nr. 23
VICTORIA, BC,
pażdziernik 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Ludwik Wilczyński

POLISH HIMALAYAN BOOM 2

(kontynuacja artykułu z poprzedniego numeru STRON)


18 maj 1980r, Szczyt Dhaulagiri wysokość 8767m. Od lewej: Alex McIntyre, Rene Ghilini, Wojtek Kurtyka, Ludwik Wilczyński

Granica „przyjaźni”
W Tatrach, bez politycznych podtekstów i ideologii, wszyscy zgodnie pracowaliśmy nad ośmieszaniem nienaruszalności granicy „przyjaźni” między Czechosłowacją a Polską. Szanujący się wspinacz każdego roku mógł pochwalić się kilkunastoma nielegalnymi wspinaczkami, po słowackiej stronie naszych gór.

* * *

Michał Gabriel, czołowy wspinacz tatrzański lat 70., z wyglądu skrzyżowanie Archanioła Gabriela i Johna Lennona, stanowił wstrętny widok dla każdego wojskowego. Pochwycony w czasie powrotu z nielegalnej wspinaczki przez straż graniczną, trafia na przesłuchanie do dowódcy tatrzańskiej jednostki tej straży. Legendarny kapitan Baniak, bohater dziesiątków anegdot, zniecierpliwiony wykrętnymi odpowiedziami Michała:

- Gabryel, myślicie, że ja nie wiem o waszych wyczynach? Ja tu mam wszystkie numery Taternika (periodyk wspinaczkowy). Wasze przejścia zeszłoroczne, Gabryel, były nielegalne! Co do jednego!

- Panie kapitanie. Tak długo pan żyje w naszej socjalistycznej ojczyźnie. Przecież prasa kłamie...

- ????????????

- Panie Kapitanie. Mam propozycję. Napiszę do Taternika, że razem zrobiliśmy nową drogę na jakiejś poważnej ścianie. Zobaczymy, czy wydrukują?

Najpierw błysk zainteresowania, potem zwycięża jednak wojskowy dryl. Kapitan obrusza się.

- Co wy mi tu, Gabryel!

Szansa na nieśmiertelną i udokumentowaną sławę w środowisku, przeszła Michałowi koło nosa.

* * *

Oczywiście wydawało się nam, że walczymy z tzw. „komuną”, jednakże zdecydowana większość środowiska tylko sympatyzowała z opozycją demokratyczną lat 70. Byli wśród nas prawdziwi konspiratorzy, ludzie, którzy więzieniem zapłacili za przekonania. O wspinaczach można jednak powiedzieć tylko, że tak jak większość środowisk inteligenckich, prawie całe „było przeciw”. Łagodnej dezaprobaty wspinaczkowego światka doświadczyło tylko kilka osób otwarcie współdziałających ze skompromitowaną w stanie wojennym władzą.

Outsajderzy odwalili kawał dobrej roboty
pielęgnując w środowisku nadwerężone systemem poczucie wolności. Podczas gdy Zawada pracował na salonach polskiego i światowego alpinizmu a Kurtyka przechadzał się samotnie po szczycie dachu majstrując w metafizycznych zakamarkach swojej głowy, oni w piwnicach polskiego alpinizmu, bez dowodów osobistych i paszportów, nie pracując „na etatach”, plugawie odziani i pijąc nie najlepsze trunki, dawali nam poczucie pełni i niezależności. To cała galeria typów i materiał na osobny artykuł.

Bracia Voglowie, górscy święci wegetujący całymi latami wysoko w górach, autorzy pierwszych trudnych zimowych wspinaczek w Tatrach pod koniec lat 40.

Jerzy Rudnicki – „Druciarz”, którego skłonność do niekonwencjonalnych rozwiązań problemów asekuracyjnych i motoryzacyjnych przy pomocy zwykłego drutu, była równa nieokiełznanej miłości do tanich win owocowych i prostego jadła (na przykład słonina z dżemem).

Janusz Hierzyk - „Hierzol”, dobry i twardy wspinacz, którego przekleństwa ociekały barokowym bogactwem formy, a kariera inżyniera chemika nieodwołalnie skręcała w stronę nielegalnej produkcji ukochanych substancji.

Ryszard Malczyk - „Riko”, prekursor free climing w naszym kraju, którego lekkość ruchów w skale i w życiu budziła powszechny podziw środowiska.

Andrzej Michnowski – „Dziadek”, jeden z najlepszych wspinaczy swego pokolenia, autor wielu zimowych premier, błyskotliwych przejść i absurdalnych górskich happeningów. Odszedł od wspinania, aby poważnie zająć się alkoholem.

Zbigniew, „Małolat” Czyżewski, niezwykły talent wyrastający ponad ówczesne techniczne możliwości środowiska, który wybrał eksplorację swojej duszy przy pomocy dragów.

W Himalaje oczywiście nie dotarli, ale bez nich obraz środowiska byłby niepełny.

Nie komercyjny charakter środowiska
wspinaczkowego rzutował na siłę motywacji jego członków. Ani środowisko jako całość nie było obiektem działań marketingowych, bo było nas mało i nie miał kto o nas zabiegać, ani w związku z tym nie było normalnego na całym świecie zawodowstwa. Sprzęt wspinaczkowy w dużej mierze produkowany był pokątnie i bez atestów. Właściwie tylko słabej jakości liny i buty zimowe były produkowane w państwowych, czyli jedynych zakładach produkcyjnych.
Niektóre części wyposażenia robiliśmy sami. Ręczne szycie uprzęży w latach 70., było wśród wspinaczy powszechną umiejętnością, a nasze matki i babki niejednokrotnie przed wyjazdami szyły ochraniacze, czy robiły na drutach czapki, rękawice i skarpety. Najlepsi sami wykonywali plecaki, czy nawet śpiwory puchowe. Na przełomie lat 60. i 70. powstawały zakłady rzemieślnicze produkujące sprzęt asekuracyjny. Wiele z nich prowadziło działalność nieoficjalnie, ale wszyscy starali się testować produkty przy pomocy dostępnych w Polsce urządzeń.

Sprzedawanie swojego wizerunku
i dokonań a nawet praca przewodnika wysokogórskiego, były to rzeczy znane, ale rzadko spotykane w naszym kraju. Niezwykłym wyjątkiem był Andrzej Zawada, który potrafił już w latach 70., nie będąc w żadnym stopniu związany z panującym reżimem, wypromować polski himalaizm i swoją osobę w kraju i zagranicą. Osiągnął to bez politycznych koncesji i finansowych korzyści. Polskie wyprawy były pod tym względem wyjątkowe. Książki i sprawozdania z wypraw w sąsiednich krajach „ludowej demokracji” zawsze zawierały obowiązkowe socjalistyczne zaklęcia. Ale też Polska, jak wtedy mówiono, była najweselszym barakiem w socjalistycznym, obozie.

Dopiero pod koniec lat 80.
niewielka liczba osób usiłowała wyżyć ze wspinania. Ta sytuacja utrwalała zamknięty charakter środowiska. Składało się ono prawie wyłącznie z inteligencji i do końca lat 60. o pieniądzach w ogóle nie wypadało mówić. W latach 70. zarabiało się przy pracach wysokościowych i na handlu sprzętem oraz trudno dostępnymi w kraju artykułami. Zawsze motywacją były pieniądze konieczne do dalszego wspinania.
Lata 80. stanowiły przełom. Zakłamanie ustąpiło otwartemu formułowaniu finansowych oczekiwań. Paradoksalnie właśnie najdroższe imprezy, czyli wyprawy himalajskie, pozwalały zarabiać na dalsze wspinanie i na utrzymanie pomiędzy wyprawami. Życie szybko wyłoniło liderów od wspinania i od organizacji. Małe wyprawy najczęściej składały się z ludzi wszechstronnych, większe miały organizatorów, wśród których zdarzali się ambitni wspinacze, ale i pensjonariusze prowadzący uregulowany tryb życia w bazach himalajskich wypraw.

C.d.n.


Wrzesien 2010, autor na wspinaczce w Alpach

Ludwik Wilczyński jest obecnie przewodnikiem wysokogórskim i organizuje wycieczki wspinaczkowe w Tatrach, Alpach i Himalajach.

Przejdź dalej:

Napisz do Redakcji