nr. 32
VICTORIA, BC,
styczeń 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zabawa Welentynkowa
11 luty


ARTYKUŁY

Ewa Korzeniowska -
Ojciec ludu małorosłego
2012 Rokiem
Janusza Korczaka

Ewa Caputa -
Łeb Hydry

antysemityzm

Paweł Romaniszyn -
Vandalism strictly
condemned

Ewa Caputa -
Siema!!!
Wielka Orkiestra
Świątecznej Pomocy
w Vancouver

Magdalena Hen -
Bałkany
Dyskretny urok
stereotypów

Ludwik Wilczyński -
Himalajski Boom cz.5

o polskich sukcesach
w Himalajach

ECK -
80 milionów
Nowa książka

Wielka Orkiestra
Świątecznej pomocy

fotoreportaż

Rozmaitości


Index autorów

Ewa Korzeniowska

Ojciec ludu małorosłego


Janusz Korczak (1878-1942)


Jest jednym z niewielu ludzi, któremu zadedykowano gwiazdę. Planetoida 2163 Korczak nazwana jest na jego cześć. Henryk Goldstain (1878-1942) znany bardziej jako Janusz Korczak w pełni na to zasługuje.
Ksiądz Jan Twardowski nazwał go mędrcem, który pokłonił się dzieciom, bo Janusz Korczak, lekarz, pedagog, 1 pisarz, dzieciom i ich wychowaniu oddał całe swoje życie. Nie lubił mówić o poświęceniu. „Jedni kochają łowić ryby, inni grę karty, a jeszcze inni nie wyobrażają sobie życia bez konnych wyścigów. Ja kocham dzieci.” – napisał w swoim pamiętniku z getta. Był pediatrą, który potrafił leczyć nie tylko chore dziecięce ciało, ale zbolałe dziecięce dusze. W 1922 roku porzucił dobrze prosperującą praktykę lekarską i zajął się wychowaniem dzieci przede wszystkim dzieci bezdomnych.
Przed wojną prowadził dwa sierocińce w Warszawie: dla dzieci chrześcijańskich i dzieci żydowskich. Uważał, że dzieci, które stanowią połowę społeczeństwa są uciskane i nie posiadają żadnych praw, tymczasem to one będą budować przyszłość, dlatego należy je do tego przygotować. Będą przyszłymi obywatelami lepszego świata, którego nadejście Stary Doktor przewidywał. W prowadzonych przez siebie placówkach funkcjonujących jak republiki uznawał pełną demokrację: dzieci miały swój sejm, gdzie podejmowały decyzje dotyczące życia w sierocińcu, sąd gdzie dorośli mogli skarżyć dzieci, dzieci mogły skarżyć dorosłych i wymierzać im karę. W swych pogadankach radiowych i artykułach drukowanych w polskiej prasie, powtarzał często, że dzieci są ludźmi i powinny posiadać takie same prawa jak dorośli, co prawda mają mniej doświadczenia, ale intelektualnie nie są mniej sprawni. Uważał, że dzieci należy przygotowywać do życia i należy je uczyć jak być dobrymi rodzicami, tylko wtedy będzie można budować coraz lepsze społeczeństwo.
„Może kiedyś będzie taki świat, gdzie nie potrzebne będą pieniądze, a wszystkie dzieci będą szanowane, porządnie ubrane i syte. Może kiedyś będzie taki świat” – często powtarzał swoim wychowankom. I do budowy takiego świata je przygotowywał. Uczył je życiowych umiejętności, ale także moralnych wartości, uczył ich prawdziwego rodzicielstwa, odpowiedzialności, pracy. Miał niezwykły sposób postępowania. Często dla przekazania jakieś fundamentalnej prawdy posługiwał się prostą opowiastką, jak ta poniżej.

Bez zegara
Przez cały tydzień w sypialniach zegary były nienakręcone i stały wskazywały ciągle tę samą godzinę. Myśleliśmy, że dzieci będą się pytały, dlaczego zegary są nienakręcone.
I chcieliśmy odpowiedzieć:
,„Po co wam zegary, jeśli i tak ich nie słuchacie?”
Zegar mówi:
 „Wstawajcie”.
A wy leżycie.
Zegar mówi:
 „Opatrunki”.
A wy się spóźniacie.
Zegar mówi:
 :„Zamknąć umywalkę”.
A wy nie wychodzicie.
Zegar mówi:
 „Spać”.
A w sypialni hałas.
Więc, po co nakręcać zegary?
Ale dzieci się nie pytały i nie prosiły, żeby nakręcać zegary.
Kiedy dzieci będą mądrzejsze, wtedy każde dziecko, które wyjdzie na miasto, aby coś zanieść, przynieść, albo kupić, tak samo dostanie zegarek, jak teraz dostaje palto i czapkę. Zegar jest tak ważny dla człowieka, jak waga i termometr. Człowiek, który nie słucha zegara nie może porządnie pracować.

( Janusz Korczak, Pisma Wybrane. T.2 Str. Nasza Ksiegarnia 1978 )


Gdy wypuszczał w świat swoich wychowanków żegnał ich słowami stanowiącymi „posag” na ich dorosłe życie:

„Wiele razy myśleliśmy o tym jak żegnać, jakich rad udzielać. Niestety słowa biedne są i słabe.
Nic wam nie dajemy.
Nie dajemy wam Boga, bo go sami odszukać musicie we własnej duszy, w samotnym wysiłku.
Nie dajemy ojczyzny, bo ją odnaleźć musicie własną pracą serca i myśli.
Nie dajemy miłości człowieka, bo nie ma miłości bez przebaczeni, a przebaczyć to mozół, to trud, który każdy musi podjąć.
Dajemy wam jedno: tęsknotę za lepszym życiem, którego nie ma, ale kiedyś będzie.”

Ważnym elementem wychowawczym w prowadzonych przez Korczaka placówkach były wydawane przez dzieci gazetki, w których każdy ze wielkiej rodziny sierocińca mógł się swobodnie wypowiadać na każdy temat. W 1926 roku Korczak założył pismo dla dzieci i młodzieży „Mały Przegląd”, które ukazywało się w piątki w przy warszawskim Przeglądzie Polskim. Piszącymi do tygodnika były dzieci i dorośli. Jednym z małych autorów piszących w końcu lat 30-tych w Małym Przeglądzie był polski pisarz żydowskiego pochodzenia, Józef Hen. Oto jak wspomina on wydarzenia z tamtych lat swej książce „Nowolipie”, która w tych dniach ukazuje się na amerykańskich półkach księgarskich:

Leżałem w łóżku chory, jakaś grypa, kiedy do domu przyszli dwaj chłopcy z Małego Przeglądu. Bo redaktor zaprzęgał do roboty, niekoniecznie dla oszczędności, chętnych do takiej współpracy. Przynieśli mi nagrodę za moje liściki, książkę – pamiętam dobrze: Przygody Kapitana Korkorana, autorstwa Assolanta – i jeszcze pocztówkę z wymalowanymi na niej wisienkami. Ta pocztówka uprawniała do wejścia na seans filmowy organizowany przez redakcję i wprowadzenie dodatkowo dwóch osób. Redakcja, jak to było w zwyczaju Starego doktora, odwracała porządek rzeczy: nie rodzice zabierają dziecko do kina, ale dziecko funduje kino rodzicom. Strasznie, więc byłem ważny. Poszliśmy z mamą i Hipkiem.

Mój brat sprawiał wrażenie, ze się nudzi. Może czuł się upokorzony, że to nie on dostał pocztówkę z wisienkami. Może chciał mi pokazać, że to żadne mecyje, to moje kino. Znalazł sobie rozrywkę w kopaniu po łydkach pana, który siedział przed nim. Pan odwrócił się i upomniał go, żeby się uspokoił. I wtedy zobaczyłem, ze tym panem z bródką, którego kopał mój brat jest Janusz Korczak. Szepnąłem: „Przestań to Korczak”. Brat nie zwracał uwag, być może, że ta wiadomość tylko go podnieciła. Byłem w rozpaczy. Bo przecież wiedziałem, że Korczak kocha dzieci. I teraz sobie pomyśli, że może nie bardzo jest, za co. Pan z bródką raz jeszcze upomniał mojego brata, ale nie dał mu rady: zamiast wychować złe dziecko- przesiadł się po prostu do innego rzędu.

Później, grubo później wracałem czasem myślą do tej sceny. Dręczyła mnie. Myślałem o Kroczaku, który poszedł na śmierć z dziećmi, myślałem moim bracie, który też zginął podczas wojny, tylko nie wiem jak. Myślałem o tym czytając pamiętnik Korczaka z getta, w którym zapisał, że bywają i złe dzieci, że potrafi nawet jakieś znienawidzić. Ale mam nadzieję, że nie pomyślał tak o moim bracie. To nie był zły chłopiec, tylko lubili uchodzić za łobuziaka. I myślę, że Korczak to rozumiał, i dlatego przesiadł się po prostu do innego rzędu.

W pierwszy dzień drugiej wojny Janusz Korczak ubrał się w polski oficerski mundur lekarza wojskowego z czasów, gdy służył w armii i chodził w nim przez całą okupację. Odmawiał noszenia opaski z gwiazdą Dawida. Zwykł mawiać, że są prawa boskie i prawa ludzkie, to o opasce, to prawo ludzkie i on nie musi go słuchać. Był odważny. Patrzył Niemcom prosto w oczy bez lęku. Zachowywał godność nawet w najtrudniejszych chwilach, gdy bywał przez nich bity. W czasie wojny jego ukochany Dom Sierot Żydowskich znalazł się w getcie warszawskim. W budynku sierocińca kazał zamurować okna od ulicy – za wszelką cenę chciał odizolować swoje dzieci od tego, co się dzieje na zewnątrz. Walczył o nie jak lew o to, by bez względu na okoliczności wiodły w sierocińcu spokojne, normalne życie. Jestem bezdzietnym ojcem dwustu dzieci – oznajmiał ludziom, od których chciał wyciągnąć coś dla swoich podopiecznych. Byłby gotowy zwrócić do samego diabla z prośbą o $500 zł, wóz kartofli czy kilku worków mąki byle tylko w sierocińcu było, co jeść.

Przygotowywał je do życia, przygotowywał je też do ewentualnej śmierci. W lipcu 1942 roku dzieci pod jego kierownictwem przygotowały sztukę Rabindranath Tagore „Na poczcie” opowiadającej o śmierci jako duchowym, spokojnym przejściem na drugą stronę. Gdy już wiadomo było, że będą ewakuować Dom Sierot, proponowano Korczakowi wielokrotnie z różnych stron, by został, oferowano mu doskonale papiery, ale nie skorzystał. Gdy 5 sierpnia 1942 roku do drzwi łomotały hitlerowskie kolby, a trzymane na smyczy niemieckie owczarki ujadały złowieszczo, Doktor wyszedł przez sierociniec, rozkazał niemiecki SS –omanom odprowadzić psy i schować karabiny. Powiedział, że wyjdą sami. Kazał się dzieciom wykąpać, uczesać, włożyć najlepsze ubranka i gdy wszystkie były gotowe wyszedł z nimi czwórkami przed sierociniec. Pierwsza czwórka niosła sztandar z zielonym symbolem Domu Sierot. Godnie przeszli ulicami getta. Na Umschlagplatz załadowali cały orszak do bydlęcych wagonów. Zostali przez Hitlerowców zamordowani w Treblince. Janusz Korczak zginął wraz ze swymi dziećmi, ale na niebie jaśnieje jego gwizda.

Rok 2012 Senat Rzeczpospolitej ogłosił rokiem Janusza Korczaka.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji