nr. 36
VICTORIA, BC, czerwiec 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


OGŁOSZENIA

Pomoc dla Karolka


ARTYKUŁY

Ewa Caputa-
Budowanie Mostówi
przy okazji Euro 2012

Ewa Korzeniowska -
Ojciec jest tu

o Józefie Konradzie

Edward Kamiński -
Bohaterowie szli do boju
70-lecie zbrodni Wołyńskiej
Edward Kamiński -
Porzucie wszelką nadzieję

wspomnienia Wołyń 1942

Magdalena Hen -
Upadek latającego dywanu
arabska wiosna

Egon Trendy -
NEONY
moda powraca

D. W. Higgins -
Krzykacz
z historii Victorii

Fotoreportaż
Parada Victoria day 2012
Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kamiński

Porzućcie wszelkie nadzieje

Jak za dotknięciem różdżki złego czarownika, w czerwcu, 1941 r. opresorzy na ziemiach wschodnich Polski zamienili się miejscami. Trzy milionowa armia niemiecka ruszyła na swego niedawnego sojusznika. Ukraińskie bramy witające Niemców na Wołyniu niczym nie różniły się od tych z września 1939 r., gdy witano Armię Czerwoną. Odżyły natomiast ze zdwojoną siłą zagrożenia, które miały zniszczyć wszystko, co polskie na Kresach. Podczas gdy w Równem, do czasu, względną ochroną przed rezunami ukraińskimi były silne oddziały niemieckich garnizonów, sytuacja kresowian na peryferiach była tragiczna. Polacy w małych miasteczkach, wsiach i osiedlach, otoczeni morzem nienawiści nacjonalistów ukraińskich, wegetowali w nieustannej obawie utraty życia. Obliczano, że na jednego Polaka przypadało tam sześciu Ukraińców, w większości wrogo nastawionych do innych nacji, a do Polaków i Żydów szczególnie.

Niemców było za mało do administracyjnego opanowania terenów, to też nie wtrącali się do poczynań samorzutnie zorganizowanej policji ukraińskiej. Wyposażeni w mundury i broń mieli pełną swobodę działania. Jedynym ratunkiem dla Polaków mogła być ucieczka do miejsc gdzie stacjonowały większe, niemieckie garnizony albo organizacja własnej samoobrony. Jedno i drugie miało znikome szanse powodzenia. Na przemieszczenie wielotysięcznej masy uchodźców do miast nie zgadzali się Niemcy. Przymykali też oko, gdy Ukraińcy gromadzili broń i amunicję porzuconą w lasach przez uciekających Sowietów. Polakom natomiast za posiadanie broni grożono natychmiastowym rozstrzelaniem, co było częścią hitlerowskich planów wyniszczenia ludności polskiej.
Nienawiść spuszczona ze smyczy bezkarnie zabijała, rabowała, paliła domy ofiar i niszczyła wszystko, co polskie. Zwyrodnialcy mordowali w sposób, jakie żadne zwierze prócz człowieka by nie zdołało.

Władek Urbański, o siedem lat starszy ode mnie, mój ulubiony kuzyn, wyróżniał się młodzieńczą urodą i inteligencją. W wieku 15 lat skończył z wyróżnieniem technikum mechaniczne w Brześciu. Dalsze plany studiów inżynieryjnych przerwała wojna. Latem 1942 r. byli ukraińscy koledzy w Kołkach ostrzegli go, że banderowcy czają się na jego życie. Schronił się czasowo w pobliskim majątku ziemskim w Omelnie, u starszej siostry Katarzyny (Dody), której mąż Marian Drozdowski pracował w zarządzie posiadłości. Majątek zaopatrywał w żywność garnizon niemiecki w Kołkach, był więc niejako pod ochroną. Banderowcy nie mogli jednak ścierpieć Polaka tam pracującego. Marian zauważył w porę kilku zbliżających się oprawców. W ostatniej chwili wyskoczył oknem w krzaki ogrodowe. Nie zdążył uciec Władek. Po niemal dwóch tygodniach jadącego konno Niemca z garnizonu do Omelna po swoją porcję słoniny i jajek, zatrzymało kilku wyrostków ukraińskich. Gestykulując sprowadzili go z drogi w zarośla. Niemiec często bywający w majątku poznał pod przykryciem gałęzi szlafrok Mariana Drozdowskiego, który zwykle nosił rano. Użyczył go Władkowi na czas pobytu. Dziadek Urbański z wnuczką Ireną, siostrą Władka, z narażeniem życia pojechali na wskazane przez Niemca miejsce. Zwłoki były poćwiartowane, wydłubane oczy, obcięty nos i język. Pochowano go na cmentarzu miejskim w Kołkach.

Do czasu likwidacji getta żydowskiego w Kołkach latem 1942 r. ukraińscy shutzmani (policjanci w służbie niemieckiej) zajęci byli pilnowaniem domostw żydowskich ogrodzonych drutem kolczastym, dobijaniem umierających z głodu i chorób, wyłapywaniem w lasach uciekinierów. Po pierwszej masowej egzekucji, w której zginęło około 700 Żydów przybyło policjantom więcej czasu do rozprawienia się z Polakami.
Opuszczone po Żydach domy zajęli młodzi przybysze nie wiadomo skąd, nikomu nieznani. Nie udzielali się publicznie, unikali rozmów z mieszkańcami. Ludzie stronili od nich. Mówiono, że im źle z oczu patrzy, że mają podniebienia czarne jak u złych psów. Była to kadra, zalążek centrum dowodzenia banderowców, UPA na Wołyniu. Przygotowywali ostateczny plan rozprawienia się z „zajmanciami” ukraińskiej ziemi. Gdy 1943 r. „wykurzyli” Niemców z miasta, Kołki najwcześniej na Wołyniu dały sygnał do masowych mordów. Ukraińska pętla śmierci zaciskała się wokół Kołek coraz ciaśniej. Po większości polskich zagród w gminie pozostały tylko zgliszcza.

Blitzkrieg w 1943 r. już od miesięcy utkwił pod Stalingradem. Widmo załamania się frontu i klęski III Rzeszy rozwiało do reszty nacjonalistyczną utopię „Samostijnej Ukrainy”, w oparciu o potęgę Niemiec. Gdy w marcu Wołyń dzieliło już tylko 200 km od linii cofającego się frontu, ukraińscy ochotnicy uznali, że czas zmienić pana. Niemcy tylko nielicznych zdążyli rozbroić i rozstrzelać za niewierność. Kilka tysięcy ukraińskich shutzmanów w pełnym uzbrojeniu, z ekwipunkiem i amunicją zbiegło do leśnych band Ukraińskiej Armii Powstańczej UPA. Wzmocnienie watah banderowców natychmiast odbiło się nasileniem morderstw ludności polskiej na całym Wołyniu.
Ukraińscy nacjonaliści mordowali też i swoich. Ci, którzy sympatyzowali z Polakami i Żydami, udzielali im pomocy, bo tacy też się zdarzali, sami wkrótce żegnali się z życiem. Wstrząsająca była masakra rodziny ukraińskiej za sprzeciw mordowania ich sąsiadów w niedaleko położonej od Kołek kolonii polskiej Glinne. W czerwcu zginęli powiązani drutem kolczastym Ukrainiec Kwacz z żoną i córką Paraską, której obcięto piersi. Młodszemu synowi Wasylowi zdzierano skórę z pleców. Zdołał jednak wyrwać się oprawcom i zbiegł do Kołek. Razem z rodziną Kwaczów zamordowani zostali Polacy: Józef Grodzki i jego żona Sabina. Wcześniej, w marcu Ukraińcy z Omelna ostrzegli mieszkańców polskiej kolonii Czetyń w gminie Kołki o planowanym napadzie banderowców. Część mieszkańców uciekła do lasu. Pozostałych kilka osób zabito uderzeniem orczykiem w głowę i rozpruciem brzucha nożem.
Na cmentarzu miejskim coraz częściej grzebano zmasakrowane zwłoki pomordowanych w osiedlach otaczających Kołki. Zdawało się, że już nic z okrucieństw nie może bardziej pogrążyć w przerażeniu. A jednak. „Nowy sezon zabójstw” zapoczątkował w mieście Ukrainiec Saczko-Saczkowski. W biały dzień powiesił swoją żonę Polkę w publicznym miejscu, na drzewie naprzeciwko budynku gminy. Saczkowski był wówczas komendantem policji ukraińskiej, na służbie garnizonu niemieckiego. Wisielec zmaltretowanej kobiety był szczególnym sygnałem dla polskich mieszkańców i małżeństw mieszanej narodowości - porzućcie wszelkie nadzieje. Za przykładem Saczkowskiego podążył inny, osławiony w Kołkach oprawca Żydów, Ukrainiec Jaromelc zabijając swoją żonę, również Polkę.
Jeszcze tak niedawno temu, przed wojną, Saczko-Saczkowski był zastępcą wójta gminy, powszechnie lubianym i szanowanym za życzliwość do wszystkich mieszkańców, niezależnie od ich narodowości.

Lubiano go też w domu moich dziadków Urbańskich. Był tam chyba częstym gościem, bo ilekroć przyjeżdżaliśmy z Czetwertni, gdzie ojciec zarządzał majątkiem ziemskim, Saczkowski też tam zaglądał. Nie wiem, co sobie cenił bardziej, pogawędki z dziadkiem Franciszkiem, czy nalewkę wiśniową na spirytusie babci Pauliny. Czasami sadzał mnie na kolanach i sprawdzał czy podrosłem wsadzając mi swoją rogatywkę na głowę. Zatrzymywała mi się na uszach, a pan Saczko mówił zaciągając jak wszyscy tam kresowiacy:
- Panie Edwardzie czapka od ostatniego raza lepij pasuje. Znaczy się jeszcze troszki i będziesz pan wójtem, a może być, jak Bóg szczęście da i starostą.
Tak miłym wydawał mi się człowiekiem. Niemcy szybko poznali się na jego sadystycznych skłonnościach. Szczególnie był im pomocny w likwidacji getta żydowskiego latem 1942 roku. Mówiono, że dwoił się i troił żeby oddać jak najwięcej strzałów w potylicę ofiar. Samo zabijanie nie dawało mu pełnego zadowolenia. Przed egzekucją doprowadzał sponiewieranych do stanu upokorzenia, w którym śmierć wydawała się jedynym wybawieniem. Jesienią wypędzono z domów pozostałych niedobitków pierwszej masowej egzekucji, w większości niedołężnych starców. Zagnano ich na groblę nad Styrem i tam bijąc zepchnięto na łąkę. Komendant Saczko-Saczkowski przed egzekucją kazał nieszczęsnym gryźć trawę na czworakach. Osobiście rozstrzelał Bencjona Stawkiera, z którego rad w sprawach gminy często korzystał przed wojną. Była to wyjątkowa, barwna postać wśród Żydów. Filozof Stawkier był niewyczerpaną skarbnicą mądrości żydowskich, przypowiastek i dykteryjek, którymi zabawiał chętnych słuchaczy. Każdemu miał coś miłego do powiedzenia. Cieszył się popularnością i szacunkiem. Inną ofiarą jego sadyzmu był znany w mieście i okolicy muzykant Pesach Shnitzer, którego skrzypce – mówiono – umarłego do tańca mogły obudzić. Z niezwykłym zapałem tropił, wyłapywał i zabijał nielicznych Żydów ukrywających się w lesie i polskich osiedlach. Pomagała mu w tym ludność ukraińska, nawet i najmłodsi. Dziewięcioletniego Izię, syna muzykanta Shnitzera zabili pałkami jego ukraińscy rówieśnicy.

Iwan dobry człowiek

Już od tygodnia Iwan snuł się po zagrodzie jak pogłaskany kłonicą po głowie. Wieczorami znikał na jakieś schadzki, po których wracał jeszcze bardziej skołowany. Robota do rąk mu się nie kleiła. Jedynie przyłożył się do wydobytego z drewutni wielkiego noża do siekania zielska. Ostrzył go i gładził na osełce od kosy aż nabrał pierwotnego połysku. Maryna, żona z niepokojem podejrzewała, że jej człowiek coś skrywa, aż zaczęła nękać go pytaniami:
- Iwan szto tebe, ty słabyj?
Zbywał ją półsłówkami i odpędzał się od baby jak od osy. W końcu przyparty do muru wyrzucił z siebie:
- Lachiw budemo rezaty! (Polaków będziemy rżnąć)
- Taż Nemci ne kazały.(Przecie Niemcy nie zezwolili)
- Ny czeho ne znajesz babo. Nemci wteczaju z Kołek. (Nic nie wiesz babo. Niemcy uciekają z Kołek)
- Tak ty idy do Urbańskich, taj skaży nechaj wteczaju toże. (To idź do Urbańskich i powiedz żeby uciekali)
- Ne mohu. Szcze kto z UPA zobaczy mene z Lachami. (Nie mogę, ktoś UPA może zauważyć. UPA – Ukraińska Powstańcza Armia)
- Ne możesz!, Ne możesz? Zabywszy ty jak ony nam pomahały. Ce ony u nas jak rydnaja simia. (Niemożesz! Zapomniałeś już jak nam pomagali. Oni są dla nas jak rodzina)
- Ce były druhije czasy, teper Lachy naszymi worohamy. (To były inne czasy, teraz Polacy są naszymi wrogami)

Paulina i Franciszek Urbańscy, rodzice mojej mamy, byli najbliższymi sąsiadami młodego małżeństwa Ukraińców, Iwana i Maryny. Widywali się niemal, na co dzień. A to trzeba było porady, pismo urzędowe przeczytać, a to list napisać, bo Iwan szkół nie miał. Paulina własną siódemkę dzieci odchowała, a na starość przybyło jeszcze jedno. Kiedy Maryna po trudnym porodzie przez kilka tygodni nie mogła zwlec się z łóżka, Paulina kilka razy dziennie biegała do sąsiadki dziecko przewinąć, coś ugotować, nakarmić kury, psa, koty i co tam jeszcze żyło. Dziadek z zamiłowania artysta rzeźbiarz, w przydomowej stolarni zrobił noworodkowi kołyskę, jakiej nikt w okolicy nie miał. Do chrztu poproszony, mówili do niego djdko, czyli wujku. Iwan odwzajemniał się jak mógł. Drewna narąbał, wodę ze studni przyniósł, trawę skosił, starał się ulżyć wiekowym już sąsiadom. Było jak w rodzinie.
Oberfeldwebel, komendant posterunku w Kołkach w obawie utraty kontroli nad miastem zapowiedział, że nie będzie tolerował żadnych pogromów. W czasie likwidacji Żydów potrzebował pomocy ukraińskich shutzmanów, przymykał, więc oczy na mordy w okolicznych wsiach polskich. Nie stronił też od karnych ekspedycji tam, gdzie Ukraińcy pomawiali Polaków o sprzyjanie partyzantom i ukrywanie Żydów. Mógł sobie szkop mówić. Z tygodnia na tydzień sam czuł się coraz bardziej zagrożony. Gdy na Wołyniu kilka tysięcy pomocników – ukraińskich shutzmanów zrejterowało ze służby, garnizon w Kołkach powiększono do kilkudziesięciu niemieckich żołnierzy. Mimo to, ściąganie kontrybucji dla Vaterlandu, zboża, płodów rolnych i żywca w gminie było coraz bardziej niebezpieczne. Lada dzień spodziewano się napadu liczebnie przeważających, uzbrojonych band UPA i niedawnych jeszcze sprzymierzeńców. Watahy nacjonalistów poczynały sobie coraz śmielej zaciskając pierścień wokół Kołek. Na większe posiłki Niemcy nie mogli liczyć. Blitzkrieg już od miesięcy utknął pod Stalingradem. Wszystkie rezerwy Werhmachtu kierowano na wschodni front.

Ucieczka Niemców z Kołek przybliżała wyrok nagłej śmierci dla Polaków, mieszkańców i tych, którzy z okolicznych osiedli schronili się w miasteczku. Kto mógł uszedł już wcześniej do Łucka i Równego, albo do skupisk polskich z zorganizowaną samoobroną. Ubyło też mieszkańców gwarnego domu dziadków Urbańskich. Pierwsza bomba niemiecka w 1939 roku, jaka spadła na Cumań, zburzyła tam doszczętnie najokazalszy dom wujka, Stanisława Urbańskiego, brata mojej mamy. Wrócił więc do rodzinnego gniazda w Kołkach wraz z żoną Muzą i trojgiem dorastającej młodzieży - Dodą, Ireną i Władkiem. Wkrótce wujka aresztowało NKWD. Zesłany na Sybir, ślad po nim zaginął. Władka, mego ulubionego kuzyna w lipcu 1942 roku, bestialsko zamordowali ukraińskie rezuny (pogardliwa nazwa od zarzynać). Miesiąc później Muza, Irena i Doda wraz z mężem Marianem Drozdowskim szczęśliwie przedostali się do rodziny Mariana w Hucie Stepańskiej. W tej dużej kolonii polskiej, z zorganizowaną samoobroną było bezpieczniej. W gnieździe Urbańskich pozostali tylko staruszkowie. Nie pomogły namowy i nalegania. Starszym trudniej było pozostawić dorobek całego życia i zdecydować się na ryzykowną wyprawę.
Już w końcu lipca 1942 r. tylko desperaci próbowali wydostać się z Kołek bocznymi dróżkami, ale i tam czyhały na nich Samoobronni Kuszczowi Widdiły. Były to grupy chłopów z każdej ukraińskiej wsi. Na wezwanie UPA stawiali się z bronią jaką mieli, z widłami, siekierami, rzadziej z karabinami. Tylko nielicznym udało się przedostać w bezpieczniejsze miejsca. Zmasakrowane zwłoki odnajdywano w przydrożnych rowach, lasach i w zbożu. Jedyną szansą była zorganizowana eskapada z ochroną. Taka okazja nadarzyła się dopiero 5 czerwca 1943 r.
Dzień wcześniej z dobrą wiadomość wpadli znajomi. Już od progu wykrzykiwali:
- Pakujcie się! Uciekajmy!. Oddział ochotników z Przebraża będzie ochraniał konwój. Uciekajmy!
Babcia Paulina nie chciała nawet słuchać –
- Nigdzie nie będę uciekać. Kto darł koty z Ukraińcami niech ucieka. Ja tam żyłam w zgodzie, po sąsiedzku i nie mam czego się bać. Nie będę się tułać na stare lata po obcych kątach!
Nie można było jej przekonać. Nawet tym, że Ukraińcy mordują swoich, pomagających Polakom.
- E, tam, austrjackie gadanie, nic mi nie zrobią – było jedyną odpowiedzią.
Babcia znana była z surowego wychowu dzieci w rodzinie. Poleceń nie powtarzała dwa razy, co niegdyś uważano, że jest jej zaletą. Była apodyktyczna, a przy tym uparta tylko, że nie wypadało tak mówić o babci. Mówiono, więc w rodzinie, że jest stanowcza. Gdy próbowałem być stanowczy, mówiono mi, że jestem uparty i do tego jak osioł. Niestety stanowczość babci w tamtym czasie prowadziła prostą drogą do tragedii. Dziadek Franciszek, choć był za wyjazdem w końcu też zrezygnował:
- Cokolwiek się zdarzy, Pauliny przecież nie opuszczę i pewnie pomrzemy razem na swoim.
To było widowisko! O świcie, 5 czerwca wyruszył z Kołek konwój uciekinierów ochraniany przez 200 ochotników z Przebraża. Kawalkada wozów załadowanych cząstką dobytku i żywnością po drodze rozrosła się. Uchodźców zaatakowała bojówka UPA we wsi Omelno. Po stoczonej walce do konwoju dołączyli uciekinierzy z kilku sąsiednich kolonii. Ukraińcy nie chcieli ich wypuścić z Omelna szykując krwawą jatkę. Wielu nie miało już nic do stracenia prócz życia. Zaskoczeni napadem w środku nocy uciekali w samej bieliźnie. Sznur wozów z dobytkiem, zwierzętami domowymi i uwiązanym bydłem ciągnął się kilka kilometrów. Ochotnicy z Przebraża uzbrojeni w karabiny i pistolety demonstrowali znaczną siłę do odstraszania z piekła rodem banderowców. Dotychczas Polaków przyłapanych z bronią Niemcy rozstrzeliwali na miejscu. Po ucieczce ukraińskich shutzmanów próbowano do służby skaptować Polaków i nawet godzono się w niektórych siedliskach polskich na posiadanie niewielkich ilości broni dla obrony przed bandami. Przywilej taki miało Przebraże, duża kolonia polska z około 200 zagrodami i ponad tysiącem mieszkańców. Zorganizowana tam samoobrona początkowo miała tylko kosy i piki. Przybyło trochę broni palnej, ukrytej w lasach po walkach Niemców z Sowietami w 1941 r. Po ukraińskim donosie, że w osiedlu przebywają bandy partyzanckie, Niemcy zbombardowali Przebraże. Szczęśliwie nie było większych szkód. Trzeba było broń zalegalizować. Delegacja z kolonii zwróciła się do komendanta garnizonu w pobliskich Skierniewicach z prośbą o przydział broni do obrony przed owymi bandami. Fortel się udał, kolonia dostała 15 starych karabinów z zaświadczeniem legalności. Tak się zaczęło. Gromadzono broń różnymi sposobami. Kupowano od życzliwych Polakom węgierskich strażników. Za pół tucznika można było wytargować karabin i amunicję od Niemców. Z porzuconych sowieckich czołgów wymontowano dwa działka przeciwpancerne. W własnym warsztacie rusznikarskim naprawiano starą broń i dorabiano części. Wkrótce uzbrojono ponad 500 ochotników. Kilka solidnych bunkrów z grubych bali, system rowów strzeleckich, zasieki z drutu kolczastego, straż w dzień i nocy strzegły dostępu do kolonii. Mimo kilkakrotnych, zaciekłych ataków banderowców Przebraże obroniło się, niestety kosztem nielicznych ofiar walk. Wieść o tej polskiej fortecy zwabiła tam kilka tysięcy uchodźców, nawet z oddalonych powiatów. W każdym domu gnieździło się po kilka rodzin, a gdy miejsca zabrakło, w szałasach i prowizorycznie wzniesionych barakach. Zorganizowano też szpital, przychodnię zdrowia i skład żywności. Wyżywienie tak dużej ilości ludzi wymagało specjalnych poczynań. Pod ochroną przeprowadzono żniwa na okolicznych polach. Grupy uzbrojonych ochotników robiły wypady do opuszczonych gospodarstw polskich i wsi ukraińskich gdzie odbierano zrabowane zboże i bydło.

Nie wszyscy w Kołkach zdążyli zabrać się z konwojem, albo nie mogli. Nieubłaganie zbliżała się ostateczna rzeź Polaków w miasteczku. Napięcie wzrastało z każdą dniem. Ukraińcy nie czekając na wyjazd Niemców ogłaszali publicznie: Pryhotowlajsia na smert. Widro na krow, taj meszok na kosty. (Przygotowujcie się na śmierć. Wiadro na krew i worek na kości). Odroczeniem wyroku mogła być tylko ucieczka wraz z konwojem garnizonu. Komendant, zakuty aryjczyk, uważający wszystkich oprócz Niemców za podludzi, zgodził się nader chętnie. Można mniemać, że nie pod wpływem nagłego przypływu sympatii do Polaków. Widok cywilów na odkrytych samochodach transportowych mógł go uchronić od ataku partyzantów.

Czas naglił. Iwan nie mógł już dłużej czekać. Dzień przed 13 czerwca, trzymanym dotąd w tajemnicy terminem wyjazdu Niemców, o zmroku zaszedł dom Urbańskich od tyłu. Upewniwszy się, że nikt nie widzi, przelazł przez płot i zapukał do drzwi. Na nic zdały się i jego ostrzeżenia. Paulina była nieprzejednana. Wrócił do domu zrezygnowany, ale i z uczuciem ulgi. Zrobił swoje, Maryna nie będzie mogła już ciosać mu kołki na głowie.
Jeszcze nie zdążyła zniknąć na horyzoncie kolumna niemieckich samochodów, gdy ukraińskie prowodyry zwołały wiec koło kościoła. Miasto obwołano “republiką kołkowską”. Czas skończyć z Lachami – wołano - tak samo jak z Żydami. Ani jedna noga zajmańciw (okupantów) ukraińskiej ziemi tu nie pozostanie. A pozostała zaledwie garstka: w szpitalu miejskim ciężko chorzy, niedołężni staruszkowie, kilka osób z rodzin ukraińsko-polskich i ci, którzy zdecydowali się „umierać na swoim”.
Na początek rozhisteryzowany tłum wrzucił do studni kilka osób, w tym niemowlaka i zasypał niegaszonym wapnem. Inne grupy zgromadziły około 40 Polaków w drewnianym kościele. UPO-wcy wysadzili dynamitem pobliski pomnik zasłużonego proboszcza parafii, księdza Zajączkowskiego i podpalili kościół. Spalono też większość domów ofiar. Zginęli między innymi: szanowany powszechnie felczer, Ukrainiec Buczek, jego żona Helena z Urbańskich – siostra mojej mamy i dobry znajomy dziadka, leśniczy Moroz. Uratowali się moi kuzyni, synowie Buczyków - Tadeusz i Jurek. Tego dnia byli poza miastem i gdy wracali do domu ktoś ich ostrzegł na drodze. Dom ich był już spalony. W panice uciekli do lasu. Jakie były ich koleje losu aż do końca wojny - nie wiadomo.

W czasie, gdy mordowano bezbronnych staruszków w drugiej części miasta w domu dziadków Urbańskich nic jeszcze nie wiedziano. Rozmawiali z panem Leonem (nazwisko zatarło mi się już w pamięci), byłym podoficerem wojska polskiego. Po kampanii anty-bolszewickiej w 1920 r. pracował w służbie leśnej któregoś majątku w gminie. W czasie napadu nocnego wyrwał się oprawcom i przedzierając się przez bagna i pola dotarł do miasta. Jego ciężko chora żona leżała w tym czasie w szpitalu miejskim w Kołkach. Pan Leon przyszedł z prośbą o tymczasowe przygarnięcie, aż żona stanie na nogi o własnych siłach. Zajęci rozmową nie zauważyli, że przed dom zajechała furmanka. Nie było wątpliwości, że to byli strilcy. (Strzelcy w formacjach nacjonalistów). Dwóch miało karabiny, trzeci bez broni. To był najbliższy sąsiad - Iwan.
W całkowitym zaskoczeniu, jedynie Leon nie stracił przytomności. Niezauważony zdążył wcisnąć się we wnękę koło pieca na drewno, skąd zerkając śledził dalszy ciąg błyskawicznie następujących wypadków. Dwóch oprawców doskoczyło do dziadka. Wykręcono mu ręce, związano i opasano w pasie drutem kolczastym. Na krzyk Pauliny, uderzona w twarz, upadła na podłogę. Nie przestawała wykrzykiwać:
- Precz z mego domu łotry!, Mordercy mego wnuka!, Niech was święta ziemia pochłonie!
- Tichaj babo bo tebe ubiju – banderowiec próbował ją bezskutecznie uciszyć. (Cicho babo, bo cię zabiję)
- Biery babe, niechaj ide z namy.(Bierz babę niechaj idzie z nami)
- Nigdzie nie pójdę, sobaczy synu, poszli won do czorta!
- Pujdesz, pujdesz, my tobi pomożemy. (Pójdziesz, my tobie pomożemy).

Leżącej długim sznurem skrępowano ręce. Wyniesiono na zewnątrz. Drugi koniec postronka przymocowano do wozu. Paulina Nie przestawała złorzeczyć. Jeden z bandytów robiący wrażenie prowodyra skinął na drugiego. Ten wiedział już, co czynić. Wyciągnął z pod derki na wozie siekierę. Po jednym głuchym uderzeniu krzyk urwał się w pół słowa, co wywołało głośny rechot oprawców.
Leon zagryzał palce żeby nie krzyczeć. Wychylając się z wnęki, przez na oścież otwarte drzwi kuchni zobaczył, że tymczasem Iwan popychał dziadka w kierunku furtki ogrodowej, jakby chciał zejść z oczu łotrów mordujących Paulinę.
- Iwan puść, przecież byłeś u nas jak swój - prosił dziadek.
- Ne mohu, Ne mohu. Ja ne winowaty. Prowidnyk Saczko-Saczkowski prykazał tebe zaryzać. On Teper komendant, sobaka proklaty! (Nie mogę, to nie moja wina. Komendant Saczko-Saczkowski kazał ciebie zarżnąć. Teraz on tu komendantem, przeklęty pies).
- Przecież to mój dobry znajomy.
- Teper druhije czasy. On prykazał ryzać tebe po szmatoku, a ja tebe zarezu lehsze. Ne poczujesz. Ja ne winowaty. (On rozkazał ciąć ciebie po kawałku. Ale ja poderżnę cię lżej tak, że nie poczujesz. Nie jestem winny).

Puścił Franciszka przodem. Z tyłu, nagłym ruchem złapał go jedną ręką za czoło, przechylił głowę. Drugą ręką wyostrzonym nożem przeciągnął po gardle. Franciszek osunął się na ziemię. Bluznęła krew. Z głęboko przeciętej krtani wydobywało się rzężenie. Ciałem wstrząsały konwulsje. Nadszedł ten, który przewodził grupie.
- Iwan ty zabył szto on był moj? (Zapomniałeś, że on był mój?)
- Ne znał, on szcze żyw. Możesz ryzać! (Nie wiedziałem, on jeszcze żyje możesz go dorznąć) –

Mówiąc to sięgnął po karabin UPO–wca i zanim ten się spostrzegł, zarepetował, przyłożył lufę do głowy leżącego i wypalił. Czaszka rozprysła się jak gliniany garnek. Krew Franciszka wsiąkała w ziemię, na której od pradziada żył ród Urbańskich. Pozostanie tam do sądnego dnia.
-Ty szto zduryw? Taj szkoda puli na takoho parszyweho Lacha! Ja tebe szcze pobaczu! (Zgłupiałeś? Szkoda kuli na takiego parszywego Polaka! My się jeszcze policzymy!).
Teraz odkryją mnie plądrując dom - pomyślał pan Leon. Postanowił walczyć. Miał szczęście. Napastnikom musiało się śpieszyć, bo wsiedli na wóz. Podcięli konie ciągnąc za sobą przywiązane zwłoki babci Pauliny.

Nie wiadomo i nie ma kogo zapytać gdzie ich pochowano. Dopóki w mieście byli jeszcze Polacy grzebali ofiary na cmentarzu miejskim, często z narażeniem życia, gdy trzeba było jechać po zwłoki poza miasto. Najprawdopodobniej Ukraińcy wrzucili ciała do wspólnego dołu. Nie wiedział też pan Leon, jedyny świadek mordu. O zmroku odnalazł w szpitalu żonę pokłutą widłami. Zwłoki pogrzebał pośpiesznie w płytkim grobie. Przedzierał się nocami sobie znanymi ścieżkami do Skierniewic. W dzień, w mniej znanych okolicach zaszywał się w buszu. Ze Skierniewic, gdzie przebiegała linia kolejowa, na buforach towarowych wagonów, z przerwami dotarł do nas, do Równego. W tamtym czasie dobiegał czterdziestki. Jakie były jego dalsze losy - nie wiadomo.


Tablica w kościele Św. Brygidy w Gdańsku ku pamięci ofiar Wołyńskiej zbrodni.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji