nr. 22
VICTORIA, BC,
lato 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA



ARTYKUŁY

Od Redakcji


Śmierć księdza Skorupki
w 90 rocznicę Cudu Nad Wisłą


NEONY
na festiwalu w Jarocinie



List czytelniczki
o artykule Biały Kruk

Jerzy Piekarczyk [„Przekrój”, 14.06.1992]

TEXAS NAD SANEM

Western odkryto w Polsce ponownie z nastaniem politycznej odwilży 1956 roku. Przez osiem poprzednich lat Ameryka kojarzyła się ze stonką ziemniaczaną i grubym kapitalistą w cylindrze, który w zębach trzymał cygaro, a w ręku - bombę atomową. Bohatera westernu, samotnego jeźdźca znikąd, zastępowali przodujący górnicy z radzieckiego Donbasu. Nic wiec dziwnego, że, gdy na polskie ekrany zaczęto powoli dopuszczać amerykańskie westerny, przed kinami ustawiały się tłumy skazane wcześniej na przymusowa abstynencję.
Western był gatunkiem ideowo podejrzanym, gdyż jednostka walczyła tam o swoje prawa, nie doceniając potęgi kolektywu. Dlatego Wadim Berestowski decydując się na zrobienie pierwszego polskiego filmu w westernowej konwencji, przyznaje, że realizując „Rancho Texas” za pieniądze socjalistycznego państwa, chciał zagrać ideologom na nosie.

W listopadzie 1957 roku „P.” zamieścił relacje Adama Tenety, który spotkał pierwszych polskich kowbojów. Płonęło ognisko, w zagrodach porykiwało bydło, krzyk sowy mieszał się z wyciem wilków i chociaż z kolta nikt nie strzelał, sceneria nie nasuwała skojarzeń z „Jasnymi łanami” czy innymi filmowymi opowieściami wygasłego socrealizmu. Mariusz Merski i Henryk Victorini byli studentami weterynarii, którzy na bieszczadzkim odludziu nad Sanem zajmowali się wypasaniem bydła.
Po raz pierwszy przyjechali tu trzy lata wcześniej, w maju, gdy połoniny zieleniły się młodą trawą. Kiedy wraz z grupą kolegów zgłosili się do PGR-u, księgowy tylko zapytał:
Victorini to nazwisko czy pseudonim?
Wówczas w Bieszczady, wyniszczone powojennymi walkami z „banderowcami”, wyludnione i nieprzystępne, przyjeżdżali różnego autoramentu przybysze, którzy nie zawsze mieli ochotę mówić zbyt dużo o sobie. Ale nikt się nie interesował, skąd przychodzą, kim byli i z jakich powodów pragnęli się zaszyć w leśnej głuszy.
Na sezonowym wypasaniu bydła można było dobrze zarobić. Dlatego zjawili się tu również Merski z Victorinim. Potem, urzeczeni przyrodą, przyjeżdżali każdego roku. Z PGR-u dostali na początku dwa „służbowe” konie, stary namiot, surowicę przeciwżmijową i radę: radźcie sobie sami. Od stacji kolejowej, do której dostarczono im liczące pół tysiąca krów stado, do miejsca wypasu było prawie 60 km bezdroży. Do najbliższej osady mieli z Tworylnego kilkanaście kilometrów, w najbliższym sklepie oddalonym o 26 km dostać można było ledwo czerwone wino po 14 zł, którym zapijali się na umór robotnicy budujący zaporę wodną w Myczkowcach. Las dostarczał grzybów i jagód, rzeka ryb, mleko i ser mieli zapewnione, z mięsem nie było większych problemów, bo dla myśliwego Bieszczady były wówczas istnym rajem.
Bydło trzeba było upilnować, napoić trzy razy dziennie w rzece, na noc zagonić do szop i zagród i uważać, aby wilki za blisko nie podchodziły, bo ze stada trzeba było się rozliczyć, gdy jesienią przypędzali je do Ustrzyk. Gdy pożółkły trawy na połoninach,
wracali na zimę do miasta, odrabiali zaległości kulturalne, ale unikali kowbojskich filmów. Na ekranie życie nominalnie podobne do tego, jakie prowadzili, wyglądało zupełnie inaczej niż w rzeczywistości.
W 1957 r. po przeczytaniu w prasie informacji o bieszczadzkich pionierach odwiedził ich w Tworylnem Wadim Berestowski. Wędrował po okolicy, rozmawiał z ludźmi - zafascynowany Bieszczadami i przyrodą. Miał z tego powstać film dokumentalny, tymczasem zrodził się pomysł scenariusza, który napisali wspólnie z Józefem Henem.
– Wszystko oparłem na autentycznych faktach, nie określając miejsca akcji, ale nikt, kto wędrował przez Bieszczady, nie mógł mieć wątpliwości - mówi Berestowski. Uważał, że strzela w dziesiątkę. Sensacja, miłość, przygoda, konne pościgi - to musiało chwycić. Westerny w kinach przyciągały publiczność, a tu wszystko rozgrywało się na gruncie rodzimym, nie gdzieś tam, u podnóża Gór Skalistych.
Komisja zatwierdziła scenariusz przekonana, że temat zostanie potraktowany satyrycznie, że sparodiują konwencje westernu. Tymczasem oni zrobili film przygodowy na serio. Wjazd konno do knajpy, to nie była scena ściągnięta z filmu amerykańskiego, tylko coś, czego wcześniej dokonał sam Victorini. Po premierze krytycy podejrzewali realizatorów o zmyślenia: skąd niby w Polsce przemytnicy? Mało wiedzieli.


Przemytników nie trzeba było szukać na granicy Teksasu. Całe stada owiec z towarem pod brzuchami przepędzano w Bieszczadach na stronę słowacką.
Potrzebne były piękne dziewczyny. Zaangażowano, więc Wandę Koczeską - była liryczną blondynką, zupełnym przeciwieństwem pełnej temperamentu ciemnowłosej Teresy Iżewskiej. W dodatku Koczeska pokazała się na ekranie tak, jak ją Pan Bóg stworzył, co było odkryciem bez precedensu w ówczesnej polskiej kinematografii. Główny bohater też musiał być zdolny nie tylko do zadań aktorskich. Liczyła się sprawność fizyczna, a jazda konna nie była jeszcze dla naszych gwiazdorów czymś zwyczajnym. Próbowano z wieloma kandydatami, wybór padł na Bogusza Bilewskiego. Merski i Victorini występowali jako kaskaderzy, ale Bilewski, którego nawet kostium filmowy wzorowany był na ubraniu Victoriniego, przejęty rolą, nie chciał korzystać z dublera.
Kręcono „Rancho Texas” w Tworylnem, w okolicach Rymanowa, pod Wrocławiem i w halach wrocławskiej wytwórni. Praca nad filmem pozwoliła reżyserowi poznać z bliska fikcję, jaką była wielka akcja zagospodarowania Bieszczadów. Przyjeżdżali górale, kosili trawę, kontrolerzy sprawdzali ilość, wypłacali pieniądze, kosiarze wyjeżdżali - zostawały stogi.
– Kiedy przyjechaliśmy w Bieszczady – mówi Berestowski – zastaliśmy kilkadziesiąt gnijących stert siana, którym nikt się nie interesował. Podobnie było z wypasem bydła; przywożone koleją z pegeerow, przez kilka miesięcy karmione dobrą trawą - przybierało na wadze, potem kontrolerzy ważyli, spisywali, ale podczas powrotnej podroży bydło trąciło swą wagę, na co nikt już nie zwracał uwagi. Fragment tej rzeczywistości ujrzeli też widzowie „Rancho Texas”.
Krytyka zjechała film bez litości - publiczność głosowała „tak” nogami. Skomponowana przez Henryka Czyża ballada filmowa, śpiewana przez Jerzego Michotka, przez długie lata była przebojem. Reżyser przyznaje, że „Rancho” nie było osiągnięciem artystycznym, ale też ambicją jego nie było powalanie krytyków na kolana. Dla zespołu filmowego Antoniego Bohdziewicza był to jednak największy sukces frekwencyjny. W łódzkim komitecie PZPR odzywały się głosy, że Berestowski przeszczepia na polski grunt obce wzory, krytycy pisali o „amerykanizacji”, ale w kościołach polecano film „Rancho Texas” jako film dla młodzieży wart obejrzenia. Zresztą mniej pryncypialnym towarzyszom z instancji też się podobał. Bardzo dobrze, pieniądze też są potrzebne” – kiwali głowami aprobująco. Wpływy finansowe, jakie uzyskiwał film, okazały się najmocniejszym argumentem.
Film wszedł na ekrany w 1959 roku. W Tworylnem po ekipie pozostało kilka baraków, w których utworzono stację turystyczną.
Zimą nie było tu żadnych warunków do przetrwania. Pierwszy zrezygnował Merski. Victorini też się złamał. Życzliwi doradzali, żeby wracał do ludzi, nie marnował się w bieszczadzkiej głuszy. Pojechał na Śląsk, zaczął pracować w biurze. Nie mógł wytrzymać w miesicie. – Miasto nie było dla mnie, wiedziałem, że wrócę w Bieszczady – mówi. Wrócił, ale zerwał z koczowniczym trybem życia. Wydzierżawił dom w Sokolu, kilkanaście kilometrów od Soliny. Zaczął wszystko do nowa. Kosił łąki, karczował drzewa porastające dno przyszłego zbiornika wodnego. Nie szukał łatwych zarobków i wygody. Wiedziano o tym. Kiedy złożył podanie o zakup ziemi, nie robiono mu trudności. Kiedy zbiornik zaczął napełniać się wodą, rozebrał dom i przeniósł się wyżej. Całe życie pragnął mieszkać w dzikich górach albo nad wielką wodą. Miał teraz jedno i drugie.
W 1975 roku Zbigniew Święch, wówczas reporter TV, pojechał z ekipą nad „solińskie morze”. Kapitan spacerowego stateczku, który codziennie w sezonie dobijał do brzegów Sokola, powiedział mu o Victorinim. Powstał z tego reportaż telewizyjny i artykuł dla „P.”. Teraz znów odwiedziłem „pierwszego polskiego kowboja” - jak kiedyś mówiono. „Rancho Texas” było tylko niewielkim epizodem w życiu tego człowieka, który przed laty dokonał wyboru, o jakim myśli wielu ludzi, choć brak im odwagi, aby podjąć decyzje - i wytrwać. Ale o tym nie lubi mówić.

Czytaj dalej

Napisz do Redakcji