NavBar
nr. 3
VICTORIA, BC
Luty 2008
ARTYKUŁY

E. Caputa - Koło historii
Historia kołem się toczy, a pojęcia się przewartościowują


A. Binakaj - Jałta
W tym miesiącu mija 63-cia rocznica konferencji jałtańskiej.


Ewa Korzeniowska - Sybiraczki
Słyszała pani kiedy tę piosenkę? To marsz Sybiraków..


Fotoreportaż - Sanktuarium
Sybiraków we Wrocławiu


Ewa Korzeniowska - Romantyczny Ogród
Victoria słynie z pięknych ogrodów


A. Rudzka - Cena H2O
Przeciętny Kanadyjczyk na potrzeby kulinarne


Edward Kamiński - Walentynki
Wbrew mniemaniu osób podejrzliwych.


ROZMAITOŚCI
Fraszki, wierszyki, komiks...


INFORMACJE LOKALNE


Ewa Korzeniowska

Sybiraczki

Słyszała pani kiedy tę piosenkę? To marsz Sybiraków. Nie wiadomo, kto go napisał. I kobieta o rumianej twarzy i siwych włosach uczesanych na pazia, siedząca naprzeciwko mnie przy stoliku zaczęła śpiewać. Jej dwie koleżanki cichutko mruczały pod nosem.

Ojczyzno nasza, ziemio ukochana,
W trzydziestym dziewiątym cała krwią zalana.
Nie dość, że Polskę na pół rozebrali,
To jeszcze Polaków na Sybir wygnali.

Dziesiąty luty będziem pamiętali,
Gdy przyszli Sowieci, myśmy jeszcze spali.
I nasze dzieci na sanie wsadzili,
Na główną stację wszystkich dowozili.

No i tak to było. Mój Boże... My spaliśmy, gdy nagle rozległo się walenie do drzwi w środku nocy. Takie natarczywe, i krzyki. Bistrjej. Bistrjej krzyczeli. A mamusia w nocnej koszuli owinięta chustą siedziała na brzegu łóżka i nie mogła się ruszyć z miejsca. Tatuś musiał im oddać broń. U nas było dużo broni w domu. Mój tatuś był piłsudczykiem. Służył w Legionach i za waleczność Marszałek dał mu, tak jak wielu innym swoim żołnierzom, 22 hektary ziemi. I mój ojciec pracował na tej ziemi przez dwadzieścia lat. Takich rodzin osadników jak nasza było tam wiele, dlatego na Wołyniu panował kult Marszałka. W każdym domu osadnika na honorowym miejscu wisiał jego portret albo stała jakaś statuetka, a mężczyźni ćwiczyli swoją wojskową sprawność. Tatuś najpierw nie chciał oddać swoich strzelb, ale żołnierz przystawił mu karabin do gardła. Inny go powstrzymał. Nasza służba nie stanęła w jego obronie. Ludzie, którzy byli nam oddani, stanęli nagle po stronie bolszewików. No więc mamusia sama (bo Zosia, nasza służąca, nie chciała pomagać) popędzana w końcu przez sołdatów rozłożyła na podłodze prześcieradła i wrzucając na nie co popadnie, robiła tobołki. Mój tatuś dowiedział się od jednego z żołnierzy, że wywożą nas na zsyłku. Szliśmy za załadowanymi po brzegi saniami ciągniętymi przez nasze konie. Ja miałam swojego ukochanego psa, na imię mu było Rex i on wszędzie za mną chodził, więc też pobiegł za nami. Chcieliśmy go wziąć, ale żołnierz przywiązał go do płotu. I tak został, gdy odjechaliśmy… miałam nadzieję, że się urwie, wypatrywałam go w ciemnościach, słyszałam jego skowyt… Nie mogłam płakać, w sercu miałam wielką ranę. Była zimna noc. Mróz siarczysty i śnieg skrzypiał pod kołami. Tak jakby całe życie nagle zamieniło się w okrutny sen, z którego nie można się przebudzić.

O straszna chwila, o straszna godzina,
Rodząca swoich bólów zapomina, ale wam powiem,
Nie zapomnę chwili, gdy nas w ciemny wagon jak w trumnę wsadzili.

Tamtej nocy jechaliśmy w towarowych wagonach wymoszczonych słomą. Po kilkadziesiąt ludzi w jednym wagonie. Piec koza (jak mógł się po rusku nazywać?). Jechaliśmy w tłoku z obcymi ludźmi, z którymi musieliśmy dzielić przestrzeń, piec i dziurę w podłodze za kotarą… You know… Our toilet. Dzień i noc żyliśmy w stukocie kół. Ludzie w naszym wagonie płakali. My też płakaliśmy. A nasza mamusia się modliła. Po drodze mieliśmy kilka przesiadek. Jakieś przystanki. Przesiadki.

O żegnaj Polsko, żegnaj chato miła,
O żegnaj ziemio, któraś nas karmiła,
Żegnaj słoneczko i gwiazdy złociste,
My odjeżdżamy z tej ziemi ojczystej.

Po kilku dniach dotarliśmy do granicy, przez szpary w wagonie widzieliśmy powalone słupki graniczne. Ludzie w wagonie zaczęli płakać. Nagle ktoś zaczął śpiewać „Pod twoją obronę…” Potem był pierwszy długi postój. A potem znowu długa, bardzo długa jazda przez zimne przestrzenie. Piliśmy kipiatok i jedliśmy suchy chleb. Na każdym przystanku mamusia wysiadała, by go przynieść. Kiedyś, gdy stała w kolejce, to pociąg nagle ruszył, zanim się spostrzegła. Zaczęła za nami biec i biegła tak szybko, że w końcu dogoniła pociąg i wskoczyła na stopień. Jak ona tego dokonała? Młoda była no i za nic nie chciała się z nami rozdzielić.

Mijają doby, tygodnie mijają,
Raz na dzień chleba i wody nam dają,
Mijamy Rosję i Góry Uralu,
I tak jedziemy wciąż dalej i dalej.

W tajgu was wiedom, rabotat w lesu powiedział kiedyś do mamusi żołnierz na postoju, dając jej trzy karmelki. Mamusia schowała je na specjalna okazję. Ale potem się okazało, że one zniknęły bez śladu. Życie w takim wagonie nie było jednak upodleniem. Cierpieliśmy wszyscy. Najgorzej było z myciem. Ale jak wysiadaliśmy z pociągu, to zawsze gdzieś mieliśmy banie. Ale i tak pełno było chorób. Niektórzy umierali z tyfusu, czerwonki, duru brzusznego. Jak dziecko naszej sąsiadki. Płakało przez kilka nocy, aż w końcu ucichło. Ta pani długo trzymała w ramionach jego ciało, a potem wyła jak zakopywali je w śniegu. To wszystko było dla nas jak straszliwy sen. Ja ciągle się modliłam, żeby się obudzić. Po kilku tygodniach takiej tułaczki… Nie pamiętam dokładnie po ilu, dotarliśmy do tamtego miejsca i dalej jechaliśmy saniami.

Oj smutna była nasza karawana,
„kipiatku z chlebem” dali nam co rana,
Dzieci zmarznięte z sani wypadają, a na noc umarli zostają.

Kto nie rabotajet, nie kuszajet powiedział do nas jakiś urzędnik w posiołku, do którego w końcu nas dowieźli. Rozglądamy się, a to kilkanaście zaledwie baraków, a dookoła tajga. Pokazał nam nasz barak i kazał następnego dnia stawić się do pracy w lesie. A tam mieszkały już ze cztery rodziny takich jak my. Pod ścianami prycze. Po jednej na rodzinę i wspólna „koza”, na której kobiety po kolei gotowały. Zaczęło się nasze życie w obozie pracy. Dzieci miały chodzić do szkoły. Niektórzy rodzice nie chcieli, żeby ich dzieci do rosyjskiej szkoły chodziły, więc też pracowały, pomagając oczyszczać drzewo z kory, by przygotować je do rzecznego transportu.

Codziennie ktoś umierał.
Słoneczko złote smutno nas witało,
Gdy do baraku rano zaglądało.
Dwie białe trumny sosnami ubrane,
Nad nimi matki klęczą zapłakane.

Tam dopiero był głód i pluskwy, i tyfus w tym naszym posiołku i wszystkich innych rozrzuconych po tajdze. Byliśmy w ranach od ukąszeń. Czego kobiety w naszej szopie nie robiły, żeby się tego obrzydlistwa pozbyć… Pluskwy były obrzydliwe, czerwone i spadały z sufitu. Widać ich było setki, gdy zapalaliśmy w nocy światło. Niektórzy mieszkający tam od dawna ludzie pomagali nam czasem. Żołnierze pilnujący nas bywali najczęściej srodzy, bo za pomoc nam byli karani. Zima była straszna. Z utęsknieniem czekaliśmy wiosny.

I przyszła wiosna, słońce zajaśniało,
Lecz u nas wcale nie poweselało,
tylko po lesie słychać głos płaczący
„O, Jezu Chryste, w Ogrójcu mdlejący!”

Latem do pluskiew doszły komary i okropne czarne muszki, które oblepiały nasze twarze. Jak już się to wszystko przeżyło, to właściwie nic już człowieka nie jest w stanie zaskoczyć. Syberia była dla nas drogą przez mękę, ale jakoś ludzie byli honorowi i nie chcieli się kacapom poddać. Cierpieliśmy okrutnie, ale z godnością. Mimo swego okrucieństwa nie złamali nas.

Polski Królowo, zlituj się nad nami,
Nad polską ziemią i nad Polakami,
Powróć nas, powróć do ziemi ojczystej,
Królowo Polski! Panienko Przeczysta!

No i Matka Przenajświętsza wysłuchała zesłańców. Dowiedzieliśmy się, że Niemcy wypowiedzieli wojnę Rosji. Powoli Rosjanie zaczęli odchodzić do armii.

I któregoś jesiennego dnia wezwali nas urzędnicy i powiedzieli, że powstaje polska armia i że Polacy będą mogli wrócić do Polski, jak rosyjska armia stamtąd Germańców wyrzuci. To dopiero była radość. Dorośli cieszyli się jak dzieci. Mój ojciec podśpiewywał sobie coś pod nosem. Rozmowom w baraku nie było końca. Zaświeciło nam światełko wolności, bo Rosja, Anglia i Polska podpisały układ „o wspólnej walce”. Dla nas nastąpiła amnestia, byliśmy wolni. Tatuś poszedł z mężczyznami przez tajgę zapisać się do Armii generała Andersa, a my z mamusią ruszyliśmy za nimi. W końcu w kwietniu 1942 roku opuściliśmy Sowiecki Sojuz i znaleźliśmy się w Teheranie, ale to nie był koniec naszej wędrówki. Ona wtedy dopiero się zaczynała.

Za rozmowę dziekuję paniom Klarze Garson, Krystynie Piechnik i Annie Nagy

Kontakt