nr. 22
VICTORIA, BC,
lipiec 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA



ARTYKUŁY

Od Redakcji


Śmierć księdza Skorupki
w 90 rocznicę Cudu Nad Wisłą


NEONY
na festiwalu w Jarocinie



List czytelniczki
o artykule Biały Kruk

Ewa Korzeniowska

Cudne manowce

Być może w letni dzień po niebieskich „cudnych manowcach” wędruje Edward Stachura (1937-1979), który trzydzieści jeden lat temu targnął się na swoje życie.

Te magiczne przestrzenie występujące w jego twórczości kiedyś rozpalały wyobraźnię moich rówieśników, którzy byli pod wrażeniem jego literatury. Stachurę, pisarza utalentowanego i poczytnego już za życia otaczała legenda. Mówiło się, że żył tak, jak pisał, a pisał tak, jak żył.
ŻYŁ W DRODZE. W latach 70. ubiegłego stulecia Stachura, albo Sted, jak go nazywali przyjaciele, często bywał w Toruniu. Znali go studenci starszych lat i asystenci z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, z którymi bywał w toruńskich knajpach: Pod Orłem, Pod Gołębiem, w Trumnie, w Esplanadzie lub Pod Modrym Fartuchem. Dr Janusz Kryszak zapraszał go rokrocznie na Toruńskie Maje Poetyckie. Miewał też spotkania autorskie w klubie Prząśniczka, często widywaliśmy Stachurę na ulicy Szerokiej, w klubie studenckim Od Nowa, na dworcu, w kawiarniach, na ławce w parku, zajętego pisaniem. Dlatego w Toruniu panowała szczególna na niego moda. Moi koledzy ze studiów na co dzień „mówili Stachurą” – „wódkę potakiwali piwem”, a życie dla nich było „full of zasadzkas”. Ubierali się tak jak on: kurtki z demobilu, dżinsy, chlebaki, w których nosili notesy i Nowy Wyraz. I pisali wiersze (niektórzy robią to do dziś). Latem ruszali z plecakami i gitarami w Polskę, by mieć choć namiastkę tego, jak żyli Edmund Szerucki (Cała jaskrawość, 1969) lub Janek Pradera (Siekierezada, 1971). W każdym z nich było trochę Stachury.

POSTACIE Z POWIEŚCI I OPOWIADAŃ STEDA to ludzie ciągle w drodze, bez adresu, bez meldunku, utrzymujący się z doraźnych prac w polu, przy wagonach, wycince lasu, żniwach lub wykopkach. Kierują się filozofią Franciszka z Asyżu, przepełnia ich radość z egzystencji w wszechświecie lub romantyczny bunt przeciwko światu. Są ubodzy z wyboru. Pieniędzy nie lubią, potrzebują ich jedynie do przetrwania na minimalnym poziomie. Nie posiadają niczego, czego nie można zmieścić w plecaku. Kierują się prostymi zasadami w życiu, które upływa im na kontemplacji „całej jaskrawości” świata, którą najlepiej widać gdzieś w zakolu Wisły pod Aleksandrowem Kujawskim.
Przez fascynację życiem w drodze, opowieści Stachury przypominają twórczość amerykańskiego pisarza Jacka Kerouaca, autora opublikowanej 1957 roku słynnej powieści On the Road, która wywarła duży wpływ na ruch hipisowski w USA. Z tą tylko różnicą, że bohaterowie Kerouaca podróżują przez ogromny kontynent amerykański, natomiast postacie wykreowane przez Stachurę przemierzają mniejsze polskie przestrzenie, ale krajobraz, w którym się znajdują jest dla nich całym światem, przemierzanym wzdłuż i w szerz w poszukiwaniu „całej jaskrawości”. Te poszukiwania są jakby ustawicznym rozpamiętywaniem piękna krajobrazu, nieustającą radością ze spraw małych i samej wędrówki. Bohater Stachury może sobie pozwolić na luksus nomadzkiej wolności – nie przynależy do nikogo i do niczego, żyje poza głównym nurtem społecznego życia, z którego czerpie tylko to, co mu wygodne. Wolność, niezależność, przemieszczanie się pod wpływem impulsu to przywileje nie każdemu dane. Człowiek bez odpowiedzialności, związków, obowiązków. Ciągle w ruchu („mój dom jest tam, gdzie właśnie przebywam”). Sted po norwesku znaczy miejsce zamieszkania...
Towarzyszką jego wędrówek jest gitara, a on jak średniowieczny wagabunda przemierza szlak „od wsi do wsi” śpiewając swoją pieśń o cudnych manowcach, przez które podróżuje pisząc coś po drodze.

AUTOR SIEKIEREZADY ma wprawdzie wiele wspólnego ze swoimi bohaterami, ale jednocześnie bardzo się od nich różni. Przede wszystkim, po latach młodzieńczej tułaczki dostał w Warszawie mieszkanie, co wiązało się z pewną dozą stabilizacji. Potrafił zabiegać o swoje sprawy i robił to skutecznie. Pomagał też przyjaciołom w publikowaniu ich utworów. Był bardzo konkretny w sprawach dotyczących swej twórczości. Chodził do wydawnictw, redakcji, nie pozwalał nic skreślać w manuskryptach; starał się przyśpieszać wydanie tej czy innej książki. Czasami utrzymywał się z gry w pokera. Prowadził bardzo ruchliwe życie wypełnione podróżami. Często wyjeżdżał za granicę, gdzie studiował i prowadził wykłady o polskiej kulturze, dużo pracował, pisał wiersze, poematy, piosenki, opowiadania, powieści, tłumaczył na polski autorów hiszpańskich i latynoskich, francuskich, a później również angielskich.
Uprawiał coś, co jeden z krytyków nazwał „życiopisaniem”. Pisał w pociągu, w kawiarniach, w przydrożnych rowach, w knajpach – nieustannie. Zapiski, notatki, obserwacje, listy. Pisanie było jego posłannictwem. We wstępie do słynnego „dżinsowego” wydania dzieł zebranych (pierwsze ukazało się w 1982 r.) jeden z redaktorów, Krzysztof Rutkowski pisze, że u Stachury „Praca nad słowem zdającym sprawę z praktyki codziennego odkrywania świata jest celowa, ponieważ sama jest rodzajem poznania. (...) Dlatego też trzeba koniecznie zapisywać wszystko, co się myśli, mówi i słyszy. Najlepiej byłoby zapisywać i utrwalać słowa nie tylko wtedy, gdy się jest w drodze, ale także wtedy, gdy się śpi. Ale oczywiście nadążyć z pisaniem za życiem nie można”.

BYŁ CZŁOWIEKIEM WOLNYM, choć żył w zniewolonym kraju. Nauczył się tej wolności we Francji, gdzie się urodził, i nikt nie był w stanie mu jej odebrać, ani surowy ojciec, ani nauczyciele, ani nawet komunistyczna Polska. Urodził się w górniczym okręgu Lille w rodzinie polskich emigrantów i wraz z rodzicami i rodzeństwem wiódł żywot na pograniczu dwóch kultur. We Francji spędził kilka pierwszych lat życia. W 1948 roku wraz z rodzicami przyjechał do Polski. Być może ta pierwsza podróż wywarła na Stedzie tak wielkie wrażenie, że już na całe życie zarażony został bakcylem wędrowca.
„...udaliśmy się całą wieloosobową familią i z całym majdanem, wszystko razem, ludzie, stosy gratów i żywy inwentarz (klatki z królikami), w jednym bydlęcym wagonie, w Niesamowitą Podróż przez Europę podnosząca się z gruzów i popiołów, i dotarliśmy po dwóch tygodniach, tak, po dwóch tygodniach jazdy dziwnej i postojów dziwnych, i straszliwych wstrząsów: puszczali wagony z górek rozrządowych na nasz wagon, mimo (albo dlatego właśnie) nalepek na nim «ostrożnie szkło» (...) dotarliśmy więc wreszcie po tej Nowożytnej Odysei do Nowożytnej Itaki – na Kujawy Białe, gdzie ziemia licha, piachy niebywałe, kozy, dziewanna, sosny i rozstaje...” (Wszystko jest poezja, t. IV dzieł zebranych, str. 147).

STACHUROWIE ZAMIESZKALI POD ALEKSANDROWEM KUJAWSKIM, na wsi, ale dla Edwarda wiejska chata była za ciasna. Wcześnie opuścił dom. Za ciasna dla niego była i wiejska szkoła. Od swoich kolegów był lepszy ze wszystkich przedmiotów, tylko z językiem polskim miał kłopoty. Oprócz erudycji i wyniesionej z domu kindersztuby miał też większą od swych rówieśników wrażliwość, co sprawiło, że został poetą, tak przynajmniej głosi jedna z legend. Podobno w jego klasie, w liceum ogólnokształcącym, w Ciechocinku był chłopak, z którego się wszyscy naśmiewali, bo wiadomo było, że on pisze wiersze. Stachurze zrobiło się żal tego chłopaka. I tak z solidarności, zaczął pisać wiersze, by to wyśmiewanie rozłożyło się na dwóch. No i pisanie wierszy całkowicie zmieniło jego plany. Po maturze próbował studiować sztuki plastyczne, w końcu jednak skończył romanistykę.
Debiutował w 1956 r. na łamach dwutygodniku Kontrasty (nr 5) wierszami Brudny pijak i Tępe noże. Od początku był przekonany o swoim talencie. Pisanie stało się dla niego życiem, a życie poezją, bo „wszystko jest poezja” – na przykład mężczyzna kupujący na straganie czereśnie, by z tomikiem wierszy w ręku iść do parku i w spokoju pojeść i poczytać. Czasem poezją bywa coś bardziej poetycznego niż wiersz, na przykład para zakochanych idąca w deszczu pod parasolem (Wszystko jest poezją, 1975). Poezją jest istnienie człowieka stanowiącego pojedynczy element całościowego systemu. A życie to przepiękna rola w boskim teatrze, którą zgodnie z naszymi możliwościami powinniśmy jak najlepiej odgrywać. Jest to nieomal organiczne podejście do świata postrzeganego jako twór metafizyczny. Człowiek jest częścią natury; drobinka, jak gwiezdny pył, jak machnięcie skrzydłem ptaka, jak płatek śniegu, jak kropla deszczu, jak źdźbło trawy.

NIE DBAŁ O WOLNOŚĆ W SENSIE POLITYCZNYM. Jednak wartości propagowane przez Stachurę były atrakcyjną alternatywą dla oficjalnie obowiązującego modelu życia w PRL-u. Jego bohater także w systemie kapitalistycznym byłby wiecznym wędrowcem, który nosi wolność w sobie. Jest apolityczny, swoją postawą bliższy pokoleniu hipisów niż Kolumbów. Nie rozpamiętuje wojen i kataklizmów, nie jest też dogmatycznie religijny, ale przepełnia go lęk przed śmiercią. Wewnętrzna wolność pozwala mu otwarcie mówić o uczuciach. Szczera liryka utworów Stachury odróżnia go od pesymistycznego spojrzenia na świat pisarzy z jego pokolenia, od Stanisława Grochowiaka czy Marka Nowakowskiego. Stachura nie wzorował się ani na nich, ani na nikim innym. Sam dla siebie stanowił wzorzec.
Znaczącym momentem w twórczości i życiu Stachury było pojawienie się „się”. Zaczął postrzegać siebie jako medium, dlatego przestał sobie rościć prawa autorskie do swoich dzieł, twierdząc, że on był tylko naczyniem, przez które przelewała się mądrość. To nie on napisał, to „się” napisało.
Świat stworzony przez Stachurę i jego włóczęgowska filozofia stały się bliskie młodzieży mojego pokolenia, a więc ludzi, którzy pod wpływem powiewów z Zachodu, zaczęli poszukiwać nowych wartości. Tym bardziej, że towarzyszką wędrówki Steda była jego gitara i że śpiewał swoje pieśni głosem zbliżonym do głosu Boba Dylana. A w wykonaniu Starego Dobrego Małżeństwa brzmią jak hymny:


...jak biec do końca, potem odpoczniesz, potem odpoczniesz
cudne manowce, cudne manowce, cudne manowce…


(‚Jak’ z poematu Missa Pagana)
Słucham tej ballady i myślę sobie, że gdzieś tam Sted pewnie po cudnych manowcach wędruje.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji