nr. 28
VICTORIA, BC,
czerwiec 2011
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Dzień Rodziców
19 czerwca

Kabaret Kropka nad i
25 czerwca


ARTYKUŁY

Edward Kamiński -
Warcholstwa
Ciąg Dalszy

Edward Kamiński

Warcholstwa polskiego ciąg dalszy

„Każda nowa władza myśli, że tym razem będzie cwańsza od społeczeństwa”, powiedział niegdyś znany reżyser i aktor filmowy – Woody Allen, w odniesieniu oczywiście do władzy na gruncie amerykańskim. Myśl ta jest bardziej uniwersalna, pasuje jak ulał i do naszej rzeczywistości polskiej.
Wiele już napisano teoretycznych rozpraw o roli opozycji w państwie, że jest niezbędnym warunkiem prawidłowego działania demokracji. Jednak ze wszystkich „uczonych” definicji najbardziej popularne jest twierdzenie, że opozycja jest potrzebna, by dygnitarzom rządowym nie przewróciło się w głowach od rzekomych sukcesów. Rzecz w tym, że część polskiej elity politycznej nie przyswoiła sobie jeszcze demokratycznych reguł opozycyjnych a już pretenduje do roli ich moralnego strażnika w państwie. Skutki są opłakane, bo ci, którzy mają reprezentować konstruktywną krytykę opozycyjną bardziej zasługują na miano warchołów niż polityków.

Warchoł według Słownika Współczesnego Języka Polskiego to „człowiek zakłócający spokój innych, łamiący prawo dla osiągnięcia korzyści własnych, wykorzystujący swoją pozycję społeczną do załatwiania osobistych interesów; awanturnik, wichrzyciel”. Każde z tych określeń pasuje do opisu naszej czołówki opozycyjnej, nic dodać, nic ująć.
Rebelia, bunt stały się niemal cechą narodową Polaka, wyssaną z mlekiem matki. Kryje się za tym wielki ładunek ironii. W dawnych dziejach Polski nasze buntownicze usposobienia z jednej strony formowały postępowe, wyprzedzające epokę teorie polityczne, bliższe współczesnej ideologii liberalnej. Z drugiej strony porywające hasła służyły li tylko obronie przywilejów prowadzących do całkowitej anarchii. Jeden z najbardziej postępowych aktów politycznych XVIII wieku – Konstytucja 3 Maja nie miała szans przebicia w atmosferze szalejącej „złotej wolności” szlacheckiej. Zobaczmy jak to drzewiej bywało.

Sejmy i elekcje królewskie dawały pole do popisu wszelakiego autoramentu warchołom szlacheckim. Na porządku dziennym były bójki i prywatne potyczki. Podczas elekcji w roku 1764 zabito 13 elektorów i mówiono, że obrady Sejmu przebiegały nadzwyczaj spokojnie. Szlachcic, kiedy nie mógł dojść swej racji prawnie, wspierał się szablą, a nawet armatą. Pieniactwu towarzyszyło krzywoprzysięstwo i podporządkowanie sobie innych siłą. Na obrady zjeżdżano tłumnie. Wielmoże przybywali z wielką świtą i własnymi oddziałami najemnego wojska. Kronikarz Chryzostom Pasek podaje, że na elekcję Michała Korybuta Wiśniowieckiego w 1669 r. „sam Bogusław Radziwiłł miał ze sobą ludzi z ośm tysięcy bardzo pięknych, poczty pańskie, piechoty, wojska wielkie”. Z tejże kroniki dowiadujemy się, że w czasie obrad skłócona szlachta rzuciła się do szabel. Po awanturze ”panowie biskupowie, senatorowie powyłazili spod krzeseł, spod karet, wpół ledwie żywi (…)”. Towarzyszące magnatom świty i wojska były demonstracją własnego znaczenia, zwłaszcza zaś siły do wymuszenia korzystnych dla siebie uchwał. Awantury, nierzadko krwawe, rozbijały jedność i odciągały od ważnych spraw królestwa. Oto np. Jerzy Lubomirski jeden z bardziej popularnych możnowładców swego czasu wyróżnił się w wojnach ze Szwecją i Moskwą, ale też i rokoszem przeciwko elekcji króla Jana Kazimierza Wazy. W starciach zbrojnych z armią królewską, 13 lipca 1666 r. koło jeziora Gopło, najemnicy Lubomirskiego odnieśli decydujące zwycięstwo. Zburzono autorytet króla. Zginęło tego dnia około 2000 szlachty. Wielmoża postawił na swoim nic w zamian nie wnosząc, a rozbicie wewnętrzne Rzeczpospolitej przyśpieszyło zagrożenie zewnętrzne. Wojska królewskie szykując się do walki z Lubomirskim na zachodzie nie zdołały przygotować się do zbliżającej się inwazji Rosjan od wschodu. Król został zmuszony do podpisania rozejmu z Moskwą za cenę utraty części terytorium, którego już nigdy nie odzyskano.

Konsekwencją rozpasanej samowoli szlacheckiej i warcholstwa była uchwała w 1652 r. osławionego „Liberum veto” (nie pozwalam). Formalnie zarejestrowanym sprzeciwem każdy szlachcic mógł powstrzymać obrady Sejmu, aż do wyjaśnienia przyczyn protestu i nakłonienia szlachcica do odstąpienia od sprzeciwu. W czwartym roku powstania Chmielnickiego, w krytycznym czasie dla Rzeczpospolitej, Władysław Siciński, poseł z Upity na Litwie, zerwał Sejm z polecenia magnata Janusza Radziwiłła. Po sześciu tygodniach obrad sesję unieważniono. Nie udało się wyjaśnić przyczyn veta, bo Siciński złożywszy protest, wsiadł na konia i odjechał.

Odtąd Liberum veto czyniło coraz większe spustoszenia; 36 lat później po raz pierwszy zerwano Sejm jeszcze przed wyborem marszałka. Za panowania Augusta II (1697 – 1733) na 20 sesji sejmowych tylko 9 doszło do skutku, a za jego następcy Augusta III (1733 – 63) tylko jeden Sejm zdołał uchwalić ustawy.
Wojny domowe służyły imperialnym celom carskich despotów Rosji, którzy już od roku 1717 szarogęsili się u nas jak na własnym folwarku. Osłabiony kraj musiał przyjąć narzucony protektorat Rosji i „łaskawe” popieranie rządów króla Stanisława Poniatowskiego(1764 -1795). Dopięli w końcu swego całkowitym zaborem naszych ziem.

W dawnych dziejach Polski przewinęły się dziesiątki wielkich pieniaczy i warchołów. Setki tych pomniejszych nikt nie zliczy. Przytoczę tylko kilka “najwybitniejszych” postaci:

Do najprzedniejszych warchołów należał Stanisław Stadnicki, starosta zygwulski, zwany „diabłem łańcutskim”. Doszedł do olbrzymich dóbr i fortuny. Utrzymywał stale kilkuset żołnierzy - najgorszych szumowin. Dysponował taką siłą uzbrojonych łotrów, nawet artylerią, że przez dziesięciolecia nikt nie odważył się poskromić awanturnika. Łupił szlachtę, księży, mieszczan i chłopów. Wrogom i poddanym obcinał nosy, uszy, więził w lochach łańcuckiego zamku. Diabeł z Łańcuta nie wahał się nawet wystąpić z otwartym buntem przeciwko władzy królewskiej. Na zjeździe rokoszan w Lublinie perorował: „… króla Zygmunta za pana nie mam i poddaństwo mu wypowiadam!”. Władysław Łoziński w pracach historycznych pisze o Stadnickim: “Dochodził swych racji szablą i pozwem, muszkietem i dekretem, krwią i atramentem. Tyle, co krwi, przelał atramentu w swych niezliczonych protestancjach i pozwach”. Warchoł łamał prawo i jednocześnie się nim zasłaniał. Wnosił do sądu oskarżenia przeciwko swym ofiarom, deptał obowiązujące zasady, a prawił o cnocie.

Nie sposób pominąć Karola Stanisława Radziwiłła „Panie Kochanku”. Wychowany w samych pochlebstwach, bez należytej edukacji i dyscypliny. Z racji dobrego urodzenia już w wieku 14 lat był posłem na sejm. Ograniczony pijanica, odziedziczył najgorsze cechy po ojcu - Michale Kazimierzu, zwanym „Rybeńko”. Ojciec, sławny magnat, pieniacz i awanturnik korzystał z nieograniczonej władzy.

Wielkim warchołem był Mikołaj Bazyli Potocki, starosta kaniowski. Wywodził się z możnowładczej rodziny piastującej wiele urzędów i godności. Zaciężna armia 3000 uzbrojonych obwiesiów zapewniała mu bezkarność. Łamał prawo folgując swej fantazji gdzie tylko miał ochotę. W czasach anarchii saskiej na sejmikach wzniecał pijackie awantury i zabijał. Odznaczał się specyficznym poczuciem humoru. Zwłaszcza Żydzi byli ofiarami jego wesołości. Gdy zabił Żyda na terenie sąsiada, właściciel domagał się satysfakcji. Potocki kazał naładować wóz drabiniasty Żydami ze swych dóbr. Transport ten sługa wyładował na podworcu sąsiada i oznajmił: „Pan kłania Jegomości i za jednego Żyda przesyła czterdziestu”. W jednym ze swych pamiętników Niemcewicz podaje, że „rozkazywał babom włazić na jabłoń i kukać jak kukawki, wtenczas strzelał do nich śrutem w tylec, baby spadały, a on śmiał się do rozpuku”.

x x x

Sobiepaństwo, brak poszanowania dla wszelkich legalnych urzędów, instytucji państwowych i współobywateli przetrwały do czasów współczesnych. Głęboko zakorzenione w historii polskiej awanturnictwo, wichrzycielstwo i pieniactwo ma się w najlepsze. Historyczne uwarunkowania utrwaliły w nas przekonanie, że „nikt nie będzie nam narzucał, co nam wolno”. Po blisko 150 latach od pierwszego rozbioru Polski, w wolnym kraju, wewnętrzne utarczki niszczyły demokrację II Rzeczpospolitej. Podobnie w III Rzeczpospolitej, już w początkach transformacji, po upadku PRL, walka przeważyła nad wspólnotą i porozumieniem. Na szczęście udało się po zajadłych debatach doprowadzić do ugody w tak zasadniczych kwestiach jak przystąpienie do Unii Europejskiej, NATO i uchwalenie konstytucji. Sześć lat temu Polska znalazła się pod znakiem „bliźniąt”, tylko, że nie zodiaku, a bliźniąt Kaczyńskich. Ich rządy miały być odrodzeniem kulturalnym i moralnym państwa. W IV Rzeczpospolitej braci Jarosława i Lecha Kaczyńskich przeniesiono najgorsze tradycje XVII –XVIII wieków w czasy współczesne. Dogmatyczni do szpiku kości, w krótkim czasie skłócili się z Moskwą, Berlinem i politykami Unii Europejskiej w Brukseli. W swych nacjonalistycznych przekonaniach, zasłaniając się patriotyzmem, opowiadali się przeciwko dołączeniu Polski do krajów Unii Europejskiej. Staliśmy się pośmiewiskiem cywilizowanego świata. Jeszcze bardziej zamieszali w kraju. Zdaniem postronnych obserwatorów w Polsce pojawiły się niebezpieczne zaczątki państwa policyjnego z totalitarnymi metodami i pogardą dla demokratycznych regulacji i prawa. Mnożyły się pomówienia, każdy był podejrzany. Wszędzie czaiła się zdrada. Teorie spisku i wszechobecnej mafii były przykrywką do szczególnej aktywności władz ścigania, zastraszania świadków i nakłaniania do fałszywych zeznań. Stara, rzymska zasada sprawowania władzy „dziel i rządź” najlepiej sprawdziła się w pierwszym punkcie. W nieustannym poszukiwaniu wrogów i zagrożenia zewsząd społeczeństwo zostało podzielone na „dobrych i złych Polaków”. Odpowiednio podsycana atmosfera pomówień i fałszywych oskarżeń, sprzyjająca podziałom, trafiła do przekonania prostego ludu. Każdy przedsiębiorca to oszust, inżynier, lekarz to łapówkarz, a inteligencję krytycznie nastawioną do takiej polityki, Kaczyńscy obdarzyli pogardliwym mianem „wykształciuchów” i „łże-elit”.

Doświadczenia pokoleń głęboko zakorzeniły podejrzenia w świadomości Polaków, że za każdymi zmianami coś się kryje. Im mniej wykształcone środowisko, mniej rozwinięty gospodarczo rejon kraju, mniej się czyta i śledzi w prasie, radiu i TV wiadomości z kraju i ze świata, tym większa podejrzliwość, obawy przed nowościami. Nie bez przyczyny Premier i Prezydent stawiają na elektorat zaścianka. Do zapadłych miejscowości z trudem przebijają się przemiany ustrojowe i gospodarcze. To z tych zapyziałych środowisk wywodzi się gro „dobrych Polaków”, tam mówi się, że nie wszyscy muszą być postępowi, trzeba być przede wszystkim patriotą. W historii Polski pamięć narodowa przeważnie sprowadzona była do walki, męczeństwa, czynu zbrojnego. Powtarzano przymiotniki: „patriotyczny”, ”narodowy”, „powstańczy”, „męczeński”. W czasach zaborów i okupacji pomagało to w mobilizowaniu oporu, jednoczyło naród, dodawało otuchy. Nie mówiło się natomiast wcale lub niewiele o przyczynach naszych klęsk – o anarchii, prywacie, bezmyślności, że czyn wyprzedzał najczęściej myśl polityczną. Cyprian Kamil Norwid, poeta i dramaturg okresu romantyzmu pisał o zrywach powstańczych w czasie rozbiorów: „Energia wyprzedza zawsze inteligencję – i co pokolenie jest rzeź”. W tak okrojonej historii byliśmy zawsze wyjątkowi, pierwsi gotowi do boju o sprawę, dzięki nam upadł komunizm i jak pisał w ironicznym felietonie Ludwik Stoma – wynaleźliśmy lampę naftową. Jesteśmy przedmurzem chrześcijaństwa, obroniliśmy Europę przed zalewem islamskich barbarzyńców, urodziliśmy papieża, Polakami był Kopernik, Chopin, …. Świat winien nas docenić. Im więcej tego patriotyzmu, cierpiętnictwa, honoru i odwoływania się do Boga, tym łatwiej wpoić wyborcom jedyną prawdę, każdy mit, oczywiste absurdy i oskarżenia.

Z zaścianka wywodzą się słuchacze Radia Maryja. Eksploatując środowiska tradycjonalnie religijne, Radio – ważny sojusznik PiS, mówi o potrzebie miłości bliźniego. Bliźni jednak, to tylko ten, który należy do wspólnoty słuchaczy rozgłośni. Inni zagrażają głoszonym wartościom. Trudno jest o dialog z Radiem Maryja, kiedy głosi np., że „Wybory wygrała Matka Boska”, ale siłę rozgłośni można rzeczowo wytłumaczyć. W socjalizmie rynkiem pracy nie kierowała ekonomia a ideologiczne dogmaty. Każdy mógł pracować, często obowiązki jednej osoby wykonywało bezproduktywnie kilku pracowników. Po upadku PRL wymogi opłacalności produkcji zredukowały rozdęty rynek pracy. Wiele ludzi nie zdołało dostosować się do zmian, zwłaszcza starsi, mniej wykształceni, niezaradni, z niskimi kwalifikacjami zawodowymi i bez zawodu. „Odrzuceni” z głównego nurtu społeczeństwa czują się niepotrzebni, są łatwym łupem opozycyjnych demagogów dążących do przejęcie władzy w kraju. Nowe, pragmatyczne rządy premiera Tuska nie umiały przekonać kilka milionów potencjalnych wyborców. Sądzono, że postępowe reformy, rozwój gospodarczy świadczą same za siebie o słuszności obranego kierunku. To był znaczący błąd partii Platformy Obywatelskiej. Błąd trudny dziś do naprawienia, bo „odrzuconych” zagarnęło pod swoje skrzydła Radio Maryja. Podobnie z ogromną ilością wdów (kobiety żyją dłużej). Spis powszechny w roku 2002 ujawnił 2.5 miliona starszych, samotnych kobiet. Panie w większości zachowawczych poglądów, radio ojca Rydzyka uwieńczyło rangą najbardziej patriotycznej części społeczeństwa. W nurcie Platformy Obywatelskiej nazwane kpiąco moherowymi beretami, w gronie słuchaczy Radia Maryja czują się dowartościowane. Przeciwstawiają się przecież rzekomemu zagrożeniu utraty religii, ziemi i tożsamości w Unii Europejskiej; są częścią wspólnoty podobnych zapatrywań. Większość z nich nie spostrzegła, że najbardziej są potrzebne do ustawicznych datków pieniężnych na rzecz Radia Maryja. Nie widzą, czy nie chcą widzieć, że dyrektor rozgłośni ojciec Rydzyk zafundował sobie samochód marki Maybach wartości blisko 370 000 dolarów USA, jeden z najdroższych na świecie. Ciułają grosz do grosza, nie starcza na bułki czy lekarstwo, czasem głodują, ale wysyłają nierzadko jedną czwartą skromnej renty, czują się potrzebne. Serce się kraje. „Odrzuceni”, lub jak kto woli „wykluczeni” stali się przedmiotem cynicznych przetargów politycznych. Jarosław Kaczyński wykorzystuje dla swoich celów niezadowolenie, poczucie niesprawiedliwości, krzywdy i kompleksy drzemiące w zacofanych, uboższych i niezaradnych środowiskach. Należy im się lepsze życie – głosi Kaczyński, ale przysługujące im dobra zgarniają pod siebie elity powiązane wszechobecnym spiskiem.

Pogarda dla myślących inaczej, inspirowana międzypartyjnymi pyskówkami, obrzucanie się obelgami, przeniosły się z Sejmu na publiczne forum. W imię moralnego, (PiS-owskiego) uzdrowienia Rzeczpospolitej Polacy dali się wciągnąć w wolnoamerykankę. Naprzeciw stanęły dwa całkowicie nierozumiejące się ugrupowania. Z jednej strony większość społeczeństwa popierająca pragmatyczne, postępowe rządy Platformy Obywatelskiej. Z drugiej strony formacje narodowo-katolickie, zachowawcze, pełne uprzedzeń, zastraszone utratą religii i tożsamości. Podziały są tak głębokie, że zanika poczucie wspólnoty narodowej. Od czasu przegranych wyborów, Jarosław Kaczyński na czele największego ugrupowania opozycyjnego jeszcze bardziej wzmaga kampanię nienawiści, pomówień i fałszywych oskarżeń. Debata publiczna została sprowadzona do demagogii, agresji, brutalnego obrzucania przeciwników politycznych obelgami. Język rewolucji domowej nie dopuszcza do negocjacji ani kompromisów.

W powikłanych sporach politycznych i społecznych łatwo być posądzonym o stronniczość. Obiektywne spojrzenie wymaga prześledzenie różnorodnych źródeł. Dlatego też artykuł ten był jednym z trudniejszych do opracowania. Jak tu przytoczyć logiczne wnioski z kronik wydarzeń wielu miesięcy, z setek stron rzeczowych artykułów publicystycznych i publikowanych wypowiedzi osób różnej orientacji na kilku stronach naszego pisma? Siłą rzeczy ograniczam się do najistotniejszych, ogólnych argumentów.

Partia Prawo i Sprawiedliwość nie ma do zaproponowania żadnej alternatywnej wizji rozwoju Polski. Zamiast rzeczowej krytyki wnosi jedynie nieuzasadnione sprzeciwy. Torpeduje i utrudnia normalne funkcjonowanie Państwa. Prezes PiS jest wyrazicielem jednej i jedynej prawdy, która prędzej czy później ponownie wyniesie go do władzy – władza ponad wszystko. Głosi o potrzebie moralnego odrodzenia kraju, a jednocześnie posługuje się kłamstwem. Głównie taktyka polega na przedstawieniu totalnego upadku gospodarczego, społecznego i politycznego państwa. W wystąpieniach publicznych Jarosław Kaczyński opisuje Polskę, jako kraj na skraju zapaści, zrujnowany przez „system Tuska”. „Dziś polskie państwo marnotrawi czas przedsiębiorczych Polaków, okrada ich z szans i tłumi ich energię, stale podkopując ich zaufanie do instytucji publicznych i siebie nawzajem” – ocenia Kaczyński. Prezes PiS głosi, że za jego rządów polska gospodarka nadzwyczaj kwitła. Rzeczywiście wzrost PKB i poziom bezrobocia były wtedy lepsze tylko, że na świecie panował wówczas nie krach, a najlepsza koniunktura gospodarcza od dziesięcioleci. Jak nadzwyczajnie „kwitła? Polski PKB wzrósł z 6,2 do 6,8 proc., a w tym czasie PKB Litwy z 7,8 do 9,8 proc. i Słowacji z 8,5 do 10,5 proc. Nie ma więc powodu do aż tak wielkiej chluby.

Wiele jest jeszcze do odrobienia. Nie wszystko zasługuje na pochwałę, wiele trzeba zmienić. Nie jesteśmy krajem mlekiem i miodem płynącym. Trzy i pół roku rządów Platformy Obywatelskiej były trudnym czasem kilku powodzi, kataklizmów, katastrofy smoleńskiej i recesji gospodarczej świata. Mimo wielu przeszkód Polska przeobraża się z zacofanego „przedmurza chrześcijaństwa”w nowoczesne państwo. Ostatnio Komisja Europejska podwyższyła Polsce prognozę wzrostu gospodarczego na rok 2011. Komisja zakłada, że wzrost PKB w Polsce z 3,9 do 4,1 proc. będzie większy niż w najsilniejszych gospodarkach Unii Europejskiej, które odpowiadają za 80 proc. PKB całej UE. Dla przykładu, PKB dla Niemiec wzrośnie do 2.4 proc., w Wielkiej Brytanii obniży się z 2.2 do 2.0 proc. Raport Komisji podaje, że jest to między innymi wynik nowych inwestycji, lepszego popytu wewnętrznego, konsumpcji i rynku pracy, który “przetrwał kryzys bez większego uszczerbku”. Uznano też polski plan sprowadzenia deficytu budżetowego do bezpiecznego wymiaru 3 proc. Kaczyński oskarża teraz rząd o nadmierne zadłużenie, ale na początku kryzysu domagał się zwiększenia wydatków budżetowych. Oparł się temu minister finansów. Ze wszystkich krajów Unii Europejskiej wyszliśmy na tym najlepiej.

Z pomocą unijnych funduszy Polska jest obecnie największym placem budowy w Europie. Między innymi Kaczyński uwziął się na brak postępu w budowie dróg i autostrad. Jeszcze jeden przykład z wielu jego demagogicznych wystąpień. W latach 2005-07, gdy on rządził oddano do użytku 313 km nowych tras. W następnych trzech latach rządów premiera Tuska ukończono 1048 z 1472 km zaplanowanych nowych dróg krajowych, ekspresowych, obwodnic i autostrad. Jest to kilkakrotnie więcej niż zbudowano za poprzednich pięciu rządów razem wziętych. Za dwa lata będziemy mieli 1400 km nowoczesnych autostrad i 1200 km dróg ekspresowych. Tylko najbogatsze państwa świata podołałyby większym wydatkom.

Innym przykładem demagogii są oskarżenia rządu o wzrost cen żywności, kiedy wiadomo, że w systemie wolnego rynku rząd nie ma na to wpływu. Żywność podrożała na całym świecie. Kaczyński np. obwinia premiera Tuska o skok cen cukru. Liczy chyba na to, że już zapomniano o negocjacjach z EU w Brukseli w 2005 r. Krzysztof Jurgiel, minister rolnictwa w rządzie PiS nieopacznie zgodził się na ograniczenie produkcji cukru w Polsce o 300 tys. ton. To był oczywisty błąd w regulacji rynku UE. Produkujemy obecnie mniej niż potrzebujemy. Dawniej eksportowaliśmy cukier, a teraz go kupujemy.

Klasycznym przykładem warcholstwa jest podważanie prawnych podstaw państwa. Kaczyński nie uznaje demokratycznie wybranego prezydenta, legalnego rządu i instytucji państwowych, stwarza niebezpieczny stan zapalny otwartej rebelii. Prezydent Komorowski jest wspólnikiem generała Jaruzelskiego, jest kryptonimem komunisty, który chce sprzedać Polskę Rosji – głosi prezes PiS. Wraz z premierem Tuskiem są winni katastrofy smoleńskiej, w której zginął śmiercią męczeńską prezydent Lech Kaczyński. Obaj mają krew na rękach. Niepohamowany w nienawiści apeluje do wojskowych, aby „pomścili generała Błasika”, najwyższego rangą dowódcę, ofiarę tegoż spisku. „Jest w tym coś nieprawdopodobnie upiornego, – pisze w „Polityce” znany felietonista Stanisław Tym, że jeden facet, zżerany rządzą władzy i Bóg wie czym jeszcze, potrafił zrobić z tragedii ciągnące się miesiącami wylewanie pomyj”.

Prezes PiS podważa status i autorytet polskich władz na forum międzynarodowym. Zdumienie rządów w krajach Unii Europejskiej wywołało oświadczenie Kaczyńskiego, że kraj stał się rosyjsko-niemieckim kondominium. Komentując to, brytyjski tygodnik „The Economist” pisał: „Polska nigdy nie była bezpieczniejsza, zamożniejsza i lepiej postrzegana na świecie niż dziś”. „Po raz pierwszy od dziesięcioleci Polska stała się graczem, a nie boiskiem dla europejskiej dyplomacji”. „Unijni urzędnicy ze zdumieniem przyglądają się idącym pełną parą przygotowaniom do polskiej prezydencji w drugiej połowie roku”. (Polska będzie przewodniczyła Unii Europejskiej od 1 lipca do końca bieżącego roku).

W wyborach prezydenta Polski, po tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego, polonia kanadyjska w większości głosowała na Jarosława Kaczyńskiego. Ściślej mówiąc głosowali ci, którzy zachowali podwójne obywatelstwo. To było do przewidzenia. Polonia zawsze była patriotyczna, religijna, związana z lokalnymi, polskimi parafiami i konserwatywna. Hasła: „Bóg, wiara, honor i ojczyzna” są bliskie rodakom na obczyźnie. Żonglując podniosłymi dewizami łatwiej sprzedać inne, nie zawsze prawdziwe treści. Polska jest daleko, żyjemy tu, na co dzień sprawami nowego kraju. Niewielu ma czas na systematyczne śledzenie wydarzeń zza oceanu. Bardziej aktywna prasa i pro PiS-owskie kanały informacyjne szerzyły swoje „prawdy” bez większej przeciwwagi obiektywnych publikacji. Nie bez winy jest też Kościół katolicki w Polsce. W wyborach jawnie poparł Jarosława Kaczyńskiego, widząc w nim sojusznika przeciwstawiającego się rozdziałowi spraw państwa od Kościoła. Kaczyński jednak w swej zapalczywości stał się w końcu sojusznikiem niewygodnym. Czarę przepełnił 10 kwietnia, w czasie obchodów rocznicy katastrofy smoleńskiej. Powtarzające się od roku zamieszki religijnych fanatyków w Warszawie przed pałacem prezydenta Komorowskiego, podsycane przemówieniami prezesa PiS, pośrednio godzą w reputację władz kościelnych. Biskup Tadeusz Pieronek zarzucił Kaczyńskiemu i jego partii rozniecanie wojny domowej i wykorzystywaniu religii w celu zdobycia władzy za wszelką cenę.

Trudno oczekiwać, że przytoczone argumenty trafią do wszystkich czytelników „Stron”. Dla niektórych własne przekonania są silniejsze od świadectw rzeczywistości. Niejaka Gabbie z Kanady, szczególnie aktywna w komentowaniu internatowego serwisu informacyjnego polskiego radia, pisze: „To my Polacy musimy zrobić to co robią Egipcjanie. Tylko w ten sposób można pozbyć się tej komunistycznej Platformy Obywatelskiej. …Po wyborach będzie za późno. … Już teraz musimy się zjednoczyć i wybrać Polaków do naszego rządu. Precz z Tuskiem, Komorowskim, Jaruzelskim i całą tą bandą”.

Proszę sobie wyobrazić - Polonia kanadyjska na czele z Gabbie będzie obalała demokratycznie wybrany rząd w Polsce nie czekając na następne wybory. A powiada się, że Pan Bóg dał nam rozum żebyśmy go używali, chociażby po to by nie dać się wpuścić w pokrzywy każdemu kto głośniej krzyczy.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji