nr. 37
VICTORIA, BC, sierpień 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


Doroczny piknik
26 sierpnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji-
sprawa STRON

Roman Fajans -
Generał Bór o Powstaniu

wywiad z 1945r

Edward Kamiński -
Poznać głupiego

felieton

Fotoreportaż
Weterani powstania


Fotoreportaż
Szkolny piknik,
lato 2012

Rozmaitości


Indeks autorów

Roman Fajans

Generał Bór o Powstaniu Warszawskim
Londyn w maju 1945


Tadeusz Bór-Komorowski

O Powstaniu Warszawskim pisano i mówiono wiele i rozmaicie. Relacje o jego genezie przebiegu i likwidacji nie zawsze były ze sobą zgodne. Wiele szczegółów pozostało do dziś dnia niewyjaśnionych lub mało zrozumiałych.

Od dwóch godzin siedzę naprzeciwko generała Bora Komorowskiego i słucham jego opowiadania. Przeplatam tę opowieść pytaniami, na które otrzymuję krótkie zwięzłe odpowiedzi. Dowódca Armii Krajowej i Warszawskiego Powstania, ten, którego nazwisko powtarzały dzień w dzień, przez dwa miesiące dzienniki całego świata, opowiada o bohaterskich tragicznych zmaganiach stolicy Polski z dziesięciokrotną przewagą niemiecką.

Gen. Bór zaczyna od rzeczy najważniejszej i tej, która najbardziej nam wszystkim leży na sercu. Tłumaczy, dlaczego bitwa warszawska została w ogóle rozpoczęta i przeprowadzana i czemu wybrano na nią taki, a nie inny moment.

„Bitwy tej”, mówi gen. Bór, „żądał cały naród, domagały się stronnictwa polityczne. Gdybym nie był dał hasła rozpoczęcia, powstanie wybuchłoby samorzutnie i wówczas przerodziłoby się w szereg nieskoordynowanych, dzikich, fragmentarycznych akcji zbrojnych, niemożliwych do opanowania i niemających żadnych realnych szans sukcesu.

„Data wybuchu powstania została narzucona nam przez wypadki. Opóźniać nie można było nawet o parę dni, z powodów czysto wojskowych. Mogliśmy rozpocząć jedynie wówczas, gdy front przebiegał poza Warszawą. Gdyby stolica znalazła się była na samej granicy frontu niemiecko-sowieckiego, o wybuchu powstania nie byłoby, co marzyć, gdyż mielibyśmy wtedy w samej Warszawie dziesiątki tysięcy niemieckich żołnierzy, niemieckie czołgi i artylerię w wielkiej sile. Rozpoczęliśmy w chwili, gdy linia frontu zbliżała się do Warszawy na bardzo niewielką odległość. Byliśmy pewni, że wojska rosyjskie wejdą do miasta po 5 – 6 dniach. Nie tylko myśmy zresztą tak kalkulowali. 9-tgo sierpnia 1944 r. marsz. Stalin oświadczył bawiącemu wówczas Moskwie premierowi, Mikołajczykowi, że podług sowieckich obliczeń, armia czerwona miała zająć Warszawę 6-go sierpnia. Obliczenia nasze zgadzały się, więc ze sobą niemal zupełnie.”

„Wiedzieliśmy poza tym, że Niemcy zaczynają orientować się w naszych przygotowaniach. Zaostrzyli godzinę policyjną, wzmocnili posterunki, budowali umocnienia. Władze okupacyjne rozplakatowały pobór na pracę do Niemiec 100 tysięcy mieszkańców Warszawy, mężczyzn i kobiet. Każdy dzień zwłoki w rozpoczęciu powstania mógł tedy zniweczyć szanse jego sukcesu.”

„Przed samym wybuchem zaszedł wypadek, który mógł poważnie pokrzyżować nasze plany. Dowództwo nasze znajdowało się w tym okresie na Woli, w fabryce mebli Kamlera, niedaleko ghetta i cmentarzy, Powązkowskiego i Ewangelickiego. Do domu mieszczącego tę fabrykę wiodły dwie bramy, z dwóch równoległych ulic. W tym samym budynku mieściła się fabryka odzieży. Niedaleko nas, w dwóch bramach, Niemcy zbudowali dwa bunkry. Tuż obok w magazynie Monopolu Tytoniowego stała nieliczna załoga niemiecka.”

„W dniu rozpoczęcia powstania, przed samym jego wybuchem, przybyć mieli do fabryki Kamlera Delegat Rządu na Kraj vice-premier Jankowski i prezes Rady narodowej Pużak. Spotkanie to zostało zwołane na 15:30. Nieco później przybyć miała do fabryki Kamlera „osłona”, której zadaniem było opanowanie przyległego magazynu tytoniowego, później, pełnienie straży. Samo powstanie wybuchnąć miało o godz. 17-ej.”

„Nagle przed samą godziną 16-tą przed fabrykę zajechała wojskowa ciężarówka niemiecka z kilku uzbrojonymi członkami niemieckiej straży kolejowej. Przybyli oni celem odebrania płaszczy ze znajdującej się w tym samym budynku fabryki odzieży. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności zrządził, że w momencie, gdy ciężarówka ta znajdowała się na podwórzu, wyszedł nagle jeden z członków naszej załogi fabrycznej z karabinem w ręku. Niemcy zaczęli do niego strzelać. Wówczas pojawił się właściciel fabryki Kamler i paru innych członków załogi i ostrzelali ich ze swej strony. Po chwili, trzech Niemców było zabitych, reszta zaś uciekła. Ci uciekinierzy postawili na nogi wszystkie sąsiednie posterunki niemieckie. Nieprzyjaciel natychmiast obsadził bunkry i otworzył ogień na fabrykę Kamlera. Niemcy wprowadzili do akcji ckm-y. Obsada fabryki odpowiedziała ogniem i granatami ręcznymi. Jednym celnym rzutem granatu rozbito niemiecki ckm i zlikwidowano jego obsługę. Osłona polska, której przybycia oczekiwaliśmy przed godz. 17-ą, nadeszła wprawdzie, ale początkowo nie mogła się przebić. Walki trwały do wieczora i gdy zakończyły się, Powstanie Warszawskie było już w pełnym rozwoju. Zlikwidowano niemieckie bunkry i zdobyto magazyn tytoniowy, przy czym okazało się, że w ostatniej chwili Niemcy wzmocnili jego obsadę do 50 ludzi i 2 karabinów maszynowych. O godzinie 21-ej było już po wszystkim i pozostaliśmy panami sytuacji.”

Pytam generała Bora, jakie były dalsze losy Dowództwa.

„W fabryce Kamlera”, odpowiada „przebywaliśmy przez pierwszych siedem dni powstania. Potem, ponieważ Niemcy posuwali się naprzód i linia bojowa doszła nieomal do samej fabryki, Dowództwo przeniosło się na Stare Miasto i ulokowało w wielkim, nowoczesnym budynku szkolnym, niedaleko Pałacu Krasińskich. Powędrowaliśmy tam przez ghetto. Postój w tej szkole trwał znowu tylko siedem dni, gdyż linia ponownie zbliżała się i żołnierze nasi obsadzili już nawet budynek szkolny, tworząc zeń jedną ze swych pozycji liniowych. Wówczas Dowództwo raz jeszcze przesunęło się, lecz tym razem bardzo nieznacznie do jednego z gmachów Ministerstwa Sprawiedliwości. Tam pozostawaliśmy cały czas pod ciężkim ogniem n-pla. Gdy wprowadzaliśmy się do onego budynku, miał on pięć pięter. Gdy opuszczaliśmy go, był jednopiętrowy. Cztery piętra zburzone zostały przez pociski i bomby.”

„Następny etap był bardzo ciężki. Z Ministerstwa Sprawiedliwości na nowe m.p. (miejsce postoju) przedostać się trzeba było kanałami ściekowymi. Szliśmy przez pięć godzin, schyleni, po piersi w cuchnącym płynie i mazi, w zupełnych ciemnościach. Było z nami około 50 osób. Kobiety i co słabsi mężczyźni przewracali się i trzeba było  ich wyciągać, bo inaczej  utonęliby. Prąd przewracał ludzi. Nazajutrz tymi samymi kanałami przeszło około dwu tysięcy osób. Wiele utonęło.

Umieściliśmy się w podziemiach nowego gmachu P.K.O. przy zbiegu ulic Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. I tam jednak nie można było pozostać dłużej niż tydzień. Któregoś dnia niemiecka bomba wpadła w otwór windy, tamtędy dostała się do naszych podziemi i tam wybuchła. Mieliśmy około 30 zabitych, a gen. Pełczyński został ciężko ranny. Zginęła jedna z moich łączniczek, Basia. Całą jej rodzinę wymordowała Gestapo.

Ostatnim m.p. Dowództwa był nowy gmach PAST-y przy ulicy Piusa. Tam pozostaliśmy aż do końca powstania.”

Ilu ludzi miał Pan Generał w swoim ścisłym sztabie i kwaterze głównej?

„Bardzo niewielu. Około 30 osób, w tym kobiet, łączniczek, maszynistek. Kobiety te, jak zresztą wszystkie niewiasty, które brały udział w powstaniu spisały się niezwykle dzielnie. Ogółem w powstaniu wzięło udział 7 tys. Kobiet. Wiele z nich zginęło. Oddały one ogromne usługi naszej sprawie.”

Jak Dowództwo utrzymywało łączność z linią i światem zewnętrznym?

„Z linią wyłącznie za pomocą łączniczek. Komunikacji telefonicznej nie mieliśmy żadnej. Łączność ze światem zewnętrznym utrzymywana była przez radiostacje kwarcowe, których posiadaliśmy około dwudziestu, z czego trzy przy Dowództwie. Większość tych radiostacji została rozbita lub uszkodzona przez ogień i bomby niemieckie.”

Jak przedstawiał się kontakt z armią czerwoną i jak wyglądała pomoc tej armii dla powstania?

„Już na jakiś czas przed wybuchem powstania”. odpowiada gen. Bór, „bawił w Warszawie sowiecki kapitan Kaługin. Rola jego nie była właściwie zupełnie jasna. Był on najprawdopodobniej oficerem wywiadu, nie miał jednak żadnych specjalnych pełnomocnictw ani od marsz. Rokossowskiego ani od gen. Berlinga. W czasie powstania komunikował się on ze mną i z niektórymi dowódcami naszymi, m.in. z gen. Monterem. Gdy wybuchło powstanie, kpt. Kaługin zaczął nadawać depesze o sytuacji i nastrojach w Warszawie, przy czym niejednokrotnie prosił o energiczną interwencję armii marsz. Rokossowskiego. Wiem również, że wysyłał raporty do Stalina, m. in. przez naszą radiostację. Próbował nawiązać kontakt Armii Krajowej z armią czerwoną. Wszystkie jego usiłowania spełzły na niczym. Nigdy nie nadeszła żadna odpowiedź i kontakt nie został nawiązany.

„W drugiej połowie września, gdy sytuacja była już b. ciężka, kpt. Kalugin przedostał się na prawy brzeg Wisły, do wojsk Berlinga, i najprawdopodobniej jego interwencji przypisać należy sowieckie zrzuty amunicji i żywności, które w tym okresie nastąpiły. Zrzuty te przyniosły nam jednak bardzo niewielka pomoc efektywną. Dokonywane one były wprawdzie w nocy i z niewielkiej wysokości (samoloty sowieckie przelatywały niemal nad samymi dachami domów), lecz początkowo zrzucano nam trochę broni i amunicji sowieckiej, której nie mogliśmy wcale używać, a potem, gdy zaczęto zrzucać niemiecką, zrzuty te, zarówno jak zrzuty żywności, dokonywane były bez spadochronów, wskutek czego znaczna ich część ulegała zniszczeniu.”

„Ja sam również próbowałem nawiązać kontakt radiowy z marsz. Rokossowskim. Poza jednak kilku ściśle technicznymi informacjami, co do zrzutów, nic od niego nigdy nie otrzymywałem w odpowiedzi.

„Prócz Kaługina zjawiła się raz w Warszawie inna grupa oficerów sowieckich. Wylądowali oni przy ul. Wspólnej i najstarszy rangą, kapitan artylerii oświadczył nam, że są przysłani przez marsz. Rokossowskiego. Papierów nie mieli, oczywiście, żadnych, i trudno było ich właściwy charakter lub stwierdzić jakieś realne skutki ich misji.”

Pytam generała Bora o zrzuty alianckie.

„Zrzuty brytyjskie, w których tak wybitny udział wzięło lotnictwo polskie, były niestety bardzo krwawe, lecz przyniosły wielką otuchę i niejaką pomoc.

„Wrześniowe zrzuty amerykańskie dokonane w biały dzień były bardzo efektowne i miały nader korzystny wpływ na „morale” wojsk naszych i ludności. Ich efekt praktyczny był jednak również dość ograniczony. Jak wiadomo rokowania amarykańsko-sowieckie o uzyskanie prawa lądowania na terytorium sowieckim dla samolotów amerykańskich, niosacych pomoc Warszawie, trwały niepomiernie długo i, gdy Sowiety udzieliły werzcie tego zezwolenia, obszar stolicy, zajęty przez Armię Krajową skurczył się już był ogromnie. Wskutek tego znaczna cześć zrzutów spadała na obszary zajęte przez Niemców. Poza tym zrzuty te dokonywane były z bardzo znacznej wysokości (około 3 tysięcy metrów). Potrzebowały one nieraz po 20-30 minut na ładowanie i wiele z nich, po drodze, zestrzelonych zostało przez Niemców.”

Pytam generała o członków Rządu Rady Krajowej aresztowanych obecnie przez Rosjan. Pozostawał z nimi przecież w Kraju w ścisłym kontakcie i znać ich winien dobrze.

„Wszystkich piętnastu zaaresztowanych”, stwierdza generał Bór, „znam dobrze i od dawna. To ludzie głęboko uczciwi, wielcy patrioci, przywódcy wszystkich demokratycznych stronnictw polskich.”

Pytam generała Bora czy były ze strony niemieckiej próby zjednania jego samego i Armii Krajowej do akcji przeciwko-sowieckiej.

„Już w czasie konspiracji”, odpowiada generał Bór, „Niemcy próbowali wszelkimi sposobami nawiązać kontakt i rozmowy z dowództwem Armii Krajowej. Proponowali mi kilkakrotnie w neutralnym miejscu, sugerowali nawet byśmy byli w maskach, co uniemożliwiłoby rozpoznanie naszych wysłanników, gwarantowali całkowite bezpieczeństwo. Wszystkie propozycje tego rodzaju kategorycznie odrzucałem.”

„Przy omawianiu warunków kapitulacji Warszawy generał Obergruppenfuehrer von dem Bach, który dowodził wojskami niemieckimi walczącymi w stolicy, zaproponował, ze zaprosi mnie na śniadanie, razem z wybitnymi niemieckimi osobistościami wojskowymi i politycznymi, „celem ewtl. współpracy. Powiedziałam, że w śniadaniu takim udziału nie wezmę."

„Gdy pojechałem do gen. von dem Bach, by omówić ostateczne warunki kapitulacji, zaproponował mi on znowu wspólną walkę przeciw „największemu wspólnemu wrogowi, bolszewikom.” Odmówiłem raz jeszcze i oświadczyłem mu, wprost, że zaczęliśmy wojnę przeciwko Niemcom 1 września 1939 r. i nadal ja prowadzimy i że uznamy ją za skończoną dopiero, gdy Niemcy będą ostatecznie pobici. Wtedy gen. v. d. Bach przesunął rozmowę na inną płaszczyznę. Zapytał czy nie jest możliwe ciche porozumienie polegające na milczącym zawieszeniu broni, przy czym Armia Krajowa pozostawiłaby w spokoju Niemców, oni zaś nie ruszaliby Armii Krajowej. O umowie takiej nikt na zewnątrz nie wiedziałby. Odmówiłem.

Gdy tylko przybyliśmy do Prus Wschodnich, i gdy umieszczono nas tam w obozie wyszkoleniowym SS, zjawił się znów v. d. Bach i oświadczył mi, że nazajutrz lub za dwa dni spotkam się z Hitlerem i Himmlerem. Zaznaczył jednak, że najpierw strona niemiecka musi wiedzieć czy kapitulacja Armii Krajowej obejmuje tylko załogę Warszawy, czy też całą armie jako taką. Odparłem, że oczywiście tylko Warszawę. Odpowiedź ta została uznana za niewystarczającą, gdyż zapowiedziane spotkanie z Hitlerem nie doszło do skutku. Po przewiezieniu nas do Langwasser, pod Monachium przyszło do mnie pewnego dnia dwóch cywilnych panów, którzy przedstawili się jako wysłannicy Himmlera, i ponowili raz jeszcze poprzednie propozycje wspólnej walki przeciwko bolszewizmowi, nie zmieniłem mego stanowiska. Wówczas Niemcy uznali widocznie dalsze rozmowy ze mną za beznadziejne, gdyż przez dłuższy czas dawano mi spokój. Dopiero w kwietniu r.b. zjawił się niejaki p. Benninghaus z b. Towarzystwa Polsko-niemieckiego. Nie ujawnił on w czyim imieniu mówi ze mną, proponował jeszcze raz współpracę. Oświadczył, że jeśli się zgodzę, zostanę natychmiast zwolniony, jak również wszyscy oficerowie Armii krajowej, których wskażę. Kusił mnie w humorystyczny sposób „może pan zostać drugim Piłsudskim rzekł do mnie m. in. Gdy odmówiłem, po paru dniach wywieziono nas i rozpoczęła się nasza wędrówka po obozach.”

Kończąc rozmowę gen. Bór – Komorowski składa hołd prasie podziemnej.

„Przed wojną” oświadcza nie orientowałem się zbyt dobrze w tajnikach pracy dziennikarskiej. W ciągu pięciu ostatnich lat poznałem tę dziedzinę pracy i nauczyłem się ją cenić. Obserwowałem z bliska prasę podziemną. Byłem z nią w ścisłym kontakcie i widziałem jej robotę. Odwiedzałem drukarnie, w których obok maszyn leżały rewolwery, a obok materiału zecerskiego – granaty ręczne. Widziałem licznych dziennikarzy i kolporterów, którzy każdą godzinę swojej pracy opłacić mogli i często opłacali życiem. Byli oni jak żołnierze w pierwszej linii. Ich zasługi dla sprawy są olbrzymie.”

Na tym zakończyła się rozmowa z gen. Borem-Komorowskim i opowieść jego o warszawskim powstaniu.

Wywiad pochodzi z broszury pt. „U progu zwycięstwa”  wydanej przez Bibliotekę „Sztandaru Polskiego”. Paryż 1945.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji