nr. 36
VICTORIA, BC, czerwiec 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


OGŁOSZENIA

Pomoc dla Karolka


ARTYKUŁY

Ewa Caputa-
Budowanie Mostówi
przy okazji Euro 2012

Ewa Korzeniowska -
Ojciec jest tu

o Józefie Konradzie

Edward Kamiński -
Bohaterowie szli do boju
70-lecie zbrodni Wołyńskiej
Edward Kamiński -
Porzucie wszelką nadzieję

wspomnienia Wołyń 1942

Magdalena Hen -
Upadek latającego dywanu
arabska wiosna

Egon Trendy -
NEONY
moda powraca

D. W. Higgins -
Krzykacz
z historii Victorii

Fotoreportaż
Parada Victoria day 2012
Rozmaitości

Indeks autorów

Ewa Korzeniowska

Ojciec jest tutaj


Józef Conrad Korzeniowski

Obaj synowie Josepha Conrada Korzeniowskiego (1857-1924), angielskiego pisarza polskiego pochodzenia, napisali książki o swoim sławnym ojcu. Książkę Borysa Conrada (ur. w 1898 r.) My Father: Joseph Conrad wydano w 1968, a książkę Johna Alexandra (ur. w 1906 r.) Joseph Conrad: Times Remembered, w 1981 roku. Obie ksiązki są do siebie podobne. Charakteryzuje je podziw i uwielbienie dla wielkiego ojca. Wspomnienia te mają raczej charakter nieformalny, pisane z perspektywy wielu lat, przeplatane są fragmentami listów i dziesiątkami anegdot mówiących o tym, co fascynowało, co złościło, a co wzruszało wielkiego pisarza, jaki był jego stosunek do rodziny, do przyjaciół, do podwładnych. Ze stronic obu książek wyłania się portret nieprzeciętnego człowieka o silnej indywidualności.
Joseph Conrad wyjechał z Polski mając zaledwie siedemnaście lat. Przez wiele lat był marynarzem, a gdy zrezygnował z morskiej kariery z przyczyn zdrowotnych, postanowił zostać pisarzem i osiadł na stale w Anglii, był prawie 40-letnim człowiekiem. W 1896 roku ożenił się z młodą Angielką Jessie George i zamieszkał na wsi. Obaj synowie Conrada, mimo że dzieliła ich różnica ośmiu lat, wychowywali się w podobnej atmosferze i warunkach. Nie mieli ani nianiek, ani guwernantek. Do czasu rozpoczęcia nauki w szkole nad ich rozwojem intelektualnym czuwał w wolnych chwilach ojciec, gdyż matka była zajęta prowadzeniem domu lub przepisywaniem na maszynie manuskryptów męża. Ze wspomnień synów wynika, że ojciec był częstym towarzyszem ich zabaw i rozmów, nawet, jeśli trwały one tylko parę minut dziennie. Conrad lubił poświęcać czas chłopcom, ale gdy pracował, wymagał od nich „nieobecności”.
Pisanie pochłaniało znaczną część jego czasu, podchodził do niego tak obowiązkowo, jak kiedyś do pracy na statku. Nigdy nie przestał być człowiekiem morza i zachował wiele przyzwyczajeń z morskiego okresu swego życia. Z wielką punktualnością siadano wspólnie do posiłków, na które wzywał dzwonek. Sypialnia pisarza przypominała kabinę kapitańską na statku. Gości witał słowami Welcome on board. Służbę domową nazywał załogą, a synów na ważne okazje kazał ubierać w marynarskie mundurki będące małymi replikami prawdziwych oficerskich mundurów brytyjskiej marynarki handlowej, w której służył przez prawie dwadzieścia lat.
Nie znosił, gdy mu przeszkadzano w pracy i gdy ktoś mu ją przerywał, czasem wybuchał gniewem. Częściej bywał sarkastyczny. Jedną z takich sytuacji opisuje John, gdy w trakcie zabawy z kolegami biegał po domu i pośliznąwszy się na podłodze pokrytej dywanem z impetem uderzył czołem w drzwi pracowni ojca. „Zanim zdołałem się podnieść, drzwi pracowni otworzyły się gwałtownie i ojciec patrząc na mnie powiedział bardzo spokojnym tonem: «Następnym razem pukaj proszę trochę ciszej». Nie zapytał, czy coś mi się stało, albo czy coś się zniszczyło – jego to po prostu w tym momencie nie interesowało, za co byłem mu wtedy bardzo wdzięczny” (s. 122, przekład EK).
Gdy nie pracował, poświęcał synom wiele uwagi. Brał udział w ich zabawach i małych psotach, które irytowały jego żonę. Zachęcał ich również do rozwijania zainteresowań, czytał im książki. Dzielił się z chłopcami swą fascynacją techniką i automobilami. Interesowały go maszyny parowe i silniki. Kiedy wraz z Borysem zobaczyli po raz pierwszy w Londynie autobusy napędzane silnikami parowymi, zafascynowani pracą tej maszyny codziennie wspólnie odbywali autobusową podróż.
Pomimo mieszkania na wsi, państwo Conradowie prowadzili dom otwarty i przyjeżdżało do nich dużo gości. Gdy nie zajmował się pisaniem, Joseph Conrad był bardzo gościnny. Przybyszów witał w nienagannym stroju w progu domu w towarzystwie synów, którzy przy tych okazach musieli również bardzo schludnie wyglądać. Ich ojciec, bowiem uważał, że wygląd świadczy o człowieku, tak samo jak dobre maniery. Jednego i drugiego wymagał od chłopców.
Przeważnie uczestniczyli oni w zabawianiu gości, często towarzyszyli im podczas spacerów. Sam pisarz nigdy w tych spacerach nie uczestniczył, choć z zadowoleniem zabawiał gości przy stole. W jego domu bywali sławni brytyjscy pisarze i poeci owych czasów, ale też i Polacy. Między innymi Ignacy Jan Paderewski, którego poobiednie granie Chopina ściągnęło całą wieś pod okno salonu domu Conradów. W towarzystwie Conrad potrafił być czarującym rozmówcą, czasem prowadził konwersacje w kilku językach równocześnie. Gdy jednak czuł się rozmową znudzony, wstawał od stołu i udawał się do pracowni. Kiedy nie mógł sobie pozwolić na opuszczenie towarzystwa, kręcił gałeczki z chleba i rzucał je przed siebie. Był to dość kłopotliwy nawyk, którego nie potrafił się pozbyć, aż do czasu, gdy okazało się, że mały John go w tym naśladuje. Ojciec, jak wspomina John, przeprowadził z nim na ten temat krótką rozmowę na osobności i wspólnie obiecali sobie zaniechanie tej „zabawy”.
Conrad większość swojego pisarskiego życia spędził na wsi, ale oprócz tego, że cenił panujący tam spokój, nie interesowało go specjalnie wiejskie życie. Najlepiej czuł się na morzu. W 1920 roku, gdy rodzina Conradów spędzała wakacje w nadmorskiej miejscowości Deal, spotkał tam marynarza o nazwisku Baker ze statku „Riversdale”, którym kiedyś dowodził. Przy okazji spotkania z Bakerem okazało się, że był on właścicielem niewielkiej żaglówki i Joseph Conrad postanowił nauczyć młodszego syna żeglowania. Początkowo szło to opornie, bo John cierpiał na chorobę morską, jednak ojciec nie dawał za wygraną. Nie przymusem, ale szorstką, stanowczą cierpliwością doprowadził do tego, że syn nauczył się i polubił pływanie żaglówką. W tym czasie Conrad znalazł się przez parę godzin na handlowym żaglowcu płynącym do Holandii. Na jego pokładzie John zobaczył ojca dwadzieścia lat młodszego; był tryskającym energią człowiekiem, który z łatwością wspinał się do „bocianiego gniazda” po sznurowych drabinkach.
Obaj synowie niewiele wiedzieli o morskim rozdziale życia ojca. Conrad nie rozmawiał z nimi na ten temat. Nigdy też nie rozmawiał z nimi o swoich powieściach, a i oni niewiele o nich wiedzieli, dopóki nie zaczęli ich czytać, a nastąpiło to stosunkowo późno.
Już po śmierci ojca John odwiedził starego Bakera, który powiedział mu wtedy, że kapitan Conrad, traktując młodych ludzi na pokładzie w sposób szorstki, ale uprzejmy, oddał im przysługę na całe życie. Powiedział, że jest wielu marynarzy, którzy pływali pod jego komendą, i którzy zawdzięczają szczęście w tej profesji szkoleniu, jakie przeszli pod okiem swojego wymagającego kapitana. A oto, jak tę stronę charakteru ojca opisuje John:
„Joseph Conrad miał umiejętność przekonywania ludzi raczej, niż rozkazywania. Sam się miałem okazję wiele razy przekonać, że choć ton jego głosu brzmiał czasem bardzo surowo, ludzie wykonywali jego polecenia bez przymusu i bez wahania. To było niesamowite, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, że jego znajomość angielskiego nie była perfekcyjna i bardzo często używał słów i zwrotów w nie-angielski sposób. A jednak jestem pewien, że gdy był na morzu, cieszył się szacunkiem i sympatią swojej załogi i jako człowiek, i jako marynarz”. (s. 142, przekład EK).
Conrad dbał o wykształcenie synów. Cieszył się z sukcesów, jakie odnosili w szkole i nigdy nie robił im wymówek, gdy coś szło nie tak. Obaj chłopcy uczęszczali do prywatnych szkół z dala od domu, ale utrzymywali z rodzicami bliski kontakt Zdarzało się, że zostawali przez ojca na jakiś czas wzywani do domu. Zwykle działo się to w sytuacji, gdy ich matka, cierpiąca na przewlekłe problemy z kolanem, miała być poddana kolejnej operacji. Wtedy cała rodzina musiała być w komplecie i solidarnie asystować pacjentce, łagodząc jej cierpienia.
Na krótko przed wybuchem I wojny światowej, w lipcu 1914 roku Conrad wraz z rodziną pojechał w odwiedziny do ojczyzny. Państwo Conradowie z dziećmi spędzili wtedy trochę czasu w Krakowie, a przez resztę dwumiesięcznego pobytu schronili się w Zakopanem, usilnie zabiegając u władz wojennych o pozwolenie na wyjazd do Anglii. We wspomnieniach obu synów wycieczka do Polski nie zajmuje wiele miejsca, choć na Borysie zrobiła ona duże wrażenie. Przesłoniły ją trudności związane z podróżowaniem i obraz toczących się w Europie działań wojennych.
Po powrocie do Anglii 17-letni wówczas Borys wstąpił na ochotnika do wojska i w listopadzie 1915 roku został wysłany do Francji. Oto jak opisuje swoje rozstanie z ojcem: „ Ojciec czekał na mnie na dole i powiedział: «Słuchaj chłopcze, na wypadek gdyby cię trafili, chciałbym przynajmniej wiedzieć, gdzie spoczywać będą twoje szczątki». I wtedy wyjaśnił mi szyfr, który wymyślił specjalnie w celu korespondencji ze mną. Chciał, żebym przy jego pomocy zawiadamiał go, w jakim miejscu frontu się mniej więcej będę znajdował, tak by umknęło to cenzurze. Wiele lat wcześniej nauczył mnie, jak grać w szachy i w chwili pożegnania podarował mi komplet kieszonkowych szachów mówiąc, że będziemy prowadzili grę listownie i będziemy się sekretnie porozumiewać określonymi ruchami na szachownicy, które określać będą pozycję na jego wojennej mapie. Potem odprowadził mnie do samochodu, uścisnął mi energicznie dłoń i powiedział: «No to ruszaj w drogę, chłopcze. Bóg z tobą”. Choć był bardzo poruszony, kontrolował swoje emocje, czego niestety nie mogę powiedzieć o sobie – i byłem mu wdzięczny za to, że się odwrócił i wszedł do domu nie czekając aż wsiądę do auta i odjadę (s.105, przekład EK).
Ze wspomnień Johna wynika, że Conrad również, podobnie jak jego starszy syn i przyjaciele, chciał uczestniczyć w tej wojnie i z zadowoleniem przyjął w listopadzie 1916 roku propozycję brytyjskiej admiralicji, by wziąć udział w inspekcji statków wojennych na Morzu Północnym. Kilkunastodniowy rejs, w trakcie którego „polowano” na niemieckie łodzie podwodne, był jednak bardziej przygodą, niż wojenną akcją, ale w ten sposób jakby spełniło się życzenie Conrada, który chciał w tych walkach mieć choćby minimalny udział.
Wieść o zwycięstwie i perspektywach powstania wolnej Polski napawała go entuzjazmem. Brał udział w organizo-waniu rożnych akcji dobroczynnych na rzecz wolnej ojczyzny. Utrzymywał intensywne kontakty ze znajomymi i rodziną w Polsce, ale nie przekazał swoich polskich sentymentów synom. Mimo to Borys, już jako starszy mężczyzna raz jeszcze odwiedził Polskę – w 1967 roku. Pojechał m.in. do Krakowa i Zakopanego, odszukiwał miejsca, które podczas pierwszej podróży pokazywał mu ojciec: Wawel, Kościół Mariacki, Uniwersytet Jagielloński i dom przy ulicy Poselskiej, w którym ojciec kiedyś mieszkał. Natomiast dla Johna tamta wizyta w 1914 roku była jedyną w ojczyźnie ojca. Niewiele z niej pamiętał, gdyż prawie cały czas chorował, ale na zawsze utkwiło mu w pamięci jedno polskie zdanie, którego się nauczył przy okazji wypełniania jakiegoś ojcowskiego polecenia: „Ojciec jest tutaj”.
I zdanie to jakby jest myślą przewodnią obu książek.

Bibliografia:
Borys Conrad, My Father: Joseph Conrad, Calder & Boyars, London 1970.
John Alexander Conrad, Joseph Conrad. Times Remembered, Cambridge University Press 1981.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji