nr. 23
VICTORIA, BC,
pażdziernik 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Bożena Ulewicz

Na cysterskim szlaku

W samo południe dojechaliśmy do Jędrzejowa. Nasz cel to stare opactwo cystersów, pierwsze w Polsce założone przez to zgromadzenie niezwykle zasłużone dla rozwoju architektury sakralnej w Polsce. Dotarliśmy do miejsca, w którym ostatnie pięć lat życia spędził człowiek niezwykły, choć trochę już zapomniany w panteonie polskich świętych i błogosławionych - Mistrz Wincenty, zwany Kadłubkiem, protoplasta polskiego dziejopisarstwa żyjący za czasów Kazimierza Sprawiedliwego. Na polecenie księcia spisał po łacinie cztery księgi „Kroniki polskiej”, w której wprawdzie legendy mieszają się z prawdą historyczną, ale jest źródłem wielu ciekawych informacji z wczesnych wieków polskiej państwowości.
Wywodził się z rycerskiej rodziny Różyców. Studiował w Paryżu i Bolonii, a po powrocie do kraju związał się z dworem krakowskim. Będąc biskupem przyszły błogosławiony zrezygnował z urzędu i rozpoczął życie skromnego zakonnika, a na miejsce swego pobytu wybrał właśnie Jędrzejów. Historia głosi, że jędrzejowscy cystersi powitali przybywającego pieszo z Krakowa mistrza Wincentego wychodząc mu naprzeciw kilometr przed klasztorem. Na miejscu tym usypano „Kopiec spotkania”. Zafascynowany niezwykłą, bardzo ascetyczną regułą cysterską, słynny kronikarz fundował wyposażenie do znajdujących się w gestii zgromadzenia okolicznych kościołów; poza Jędrzejowem, w Koprzywnicy i Sulejowie. Zmarł w jędrzejowskim opactwie w 1223 roku, 8 marca.

Wiele się tu zmieniło od tamtych czasów, ale przebudowany z wcześniejszego romańskiego, obecnie gotycki kościół, z białego wapienia, teraz poszarzałego, kryty zieloną blachą na późnobarokowych wieżach i dachu, stojący w urokliwym otoczeniu starodrzewia, nadal robi wrażenie. Nie dziw, że bł. Wincenty wybrał to właśnie miejsce na swe dożywocie. Na bocznych ścianach świątyni widać ślady po dawnych krużgankach. Światło z zanurzonych w murawie, przy murze, reflektorów musi dodawać nocą staremu opactwu niezwykłego piękna. W sieni, na wprost, gotycki portal. Po lewej stronie, w wewnętrznym krużganku ekspozycja ukazująca życie w dawnym klasztorze za czasów mistrza Wincentego. Habity mnichów zakończone spiczastymi kapturami. Księgi, takie jak te, których pergaminowe strony zapełniał starannym pismem stary kronikarz, aby przekazać następnym pokoleniom zapis pradawnych polskich dziejów.
Jak można przeczytać w księgach o cystersach i ich klasztorach: „Chlubą opactw pozostanie skryptorium. Obszerne, dobrze naświetlone, zimą ogrzewane pomieszczenie. W nim na specjalnych pulpitach mnisi (...) przepisywali książki (...) powstawały różnej treści dokumenty dla potrzeb własnych oraz na rzecz zaprzyjaźnionych i przychylnych klasztorowi rodów. Tu przez wieki zajmowano się weryfikacją dokumentów prawnych, odtwarzaniem zaginionych. Dlatego cysterskie archiwa stanowią istną kopalnię źródłowych materiałów historycznych. Zaś ich biblioteki urastały do zbiorów liczących setki rękopisów. Wśród nich były kazania, teksty medyczne, traktaty filozoficzne, teologiczne, komentarze, dekrety, księgi liturgiczne. Bezcenne są dziś, zwłaszcza pisane ręcznie i księgi chórowe, zdobione inicjałami, i miniaturami figuralnymi.(...)Mogły powstać tylko wśród klasztornej ciszy i modlitwy. W takim otoczeniu i na takiej pracy mijały dni Wincentego Kadłubka.
We wnętrzu kościoła wzrok przyciąga przepiękny barokowy prospekt organowy, sądząc po efektownych złoceniach, niedawno odnowiony. Organów, jednych z najcenniejszych w kraju, albo i w Europie, strzegą dwie postacie biblijne – jeżeli dobrze zidentyfikowałam - Salomon z cytrą z jednej strony, a z drugiej bodajże królowa Saba. W samym środku orzeł rozpościera złociste skrzydła, na których zdają się wspierać organy. Wyżej rwą się do lotu uskrzydlone putta. Ściany i sklepienia świątyni pokrywa polichromia w spłowiałych kolorach żółci i brązowawej, jakby sieneńskiej, czerwieni, ukazująca dzieje i misję cystersów oraz sceny z życia bł. Wincentego. Najciekawsza jest grobowa kaplica, gdzie w ołtarzu głównym umieszczone są relikwie zmarłego kronikarza. Z kolei pod chórem zachowały się mury z kamiennej kostki będące pozostałością jeszcze wcześniejszego kościoła, romańskiego, który istniał tu jeszcze przy przybyciem do Jędrzejowa pierwszych cystersów w roku 1140.
Przechodzimy do parku, który zachował dawny, kwartałowy układ. Cudowny charakter tego miejsca zakłóca koszmarek – ołtarz polowy z blachy falistej. W rzekomo ciemnych czasach średniowiecza nikt by nie wpadł na taki pomysł. Raz, że blachy falistej nie produkowano, a dwa, iż ówcześni ludzie starali się Pana Boga chwalić sztuką z najwyższej półki, zgodnie z zasadą cum magis Dei gloria. I pomyśleć, że jędrzejowscy opaci wzywali do prac w kościele takich twórców jak Wit Stwosz. Opuszczamy ogrodzony murami przyklasztorny ogród, w którym można podziwiać 250 - i 300 - letnie graby. Na dzwonnicy, wpasowanej w mur okalający klasztor, tablica upamiętniająca 100-lecie zgonu Tadeusza Kościuszki, ufundowana przez parafię w roku 1917. „Wolność – całość – niepodległość” głoszą słowa. Warto wiedzieć, że właśnie w tym klasztorze naczelnik insurekcji naradzał się z księciem Józefem Poniatowskim tuż przed fatalną bitwą pod niedalekimi Szczekocinami. Bo tu na ziemi kieleckiej szlak cysterski łączy się tu i ówdzie z miejscami upamiętnionymi czynami insurekcji kościuszkowskiej.

Niedaleko z Jędrzejowa do Koprzywnicy. Tu też znajduje się klasztor, który własnym sumptem wyposażał bł. Wincenty. Dojeżdżamy późnym popołudniem. Jest słonecznie. W rozzłoconych kwieciem potężnych lipach aż szumi od pszczół. Słychać szczebiot ptaków ukrytych w koronach drzew. Zegar na wieży wybija za kwadrans czwartą. Wieża przykryta pięknym barokowym hełmem, może tylko niezbyt pięknie pomalowanym jasno ugrową farbą. Klasztor w Koprzywnicy powstał w roku 1185. Jego pierwszym opatem miał być świętobliwy Bogumił-Piotr, wywodzący się z zacnej wielkopolskiej rodziny Leszczyców, który jednak rok później został powołany na urząd biskupa w Poznaniu, a następnego roku na arcybiskupa gnieźnieńskiego. Bł. Wincenty Kadłubek, który zapewne znał go osobiście, napisał o nim w „Kronice”: „Mąż pełen cnót i wiedzy (...), wyróżniający się dobrymi obyczajami, pełen szlachetności umysłu”. Ówże Bogumił podzielił w części los Wincentego. Tak jak on spragniony ciszy i spokoju, po dwunastu latach rządzenia metropolią gnieźnieńską, złożył rezygnację na ręce legata papieskiego, kardynała Piotra, i przeniósł się do Dobrowa. Znalazł wysepkę na Warcie, gdzie założył pustelnię. Tam zmarł, prawdopodobnie w 1204 roku, a chociaż jego proces beatyfikacyjny zaczął się w XVII wieku, na ołtarze został wyniesiony dopiero w roku 1925, przez papieża Piusa XI.

W kościele w Koprzywnicy zachowało się wiele pamiątek przeszłości. Są to m.in. bardzo cenne gotyckie malowidła ścienne. Na południowej ścianie prezbiterium znajduje się scena przedstawiająca Sąd Ostateczny. Najstarsze zachowane w kościele malowidło, pochodzące z połowy XIV wieku, ukazuje Maryję, jako Matkę Miłosierdzia, osłaniającą litościwie płaszczem ludzką gromadkę, wśród których znajdziemy również charakterystyczną sylwetkę cysterskiego opata. Jest tam również scena śmierci zakonnika, któremu – jakże to znamienne – towarzyszą postacie anioła i.... diabła. W wyposażeniu wnętrza są nawet, co już nie często się zdarza, w paru rzędach ustawione, stare, może i XVII wieczne ławy. Ale najciekawsze jest wczesnogotyckie skrzydło klasztorne, obecnie w remoncie. Widać, że ktoś rzetelnie zabrał się za przeszukiwania terenu i inwentaryzację architektonicznych elementów nie istniejących już części budowli. Na tyłach znajdujemy wykopy odsłaniające ślady dawnych fundamentów, murów i podział wewnętrzny. Z przodu leżą, być może wydobyte już z ziemi, filary o rzeźbionych kapitelach, w murawie widać resztki posadzek, a na ścianie gmachu ślady łuków po krużgankach. Musiały niegdyś okalać wirydarz, bez którego trudno sobie wyobrazić życie dawnego klasztoru. Był miejscem spacerów, wypoczynku, również modlitwy i kontaktu z przyrodą. Wirydarze były przecież wewnętrznymi ogrodami na ogół pięknie zagospodarowanymi. Rosły w nich ozdobne krzewy. Mnisi sadzili zioła przydatne w chorobie. Czasami uświetniała fontanna, a przynajmniej sadzawka.
Zaglądam przez okno na parterze do przytulonego do kościoła budynku. Szyba wprawdzie zakurzona, a dodatkowo podgląd utrudnia odblask chylącego się ku zachodowi słońca, ale po chwili, gdy wzrok już się oswaja, widzę, wspartą na dwóch pięknych w swej prostocie romańskich kolumnach, salę, bodajże dawny refektarz i kamienną posadzkę, ciemną, z równo ułożonych kafli. Ogarnęło mnie lekkie wzruszenie, bo to tak, jakby się dotknęło śladów minionych wieków, lub ujrzało cień ówcześnie żyjących ludzi. Na bocznej ścianie kościoła widać przecudowny portal gotycki. Tędy prowadziło wejście z klasztoru do świątyni, którym bracia w określonych porach udawali się na modły.

W Koprzywnicy, a zatem i w tej oto sali, musiał bywać nasz znamienity kronikarz, bł. Wincenty. A według zapisków innego, późniejszego kronikarza, Janka z Czarnkowa, aż osiem dni spędził w klasztorze Kazimierz Wielki, po niefortunnym wypadku na polowaniu w Przedborzu, po którym nabawił się zapalenia płuc, co też stało się przyczyną śmierci nie będącego jeszcze starcem władcy. Być może, w drodze do Krakowa, zatrzymano się tu szukając ratunku, u mądrych braciszków, którzy wszakże bardziej wprawni byli w pisarstwie i architekturze, niż w medycynie. W każdym razie nie pomogły ziółka z klasztornego wirydarzyka. Króla dowieziono do Krakowa, gdzie w pięć dni później, 5 listopada 1370 roku zmarł.

Coraz bardziej popularny Szlak zakonu Cystersów w tej części Polski uzupełniają obiekty w niedalekim Sulejowie i Wąchocku.  W całym kraju szlak prowadzi przez 2/3 powierzchni i obejmuje 40 miejscowości. Warto nim podążyć, gdyż jest to wspaniała okazja do poznania wspaniałych budowli z początków architektury sakralnej w Polsce, a co ważniejsze do poznania dziejów niezwykłych ludzi, którzy swoje życie związali z tymi miejscami.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji