pasa był w nieco lepszym mundurze.
Ulica Kościuszki graniczyła z parkiem. Na chwilę postoju Kałmuki padły pokotem na trawę, tylko czujka z kilku żołnierzy ruszyła dalej drogą. Za zgodą dowódcy niektórzy rozbiegli się do najbliższych domów po wodę. Jeden z nich wpadł do nas. Z okrzykiem – chadziajka wody! Minął kuchnię i wszedł do łazienki. Zobaczywszy muszlę klozetową chciał z niej zaczerpnąć wody. Nie mogłem powstrzymać się od chichotu. Ucieszyła mnie mama - To biedni ludzie, nigdy nie widzieli ubikacji w domu, to nie ich wina. Po łapczywym wypiciu podanego mu kubka wody gorączkowo wyrzucał z siebie – Barynia dawaj kuszać, kuszać – powtarzał pokazując na usta. Musiał być śmiertelnie głodny, niemal dławił się kawałkiem chleba. Było w tej scenie coś żałosnego i szyderczego zarazem. Przedstawiciel władzy radzieckiej, ciemny chłop azjatycki, postrach milionów zapychał się naszym chlebem. Sam zniewolony do upodlenia, przybył wyzwolić nas w imię najbardziej okrutnego systemu, jaki stworzył człowiek na Ziemi.
Tymczasem na ulicy nawiązała się rozmowa z oficerem:

- Nu wot, tak my pryszli zdiełać u was poriadok z wriedietelnym elementom, kapitalistami, i spekulantami. Tak my ich za chwost i poszoł k’czortu. Tiepier budziecie żyć swobodno – mówił do zgromadzonych. (Przyszliśmy zrobić u was porządek z wrednym elementem, z kapitalistami i spekulantami. Złapiemy ich za ogon i poślemy do diabła. Teraz będziecie żyć w swobodzie).

Sowiecka swoboda dała o sobie znać już w następnym dniu po wkroczeniu do Równego. Ulicą pędzono kolumny polskich jeńców. Wśród nich większością byli synowie robotników i chłopów, tych, którzy mieli być wyzwalani spod jarzma. Strażnicy popychali ich bagnetami. Usiłujących podać chleb i wodę, z krzykiem nielzia (niewolno), grożąc karabinem, brutalnie odpędzali. Był to żałosny widok. Wielu ludzi płakało. Jeńców trzymano pod gołym niebem na placach, bez jedzenia i opatrunków dla rannych. Wywożono ich ciężarówkami na stację kolejową, a stamtąd wagonami bydlęcymi w głąb Rosji.
Następne dni zajęły „oswobodzicielom” masowe aresztowania. Zatrzymanych wypuścili na plac więzienny. Miejscowym bandziorom ukraińskim dano godzinę czasu na rozprawienie się z aresztantami. Wśród zmasakrowanych rozpoznano też zwłoki Komendanta Policji w Równem. Mordercze instynkty bandyci wyładowywali na ulicach miasta. Kilku bestialsko pobitych Polaków straciło życie. Nie działały telefony, nie było gazet, ludzie bali się wychylać z domów. Każdy dzień przynosił nowe, podawane z ust do ust wiadomości i porażające opowiadania. Zdawało się, że w Równem już wszystkie nieszczęścia naraz wyszły nam naprzeciw. A był to zaledwie początek narastającej makabry.

Nim władza radziecka zdążyła opanować „wyzwolone” tereny, Ukraińcy próbowali utorować sobie drogę do „Samostijnej Ukrainy” widłami, siekierą i karabinem. Przerażały wieści z najbliższych miejscowości i okolic. W Kołkach, moim rodzinnym miasteczku zamordowali polskich policjantów i ostrzelali oddział 3 pułku piechoty Korpusu Ochrony Pogranicza. W imieniu nowej władzy domagali się od nich złożenia broni. Ukraińcy ze wsi Tymne doszczętnie obrabowali, kilka sąsiednich polskich rodzin, z którymi dotąd żyli w przykładnej zgodzie. Rabusie z tej samej wsi napadli też na polskich osadników wojskowych w osiedlu Dworzec i Halerówka. Wiejski komitet Ukraińców, z czerwonymi opaskami, po obrabowaniu osadników Halerówki, zażądał odania kluczy od jednego z domów. Nowym gospodarzem został miejscowy furman. Wszystkim osadnikom dano tydzień czasu na opuszczenie osady. Krążyły pogróżki, że wszystkich Polaków wyrzucą za Bug.

Naprzeciwko wsi i majątku Czetwertnia , miejsc z którymi moja pamięć związana była kilkoma, pierwszymi latami życia, po zachodniej stronie Styru, ciągnęły się głębokie bagna i moczary zwane Popowskim Ostrowem. Za nim znajdowała się miejscowość o niezbyt zachęcającej nazwie – Nawóz, z małą, polską osadą wojskową i sąsiednią, dużą wsią ukraińską. W prostej linii przez bagna było to około 5 kilometrów, ale drogą, żeby przedostać się przez Styr, więcej niż trzy razy tyle. Od czasu do czasu mieliśmy w Czetwertni gościa z Nawozu. Był to przyjaciel ojca z czasu Legionów, kapitan Józef Michalski, oznaczony krzyżem Virtuti Militari. Ukraińcy ze wsi Nawóz napadli na polską osadę. Zabili 5 osób. Zginął również przyjaciel ojca. W tym też czasie do okolicznych miejscowości i niedaleko położonego miasteczka Sokól napływali z centralnej i zachodniej Polski uciekinierzy przed Niemcami. Ukraińcy pod szyldem niby zawiązanego „polskiego komitetu pomocy uciekinierom” proponowali lepsze kwatery. Umawiali się z nimi w godzinach wieczornych. Nic nie przeczuwających ludzi wywozili pomiędzy bagna Popowskiego Ostrowa, mordowali i grabili ich dobytek. Zginęło tam około 100 osób.

Ofiarami Ukraińców padali też polscy żołnierze z rozproszonych oddziałów. Niedaleko, na zachód od miasteczka Sokól, znajdował się majątek ziemski Romanówka. Właścicielką była Aleksandra Rodziewicz, znana ojcu z gospodarczych powiązań z majątkiem w Czetwertni. Zatrzymała się tam 50-cio osobowa kompania wojska polskiego. Uzbrojeni chłopi z ukraińskiej wsi Nemir chcieli żołnierzy rozbroić. Wywiązała się kilkugodzinna walka. Na pomoc Ukraińcom przybył oddział sowiecki. Wobec wielokrotnie przeważających sił i kończącej się amunicji, Polacy złożyli broń. Ukraińcy pozdzierali z nich mundury. Jeńców, powiązali, załadowali na chłopskie wozy i pokłutych widłami potopili wszystkich w pobliskiej rzece Stochód.
Wkraczający Sowieci nawoływali Ukraińców do rozprawiania się z „polskimi panami”. W odpowiedzi, nowym ukraińskim sposobem wykarczowania Polaków z ziem wschodnich była denuncjacja. Donoszono na Polaków do osławionego NKWD (aparat represji policyjnych) jak im popadło, przy byle okazji, za antysowieckie sny, nieprawomyślne westchnienia i wyimaginowane uczynki. Policjant nie pozwalali kraść, leśniczy wycinać drzew w lasach państwowych, a osadnik wojskowy zajmował ziemie, która w powszechnym mniemaniu powinna należeć do Ukraińców. W rewanżu za owe krzywdy sypały się donosy. Na wywiezienie w głąb Rosji narażeni byli nauczyciele, ludzie kultury, rodziny wojskowych, pracowników państwowych i służby porządkowej. Każde pomówienie kończyło się aresztowaniem.
Na pierwszy ogień szły też „białoruczki”, czyli „intelegenciki”. Ich nieskalane pracą fizyczną dłonie zdradzały, że są elementem ideologicznie niepewnym. Każdy obywatel, już nie Rzeczpospolitej, lecz teraz radziecki, musiał zarejestrować się w urzędzie pracy. Uzasadnieniem było hasło: „Kto nie pracuje ten nie je”. Wprawdzie ustrój nie zapewniał pracującym jedzenia, ale przegląd rąk podczas rejestracji wzbogacał rejestr „wrednych elementów”. Prędzej raczej niż później trafiali na listę bezpłatnej podróży do Kazachstanu albo i dalej. Ojciec większość życia zarządzał, polecał zrobić, dyrektorował. Przed rejestracją zapuścił ręce w cemencie i ziemi. Z brudem pod paznokciami zakwalifikował się do „ czarnoroboczych”. Otrzymał odpowiedzialną funkcję przy naprawie dziur w chodnikach miejskich. Zawsze paradował w kapeluszu, w eleganckim garniturze i koszuli z krawatem. Gdy więc zobaczyłem go w roboczych portkach układającego płyty chodnikowe w mieście, oniemiałem z wrażenia. Prawdę mówiąc, tam też zarządzał, bo dostał dwóch fachowych pomocników.

Trudności wzrostu przechodzą we wzrost trudności

Ten sam żydowski kupiec, który sprzedał nam meble na wysoki połysk, orzech włoski, pierwsza klasa, zaproponował odkupienie ich po korzystnej cenie.
- Poco pani te meble, wojna jest, nie będzie co jeść – nakłaniał mamę. - Kredensu ani stołu na wysoki połysk nie ugryziesz - przekonywał ojciec. Chyba jednak po raz pierwszy w życiu zawiodła go głowa do interesu. Już po paru dniach zastanawiali się: Poco nam te pieniądze, nawet funta kłaków nie warte? Za stos wycofanych z obiegu polskich banknotów zdążyli tylko kupić kilka kilogramów cukru, mąki i wędzonego boczku. Bolszewicy wyzwoli nas za jednym zamachem od wszystkiego. Rozwiązali odwieczny dylemat, – co było wcześniej, kura czy jajko? Wcześniej było wszystko i znikło jak za dotknięciem pałeczki magika w cyrku.
Najszczęśliwszy z ustrojów zapoczątkował uciemiężonym obywatelom pańskiej Polski nowe, swobodne, radosne życie … w kolejkach po wszystko, po ogon od śledzia, torebkę cukru, sól i pudełko niezapalających się zapałek. Właściwie stało się w ogonku, bo taka nazwa przyjęła się bez względu czy nogi puchły na początku czy na końcu kolejki. Miejsce w ogonku trzeba było zająć pod wieczór, w dzień poprzedzający sprzedaż w dniu następnym. Komu wystarczyło siły do stania całą noc i wytrwał do otwarcia sklepu, miał prawo do zakupu pół kilograma cukru, bochenka chleba i wódki. Sól, mąkę i zapałki sprzedawano w inne dni, chyba, że nie dowieźli towaru i była tylko wódka. Nie zapomniano też o dzieciach. Od czasu do czasu można było nawet nabyć 20 deka cukierków
Między godziną 8-ą a 10-tą, przywożono towar i już wtedy wiadomo było, że dla wszystkich nie starczy. To był dopiero początek scenerii radzieckiego podaży i popytu. Tłum napierał na drzwi z furią żywiołu, uniemożliwiając wniesienie ładunku. Wezwana na pomoc milicja usiłowała wprowadzić porządek, ale bardziej starali się coś uszczknąć z towaru dla siebie. Szturm korkował jedyne drzwi, jak w szyjce butli, z której usiłuje się wydobyć naraz wszystkie wiśnie spirytusowej nalewki. Ci, którzy dostali wreszcie upragnionego śledzia i pół litra wódki, wymięci, bez guzików i obolałymi żebrami nie mogli wydostać się ze sklepu. Wódki starczało dla wszystkich. Brali ją pijący i abstynenci, po butelce na niemowlaka i staruszka. Wódkę można było zamienić na inne artykuły w handlu zamiennym. W okresie przejściowym od socjalizmu do komunizmu był to początek planowanego zaniku pieniądza, aż do pełnego zwycięstwa idei nad zdrowym rozsądkiem.

Długie godziny oczekiwania przed sklepem sprzyjały wymianie poglądów i informacji, często niezbędnych do przetrwania w nowym systemie. Dawniej zakrawałaby na idiotyzmy. W radzieckiej rzeczywistości były zbiorem mądrości. Z porad zapamiętałem: Nie myśl. Jeśli pomyślałeś, to nie mów. Jeśli powiedziałeś, to nie pisz. Jeśli napisałeś, to nie podpisuj. Jeśli podpisałeś, to odwołaj. Były profesor gimnazjum dowodził, że cechą socjalizmu jest zwalczanie przejściowych trudności wzrostu, przechodzących we wzrost trudności. Pobudziło to do dyskusji o właściwościach władzy radzieckiej:
Nie ma bezrobocia, ale nikt nie pracuje. Nikt nie pracuje, ale plan wykonany. Plan wykonany, ale w sklepach pustki. Nic nie można kupić, ale wszędzie kolejki. Wszędzie kolejki, ale kraj na progu dobrobytu. Kraj na progu dobrobytu, ale wszyscy narzekają na nędzę.

Dla dzieci były też w ogonkach opowiadania, jak np. bajeczka o wróbelku: Wróbelek padł z zimna. Podniósł go wieśniak i schował za pazuchę. Wróbelek jednak nie dawał znaku życia. Na drodze leżało ciepłe jeszcze, dymiące na mrozie łajno krowie. Wieśniak wsadził tam wróbelka i odszedł. W cieple wróbelek odżył i zaczął ćwierkać. Usłyszał to lis, wydobył ptaszka i zjadł. Morał z bajeczki był taki, że nie zawsze wyciągają cię z gówna w dobrych intencjach. Skoro więc jesteś w gównie, to lepiej siedź cicho.
Mówiono też o modzie. Ostatnim krzykiem mody domowej miały być potrójne łóżka dla małżeństw.
- Dlaczego potrójne – posypały się pytania? Bo hasła głoszą - Lenin zawsze z nami.
- To jest niebezpieczny dowcip – wtrącił leciwy już pan. Za byle słowo wywożą na Sybir. Raz już tam byłem za cara batiuszki. W tamtą stronę wieźli mnie dwa miesiące, a powrót zabrał mi aż 15 lat.
Z czasem ubywało rozmówców. Najbardziej elokwentni znikali gdzieś bez śladu. Ludzie mówili szeptem. Tylko złorzeczenia na tych, którzy pchali się bez kolejki były coraz głośniejsze.

Władza radziecka przejawiała troskę o obywateli na wielu frontach. W obronie przed imperialistyczną propagandą nakazano oddać posiadane radia. Zastąpiono je, w publicznych miejscach „kołchoźnikami”, po naszemu mówiąc, głośnikami połączonymi wspólną siecią. Nie można było ich wyłączyć ani przestawić na inny kanał. Na okrągło skrzecząc i ogłuszając nadawały jedyne prawdy dyktatury proletariatu i podziękowania towarzyszowi Stalinowi za to jak nas urządził. Szczególnie interesujące były komunikaty o osiągnięciach przodującej gospodarki na świecie. Na przykład ile w planach przypadnie świń na jednego obywatela. Słuchacze komentowali, oczywiście szeptem, że w następnej pięciolatce każdy dostanie jeszcze dodatkowo po ryju. Oddając z żalem nasze piękne radio - ostatni krzyk techniki, również chcieliśmy ochronić drogich towarzyszy przed zgubnym wpływem wrogiej propagandy. Po wykręceniu z aparatu kilku lamp nie musieli się już obawiać.
Jakby tego propagandowego hałasu było mało, po ulicach krążyły „gruzowiki” z megafonami. Były to osławione ciężarówki ZIS-5, zapalane na korbę, a częściej na pych. Rozlegały się z nich donośnie słowa radzieckiej pieśni:

Ja drugoj takoj stranu nie znaju, gdzie tak wolno dyszy człowiek!

Melodia wpadała w ucho, ale słowa natychmiast poprawiono na: gdzie tak ledwie dyszy człowiek, co prawdziwie oddawało powszechne zapatrywania. Głoszona radość z osiągnięć władzy radzieckiej nie mogła jednak przesłonić braku środków niezbędnych ludziom w codziennym życiu. Poza żywnością brakowało też mydła. Nowe, socjalistyczne społeczeństwo było zdecydowanie niedomyte. Nawet dzieci recytowały w zabawie:

Ojcze Stalin daj nam mydła, bo już wszy mają skrzydła.

Ojciec wraz z panem Antonim Bohuszem po godzinach pracy, przynajmniej raz w tygodniu, starali się te braki uzupełnić. W podpiwniczeniach naszego domu produkowali szare mydło pralnicze. Mydło warzone w wielkim kuble śmierdziało niemiłosiernie. Po ostygnięciu w blaszanych foremkach do pieczenia ciasta, pokrajane na kawałki, było poszukiwanym towarem w handlu zamiennym. Wytwórnia była nielegalna. Wyprodukowanie jednorazowo 20 kilogramów mydła poważnie naruszało monopol przemysłowy państwa. Obaj producenci narażali się na zmianę statusu z „czarno roboczych” na kapitalistycznych fabrykantów, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Smród warzonego mydła mógł naprowadzić nieoczekiwane, praworządne osoby. Zostałem więc również wciągnięty do nielegalnego procederu. Moim zadaniem była obserwacja ulicy. W razie zbliżania się np. milicjanta miałem pośpiesznie zamknąć od zewnątrz piwniczne okienko wentylacyjne. Swoją drogą „wytwórnia” szarego mydła obrazowała nienotowane dotąd na Wołyniu olbrzymie zmiany społeczne. Ojciec, zarządca wielkich dóbr ziemskich i dyrektor przedsiębiorstw, z przyjacielem Antonim Bohuszem, emerytowanym majorem wojska polskiego warzyli szare mydło. I to, na jaką skalę! Moim wówczas zdaniem ojciec powinien też nauczyć się jak zrobić łuk, strzały i dzidę. Kto wie, w zapowiadanym komunizmie mogą być przydatne. Ja natomiast umiałem zrobić procę, ale ze zdobyciem gumy były trudności w zaopatrzeniu.
Jeszcze przed wyzwoleniem, czyli przed wojną podobała mi się robotnicza pieśń Międzynarodówki. Nuciłem sobie zapamiętane słowa z pochodów bezrobotnych na ulicach Równego:

Bój to będzie ostatni, krwawy skończy się trud,
Gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród.

Melodia i słowa były bojowe, zapowiadały szczęśliwszy ustrój. I doczekaliśmy się. Ci strajkujący też. Przejściowy etap socjalizmu głoszonej zewsząd ideologii - „ Każdemu według zasług.” zaczął się. Czekał nas jeszcze krwawy trud, przed wdepnięciem w następną fazę komunizmu „Każdemu według potrzeb”. Te zawiłe, jak na mój wiek, teorie socjalizmu, bardziej zrozumiale próbował wyjaśnić mi ojciec:

- Bracia Ukraińcy wyrżną braci Polaków. Pozostałych przy życiu, bracia Rosjanie, według zasług, wyślą na Kołymę pod biegun polarny. Ci, którzy pozostaną po zakończeniu krwawego trudu, dostaną „według potrzeb”po pół litra gorzały na głowę, a zakąską będą delektowali się ustami swoich delegatów do rad robotniczo-chłopskich.

Początkowo myślałem, że ojciec żartuje. Dzień po dniu potwierdzały się założenia ideologicznej utopii. Cztery miesiące po „wyzwoleniu”, 10 lutego 1940 roku zaczęła się masowa zsyłka rodzin polskich do Kazachstanu i łagrów w syberyjskiej tajdze. Mrozy dochodziły do -35 c. Ludzie wyrwani nocą ze snu mieli tylko pół godziny czasu na spakowanie niezbędnych rzeczy. Zdarzało się, że zamarzali nim wozy załadowane „przesiedleńcami” dotarły do stacji kolejowej. Najwięcej ofiar zwłaszcza dzieci zmarło od mrozów w nieopalonych, bydlęcych wagonach odstawianych na boczne tory. A to wciąż jeszcze był początek nieszczęść, jakie miały nastąpić na wschodnich ziemiach Polski.

***

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji