nr. 27
VICTORIA, BC,
marzec 2011
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


ARTYKUŁY

Edward Kamiński -
Tak cię widzą
jak cię słyszą

Adach Śmiarowski

CIOCIA

Ludzie jak dnie. Przemijają. Dwa razy nie wejdziesz do tej samej rzeki, dwa razy nie spotkasz tego samego człowieka.
Przychodzi czas, kiedy tysiące molekułek zjednoczone siłą tajemną w kombinację przedziwnie ludzką przestają istnieć jako system. I już nigdy nie będzie tej samej kombinacji.
Są ludzie, o których się opowiada z lubością. Takie czy inne przymioty czynią ich niezwykłymi. Są wielcy poczciwcy i wielkie świnie, wielcy naiwni i wielcy cwaniacy, wielcy mądrale i wielcy głuptacy. Wspaniali, sławni, politycy, żołnierze, sportowcy, hetery, ludzie, ludziki. Poza tym są jeszcze ludzie zwyczajni. Idą przez życie swoimi wąskimi perciami i zwalają się niedostrzeżeni na końcu urwiska.
Miałem kiedyś ciocię, a może to ciocia mnie miała. Nigdy dobrze nie dowiedziałem się jak się pojawiła i jak zniknęła z naszej ziemi. Znalazłem w ocalałych z wojny dokumentach jej list, gdzieś z początku stulecia. List pisany był do domu z hotelu na Saskiej Kępie. Staranne, zaokrąglone pismo, zdania składne, staroświeckie.
Ciocia opisywała wydarzenia z ekskursji stołecznej.
W starym, oprawnym w skórę albumie, wśród mnóstwa dagerotypów z prababkami w gorsetach i z wąsatymi pradziadkami, jest jedno zdjecie z laboratorium pani Curie. Ponurzy, brodaci studenci pośród muzealnych przyrządów. Skupione twarze, poblask nauki. Wśród nich ciocia, w długiej do ziemi sukni, buzia pucułowata, uśmiechnięta lekko. Miała może 18 lat. Studiowała na Sorbonie. Nagle wróciła do kraju. Nie wiadomo dlaczego. Podobno jakiś romans gwałtowny. Ciocia nigdy nie wyszła za mąż.
Po ostatniej wojnie ciocia została komisarzem gdzieś na Ziemiach Odzyskanych. Uczciwa część rodziny cieszyła się, ze to się wreszcie i ciocia obłowi się w tym El Dorado. Tymczasem wróciła do Warszawy tak jak i wyjechała, z jednym tobołkiem. I tak już zostało.
Ciocia Fela, jak ją pamiętam, była drobną, szczupłą staruszką o poczciwej, pucułowatej nieco twarzy. Mieszkała na Żoliborzu, za Teatrem “Komedia”. Kuchenka i maleńki pokoik z żelazną pryczą. Trzy półki na książki dodawały splendoru tej chudobie. Wzdłuż ściany tłoczyły się pisma, artykuły, gazety, powiązane starannie sznurkami. Od czasu do czasu nadchodziły jakieś akta, głównie z Francji. Nie wiem czy ciocia opłacała prenumeraty. Renty miała kilkaset złotych.
W mieszkaniu cioci Feli zawsze trochę trąciło, bowiem ciocia z pasją karmiła gołębie, które odwdzięczały się z równą pasja na parapecie kuchni. Wpadłem do niej na Żoliborz wszystkiego kilka razy. Ciocia zawsze cieszyła się serdecznie, parzyła herbatę i zaciągała mnie do książek. A to Borhardta “Krążownik spod Somosierry” mi poczytała, a to z francuskiego mi potłumaczyła.
Prosta. Zasuwała pod łóżko zmaltretowane woluminy dociekań fizycznych by mnie nie nużyć zawiłym aparatem matematycznym, którym zabawiała się wieczorami, kiedy inne ciocie ustawiały sobie pasjanse. Raz nieopacznie wymądrzałem się coś o Dedekindzie i granicach. Ciocia wyprostowała mi ścieżki i wróciła szybciutko do opowieści marynarskich. Czajnik pykał na kuchence.
Któregoś ciepłego lipca zbierałem się na północ i wyskoczyłem na Żoliborz by odwiedzić ciocię. O, jak dobrze, ze wpadłem, jak dobrze! Ciocia ucałowała mnie na progu. Wchodź, no wchodź. Napijesz się czegoś, Adasiu? Przechodziłem przez próg, kiedy nagle mnie coś tknęło. Cofnąłem się na korytarz. Spojrzałem uważnie. Tam do licha! Nie może być!
Ciocia podreptała do kuchni. Wchodziłem powoli, dumając. Zamknąłem drzwi za sobą. Nie było wątpliwości. Cioci mieszkanie było okotwiczone. Znaki, wiadome tylko wtajemniczonym, zamykały niewidzialna antaba drzwi ciocinego kwaterunku. Choćby i same drzwi były otworzone na oścież, przejście przez próg było zamknięte dla świata podziemnego. Ciocia była nietykalna.
Pierwsza myśl, jaka przylazła mi do ogłupiałej głowy, to to, że ciocia ma metę. Ciocia Fela na paserce. Ha, świetne, doskonale!
Ciocia Fela. Nic mi nie pasowało. Narkotyki może. Wchodzą w modę. Poza tym, żaden grubszy kaliber by się u cioci nie zmieścił. Nagle mnie olśniło! Cynk był wprawdzie jawny, ale może jednak chodzi o metę. Cicha. Ciocia może nawet nie wiedzieć, co się tu wyrabia. Zacząłem delikatnie indagować. Nie przyłazi to tak, kto do cioci, paczek może nie zostawia dla innych? A, przychodzą tu studenci mat-fizu, ciocia im tłumaczy to i owo. Nie, nic tu nie zostawiają, chyba że zapomną. A sąsiedzi może? O, nieczęsto, nieczęsto.
Nic mi moje okrążanie nie dało, a pytać obcesowo nie śmiałem. I pewnie bym się nie dowiedział przyczyny, gdyby nie cytryna. Ciocia stała w kuchni i szperała po szafkach.
- Adasiu, nie ma cytryny. I nawet nie mam niczego do jedzenia. Jakoś tak mi wyszło. A ty pewnie głodny.
- Broń Boże, ciociu. Ale to, widzę, wymiotło cioci kuchnie do czysta.
Faktycznie, w szafkach niewiele było. Nawet chleba się nie dopatrzyłem. Ciocia uśmiechnęła się serdecznie.
- Ach, bo to, wiesz, taka śmieszna historia.
I ciocia, poczciwinka opowiedziała mi, co się jej przygodzilo. Parę tygodni temu obudził ciocię w nocy dziwny szmer w kuchni. Ciocia miała bardzo delikatny sen, wydrapała się z pryczki i co to? W kuchni stał jakiś człowiek, który ujrzawszy ciocie podskoczył do niej jak kot i wyciągnął z kieszeni nóż. I co? Jak wyciągnął tak i trzymał, a ciocia lękliwa nie była. Zanim się bandzior zmiarkował ciocia poprosiła go do pokoju i zaparzyła herbatkę. Tam się dowiedziała, ze jegomość dopiero, co z wiezienia wyszedł, pracy i pieniędzy nie ma. Uchylone okno upatrzył od podwórka i wlazł po daszku. Porozmawiali sobie długo. Ciocia dala mu wszystko, co jej zostało z renty sumitując się, ze więcej nie ma. Włamywacz za nic nie chciał wziąć, ale go ciocia przekonała, że dla niej to nie kłopot, ma coś tam odłożone na książeczce. Nie zabrzmiało to prawdziwie, przeto ciocia uciekła się do argumentu, ze już nie będzie się musiał włamywać i ryzykować odsiadkę. Poza tym może to traktować jako pożyczkę i sprawa załatwiona.
- Zrobiłam mu jeszcze kanapkę na drogę i już musiał iść, bo się zaczynało robić jasno.
- Jak wyglądał?
- Nie wiem, bo poszedł zanim się zrobiło jasno. Przecież nie zapaliłam światła, bo by się może wstydził. Tak po ciemku przyjemniej się nam rozmawiało. Bardzo inteligentny i sympatyczny człowiek. Powiedziałam mu, żeby mnie jeszcze odwiedził, najlepiej nocą, to się nie będzie musiał obawiać.
Którejś jesieni ciocia przemknęła się cicho drogą na cmentarz. I już. Jaka była? Nie mam pojęcia. Taka zwyczajna ciocia.

* * *

Tekst ten po raz pierwszy zostal opublikowany w pierwszym polskim internetowym magazynie Spojrzenia redagowanym przez Jurka Krzystka.

Następny artykuł

Napisz do Redakcji