nr. 31
VICTORIA, BC,
grudzień 2011
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

W DOMU POLSKIM

Zabawa Sylwestrowa
31 grudnia


ARTYKUŁY

Ewa Caputa -
Nie jak u mamy
Wigilia w Domu Polskim


Sławomir Sapieha -
Tradycje Świąteczne

prasłowiańskie, rzymskie
do chrześcijańskich


Eliza Olczyk -
TAJEMNICE WIGILII


Bożena Ulewicz -
Medugorje, Medugorje
Horwacka pielgrzymka


Ewa Stachnik -
Pałac Zimowy
Fragment książki


Koszyk
na fundusz budowy
kaplicy w Ugandzie

Mikołaj
w Domu Polskim

fotoreportaż

Rozmaitości


Index autorów

Bożena Ulewicz

Medugorje, Medugorje

Do Medugorje jechałam nie obarczając się nadmiarem oczekiwań, co do niezwykłości tego miejsca. Miałam w pamięci jeszcze komentarze, jakie docierały do Polski w latach 80-ch, jak tylko nazwa tej bośniackiej wioseczki weszła na stałe do obrotu informacji. Swoimi refleksjami dzielili się znajomi, których wieść o widzeniach młodych, wówczas jeszcze Jugosłowian, zachęciła do wyjazdu na Bałkany. Zapamiętałam opis drogi krzyżowej wiodącej górskim szlakiem. Niektórzy mieli okazję pokonać ją wspólnie z jedną z wizjonerek. Tuż przed wyjazdem przejrzałam kilka stron internetowych, tych „za”, i tych może nie tyle „przeciw”, co ostrożnych w wyrażaniu opinii. Na pewno nie miałam przesadnego apetytu na cuda, ale też nie byłam typowym turystą, który pisząc o Medugorje bardziej wspomina smak wypitej rakiji, lub ostentacyjnie stara się zaznaczyć swój dystans do kwestii wiary pisząc Matka Boska z małych liter, co się zdarzyło jakiejś relacjonującej rowerową wycieczkę internautce. Czułam się pielgrzymem, choć władze kościelne zakazują nazywania wyjazdów do Medugorje pielgrzymkami.

Do granicy bośniackiej dotarliśmy po całodziennej podróży. Po pokonaniu ok. 1000 km, nawet, jeśli po drodze zaliczyło się spacer po cesarskim Splicie, wszyscy byliśmy nieludzko umordowani. Pod koniec przestały zachwycać widoki lazurowego morza iskrzącego się w popołudniowym słońcu, biało-czerwonych domów zanurzonych w egzotycznej roślinności. Przepoceni, ze spuchniętymi nogami, lekko otępiali marzyliśmy , aby jak najszybciej dojechać do pensjonatu, wykąpać się i znaleźć w łóżku. Po pewnym czasie zaczęliśmy się oddalać od morza, autokar rozpoczął wspinaczkę górską, ale dobrą drogą i tak dotarliśmy na niepozorny posterunek graniczny między Chorwacją a Bośnią i Hercegowiną. Pogranicznicy stacjonujący w czymś na kształt kontenera, dobrze widoczni przez uchylone drzwi, nie mieli wiele roboty, ale postanowili nas trochę przetrzymać. Na szczęście dzień chylił się już ku zachodowi, upał nie był tak dokuczliwy, więc z cierpliwością sterczeliśmy na niewielkim parkingu obserwując wracających z riwiery makarskiej tuziemców bez problemu przekraczających granicę. Między samochodami błąkała się biało-ruda suczka, widać wprawiona w przygranicznym żebractwie. Już chciałam ją potraktować polskim kabanosem, ale właśnie pogranicznicy zlitowali się nad nami i autokar ruszył.

Stromą serpentyną zaczęliśmy się wspinać ku przełęczy pozostawiając w dole starannie podzielone pólka z rozmaitością upraw – kukurydzy, tytoniu, słoneczników, oliwek. Auto-kar mijał skalne rumowiska, dzikie hale, skąpo pokryte trawą i kolczastymi krzewami. Po przejechaniu przełęczy pogoda załamała się znienacka, jak to w górach. W narastającym zmierzchu, z kłębowiska chmur, wśród których żeglował bliski pełni księżyc, rozbłysnęły zygzaki błyskawic sygnalizując nadciągającą burzę. Zbliżaliśmy się do Medugorje, Międzygórza, jakbyśmy nazwali tę miejscowość po polsku. I wtedy właśnie dopadła nas ulewa. W strumieniach deszczu wjeżdżamy w ulice jasne od świateł sklepowych wystaw, w większości wypełnionych dewocjonaliami. Mijamy iluminowany kościół św. Jakuba. Jeszcze chwila i wita nas rodzina właściciela pensjonatu. Kawalkada walizek i toreb rusza w kierunku położonego w głębi budynku. Deszcz cichnie. Natychmiast odezwają się cykady. Akompaniują nam do snu, z którego niebawem wyrywa przenikliwe zawodzenie osła oznajmiającego poranek rześki i słoneczny.

Przed śniadaniem krótka wycieczka po miasteczku. Parę uliczek wypełnionych pensjonatami, sklepami i kawiarenkami. W centrum kościół św. Jakuba, z przylegającym do głównego wejścia placem. Zadbane gazony. Zielona, mokra jeszcze po wieczornej ulewie murawa skrzy się od żółtych aksamitek, czerwonych pelargonii, szaroniebieskiej lawendy. Krzewy czer-wonych i białych róż, palmy. Przy białej figurce Matki Bożej pomimo wczesnej pory dwie Azjatki klęcząc odmawiają różaniec. Do kościoła ciągną jeszcze niezbyt licznie wierni na poranną Mszę św.

*

Przed trzydziestu laty Medugorje było wioską, jakich wiele, zabiedzoną, żeby nie powiedzieć zabitą deskami, taką za górami za lasami. Ludność żyła tu z pasterstwa i rolnictwa, na skromną skalę, na ziemi wydzieranej skałom. Przeważała uprawa winorośli. Turyści udający się do położonego o ok. 30 km Mostaru nawet tu nie zaglądali, bo po co? Wszystko zmieniło się z dnia na dzień, 24 czerwca 1981 roku, kiedy gromadka dzieci spacerujących z nudów po okolicznych wzgórzach doświadczyła niezwykłego widzenia. Dzieci miały od 10 do 16 lat. Dwóch chłopców i cztery dziewczyny. Jedna z nich, miastowa, przyjechała do babci z Sarajewa. Było już pod wieczór, godzina 18.40. I wtedy dwieście metrów przed rozbawioną gromadką, tuż nad ziemią pojawił się obłok, na którym stała promieniejąca jasnością kobieta ubraną w szarą suknię i biały welon z koroną gwiazd na głowie. Przyzywała je do siebie gestem ręki. Tego dnia zbyt były przestraszone, żeby skorzystać z tego zaproszenia, uciekły. W domu usiłowali opowiedzieć bliskim o widzeniu, ale nikt im nie uwierzył. Następnego dnia zdecydowali się wrócić. Kilka starszych osób postanowiło jednak pójść za dziećmi. To świadkowie, którzy nie doświadczyli widzenia, ale opowiadali później, jak w połowie góry Crnica (dziś zwanej Górą Objawień), dzieci zaczęły biec jakby unosiła je niewidzialna siła, choć kamienista ścieżka nawet dzisiaj nie jest łatwa do pokonania. Mimo to nikt nie upadł, ani się nie potknął.

Kiedy starsi wreszcie dogonili dzieci, zobaczyli, że klęczą z uniesionymi głowami, zapatrzone gdzieś przed siebie. Poruszanym wargom nie towarzyszył nawet szmer wypowiadanych słów. Starsi tak się wystraszyli, jak zazwyczaj, gdy człowiek otrze się o zjawisko nazywane dzisiaj paranormalnym. Ze strachu zaczęli się modlić. Po kilku minutach posłyszeli westchnienie dzieci i wymawiane słowo „ode”, czyli „odchodzi”. Dzieci dopiero wtedy zauważyły świadków i opowiedziały, że przed chwila była z nimi Matka Boża i wspólnie się modliły. Któreś z nich zapytało Panią, kim jest i otrzymało odpowiedź:
– Jestem Błogosławiona Dziewica Maryja Królowa Pokoju.
– A po co przyszłaś?
– Żeby powiedzieć, że Bóg istnieje.

Kiedy historię tę, dobrze przecież znaną, opowiada nam polska Bośniaczka Regina, przewodniczka z Mostaru, czujemy ciężar tych słów. Robi się cicho i słychać tylko miarowy szmer cykad w rozgrzanym powietrzu.

Wtedy, latem 1981 roku, Matka Boża ukazując się każdego następnego dnia zaczęła przekazywać orędzie dla świata wzywając do modlitwy, postu, nawrócenia i pokoju. Szczególnie akcentowane było to ostatnie hasło – pokój w naszych sercach, w rodzinach i na świecie. Ten aspekt orędzia podkreśla podczas swoich spotkań jedna z wizjonerek Witka Ivankovic. To właśnie Witka razem z Ivanem Drogicevicem i Maryią Pavlovic podobno mają widzenia aż do dzisiaj. Matka Boża ma im się ukazywać każdego dnia, o godzinie 18.40, gdziekolwiek się znajdują. Piszę „podobno” – bo fakt prawdziwości objawień nadal jest poddawany wnikliwym badaniom. Ma również wielu przeciwników, w tym m.in. biskupa diecezji Mostaru. Trzem wizjonerom czas objawień już się zakończył. Wszyscy założyli rodziny, prowadzą normalne życie. Na pewno trudniej jest osobom, które mieszkają nadal w Medugorje. Nie ma dnia, żeby ktoś nie zapukał do ich drzwi.

Wątpliwości budzi długotrwałość widzeń. Wcześniejsze objawienia, w Lourdes, Fatimie, czy Gietrzwałdzie, nie trwały tak długo i dlatego taki jest problem z medjugorskimi, którego nawet nie pokuszę się próbować rozwiązać. Wyczekująca postawa Kościoła jest jak najbardziej zrozumiała. Kościół badał przesłania i przesłuchiwał dzieci wielokrotnie. Pozwolono jednak na przyjazdy pielgrzymów, ale w asyście kapłanów. Kościół zwraca uwagę na owoce – nawrócenia, powołania, no i uzdrowienia poświadczone pełną dokumentacją. Wiara musi być zdrowa. Co nie zmienia faktu, że modlitwa o pokój jest bardzo światu potrzebna, Bardzo potrzebna była również dawnej Jugosławii, gdzie parę miesięcy po rozpoczęciu objawień wybuchła pełna okrucieństw wojna bałkańska.

Po tych wydarzeniach Medugorje przestało być małą zagubioną wioskę. Nazwa miejscowości nagle znalazła się na ustach katolików, i nie tylko, całego świata. Co więcej, zaczęli tu ściągać ludzie, pielgrzymi, choć z formalnego punktu widzenia nie można tych przyjazdów nazywać pielgrzymkami. Uboga wieś zmieniła się w zamożne miasteczko żyjące z tzw. turystyki pielgrzymkowej. Zbudowano zwyczajową infrastrukturę – stacje Drogi Krzyżowej na Kriżovec i stacje różańcowe prowadzącymi na Górę Objawień.

*

Poznawanie Medugorje zaczęliśmy właśnie od Góry Objawień. Idziemy tam zwykłą polną ścieżką, przez wilgotną łąkę, która wyprowadza nas prosto z głównej ulicy miasteczka. Rdzawa, żyzna ziemia z obu jej stron zajęta jest przez tradycyjną uprawę – winorośl. Na łące pasą się krowy i osły, cykady grają jak szalone, słońce zaczyna dopiekać, choć jeszcze wcześnie. To, że zbliżamy się do celu naszej wyprawy dowodzi coraz bardziej gęsta sieć kramików – piękne hafty i koronki na obrusach i serwetkach ( wygląda jakby ktoś rozwiesił gigantyczną przepierkę ) konfekcja dewocyjna, krzyżyki z tutejszego wapienia, różańce do odmawiania koronki do Królowej Pokoju. Można też kupić lokalny miód, albo poduszeczki wypchane lawendą po 2 euro. Jest również miejscowe wino, w butelkach opatrzonych etykietką z Matką Boską, a jakże, również za 2 euro.

Droga zmienia się w kamienisty trakt. Pieje bośniacko – hercegowiński kogut. Od czasu pierwszych objawień w roku 1981 miejscowość odwiedziło 35 mln ludzi poszukujących nie tylko odpowiedzi na prawdziwość objawień, lecz przede wszystkim ludzi modlitwy. Docieramy do pierwszej tablicy rozpoczynającej wędrówkę dróżkami św. różańca. Górski, kamienisty szlak wymagający pewnej sprawności, Dźwigając każdy swoją intencję ruszamy mijając po drodze inne grupy, wśród nich przesympatyczną i autentycznie rozmodloną gromadkę dzieci z Niemiec. Dochodzimy do miejsca gdzie przed blisko 30 laty rozpoczęło się objawienie. Biało–rude skały, oliwki, w których wątłym cieniu każdy chciał sie skryć przed słońcem, i otwarta przestrzeń z widokiem na położone w dolinie miasteczko. Wśród skalnych głazów, rumowiska, figura Matki Bożej. W głębi widok na góry Dynarskie. Wokół szelest cykad, szmer modlitwy. Słońce, dużo słońca,

Następnego dnia, chcąc uniknąć upału, decydujemy się wyruszyć na Kriżovec bardzo wcześnie. Nie jestem miłośniczką pobudki o 3.00, pewnie jak każdy, ale o umówionej porze wszyscy byliśmy już na dole. W milczeniu przeszliśmy uliczkami uśpionego miasteczka pogrążonego w ciemnościach. Prawie po omacku dotarliśmy do miejsca rozpoczynającego Drogę Krzyżową. Jest ciemno, więc latarkami oświetlamy drogę. Musimy również oświetlać teksty rozważań. Jeszcze nigdy nie szłam górskim szlakiem głośno odmawiając modlitwę i śpiewając. Nie jest to łatwe, ale wtedy nie czułam zmęczenia. Przy IX stacji zaczyna świtać, choć nadal jest mgliście, szarawo. Gdy docieramy do krzyża na szczycie, jest już widno, ale krajobraz dookoła tonie w nisko zawieszonych chmurach nadciągających z wyższych partii gór. Jest czas na zdjęcia. Wszyscy chcą się uwiecznić na stopniach wiodących pod krzyż usytuowany na masywnym cementowym postumencie. Dokoła ślady bytności poprzednich pielgrzymów, karteczki z modlitwą, zdjęcia przyłożone kamieniami. Zostawiam książeczkę z rozważaniami drogi krzyżowej i listą osób, które ją prowadziły. Dopiero w pełnym świetle, przy schodzeniu, widzę trudność drogi, a mimo to pokonaliśmy ją wszyscy – młodsi, starsi, a nawet osoby mające problemy z chodzeniem. Powrót wcale nie jest łatwiejszy. Trzeba dobrze uważać na rozpadliny i wystające kamienie. Ale wzajemnie sobie pomagając jakoś docieramy do stóp wzgórza.

*

Będąc w Medugorje na ogół odwiedza się działające tam wspólnoty. Zwiedziliśmy ogród i kapliczkę prowadzone przez wspólnotę Maryjną Oaza Pokoju. Gęsta zieleń cichego ogro-du to prawdziwe dobrodziejstwa pośród upalnego dnia. Pod drzewami kryją się niewielkie, drewniane, miłe oku domki. Po ścieżkach krząta się braciszek w białym habicie oddając się ogrodnictwu. Sielanka.

Inna wspólnota którą odwiedzamy, a nawet odbywamy spot-kanie z dwoma chłopakami dającymi świadectwo, to słynne „Cenacolo”, założone przez Włoszkę, siostrę Elwirę. Tworzą ją chłopcy i młodzi mężczyźni, których doprowadziły tu problemy z uzależnieniem od narkotyków i alkoholu. Wydobywają się z nałogów prostą recepturą od lat realizowaną przez zgromadzenia zakonne: ora et labora. Zaczynali z niczego; otrzymali kawał ziemi i trochę narzędzi. Musieli wszystko stworzyć od podstaw, miejsca do spania, do jedzenia, do pracy, do modlitwy, swoje miejsce na świecie. Udało się. Wspólnota działa od lat, niesie pomoc. Świadectwo dają młody Polak i Chorwat. Każdy przyniósł tu różne doświadczenia. Opowiadają o swoich losach, jak tu trafili, jakimi ludźmi byli, a jakimi są obecnie. Świadectwo Chorwata ukazuje nam świat wojny, której bliskość i okrucieństwo zaskoczyło światłych Europejczyków schyłku XX wieku.
Pobyt w Medugorje nie byłby pełny bez udziału w wieczornej Mszy św. Dopiero wtedy widać jak wielu ludzi tu przybywa, z jakich stron świata. Można powiedzieć tout le monde. Niedaleko mnie siedzi rodzina Filipińczyków. Nagle kobieta w średnim wieku dostaje konwulsji. Wygląda to na atak epilepsji. Mąż i syn, najwyraźniej już oswojeni z tą przypadłością, starają się tylko chronić podrzucaną paroksyzmem głowę. Z pomocą – nie wiem czy pożądaną – śpieszy miejscowy, szczupły, wysoki, siwy na skroniach mężczyzna. Przychodzi tu regularnie z dużym modlitewnikiem i daje się rozpoznać bardzo donośnym, buczącym głosem. Cóż, każdy chwali Pana Boga jak umie. Duże dłonie miejscowego ujmują głowę Filipinki. Rodzina nie ingeruje. Przygląda się z życzliwym zakłopotaniem. Po pewnym czasie atak przechodzi. Kobieta wstaje i prowadzona przez bliskich odchodzi. Miejscowy wraca na swoje miejsce.

Modlitwa „Ojcze nasz” wypowiadana jest we wszystkich językach świata. Czuję się jak na wieży Babel. Po Mszy św. jeszcze blisko półgodzinna modlitwa o uzdrowienie ciała i ducha. Rozważanie głoszone po chorwacku prowadzi kapłan, franciszkański proboszcz parafii. Obcy język, ale sens słów wydaje się zupełnie zrozumiały, muzyka w tle pogłębia atmosferę spokoju i relaksu. Co pewien czas rozważanie przerywa refren i zgromadzeni dziękują Jezusowi – po francusku, angielsku, niemiecku, włosku, także po polsku. Ciepły wieczór. W liliowej gęstniejącej mgiełce zaciera się zarys górskich grzbietów, ale zapalają się światła na Kriżovcu.

* * *

W październiku 2009 roku upubliczniono oświadczenie biskupa Mostaru. Głosi ono, że Ko­ściół w Bo­śni i Her­ce­go­wi­nie sta­ra się upo­rząd­ko­wać sy­tu­ację w Me­dju­gor­je po dys­cy­pli­nar­nym prze­nie­sie­niu do sta­nu świec­kie­go głów­ne­go orę­dow­ni­ka rze­ko­mych ob­ja­wień ma­ryj­nych zwią­za­nych z tym miej­scem. Bp Rat­ko Pe­rić, or­dy­na­riusz die­ce­zji Mo­star­‑Du­vno, na te­re­nie któ­rej le­ży Me­dju­gor­je, opu­bli­ko­wał w tej spra­wie spe­cjal­ne do­ssier za­wie­ra­ją­ce m.in. li­sty do tam­tej­szych fran­cisz­ka­nów. W do­ku­men­ta­cji znaj­du­je­my wy­ja­śnie­nie spra­wy To­mi­sla­va Vlašića, by­łe­go fran­cisz­ka­ni­na, któ­ry opie­ko­wał się gru­pą wi­zjo­ne­rów i pro­mo­wał kult ob­ja­wień z Me­dju­gor­je. W związ­ku z po­peł­nie­niem prze­zeń sze­re­gu błę­dów dok­try­nal­nych i wy­kro­czeń prze­ciw­ko dys­cy­pli­nie ko­ściel­nej zo­stał on wy­da­lo­ny z za­ko­nu i w ogó­le ze sta­nu du­chow­ne­go z za­ka­zem pu­blicz­ne­go wy­po­wia­da­nia się na te­ma­ty re­li­gij­ne. Bp Pe­rić przy­po­mi­na, iż rze­ko­me ob­ja­wie­nia ni­gdy nie zo­sta­ły ofi­cjal­nie uzna­ne przez Ko­ściół i że nic nie wska­zu­je, by coś w tej spra­wie mia­ło ulec zmia­nie. Pod­kre­śla po­nad­to, że pa­ra­fia Me­dju­gor­je nie jest sank­tu­arium, a pra­cu­ją­cy tam dusz­pa­ste­rze nie po­win­ni pro­mo­wać do­mnie­ma­nych ob­ja­wień. Mo­dli­twy i prze­sła­nia rze­ko­mo prze­ka­za­ne przez Ma­ry­ję wi­zjo­ne­rom ani ich ko­men­ta­rze nie mo­gą być pu­bli­ko­wa­ne czy sto­so­wa­ne dusz­pa­ster­sko. Tak­że księ­ża z za­gra­ni­cy nie mo­gą pro­wa­dzić w Me­dju­gor­je re­ko­lek­cji czy kon­fe­ren­cji bez po­zwo­le­nia bi­sku­pa miej­sca. Zbu­do­wa­ny tam w związ­ku z ob­ja­wie­nia­mi ko­ściół zo­stał przez wła­dze die­ce­zjal­ne za­mknię­ty i wy­łą­czo­ny z użyt­ku dusz­pa­ster­skie­go. Pry­wat­ne piel­grzym­ki do te­go miej­sca mo­gą być or­ga­ni­zo­wa­ne pod wa­run­kiem, że nie są wy­ra­zem prze­ko­na­nia o praw­dzi­wo­ści ob­ja­wień.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji