nr. 20
VICTORIA, BC,
maj 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


Wernisaż w Konsulacie


ARTYKUŁY

J. Ciepłowski - Majowa Jutrzenka
W rocznicę Konstytucji 3 Maja


Ewa Caputa -
Niełatwa funkcja

Rozmowa z Jarką


Bożena Ulewicz -
W mateczniku

śladami sienkiewiczowskiego bohatera


Edward Kamiński -
Romantyczna historia

Jak Wujek Stanisław znalazł żonę


Edward Kamiński
rys Elżbieta Szomborg

Historia wielce romantyczna

Czyli jak mój wujek Stanisław, znalazł sobie żonę za rzeką

(Tekst ten po raz pierwszy prezentowany był na antenie Radia na 102. Publikujemy go na łamach Stron, bo Miłość to zawsze aktualny temat, zwłaszcza w maju, gdy śpiewają słowiki i kwitną bzy.)

Dziw, że na Wołyniu ostała się jeszcze żywa dusza. Gdy na północy kraju, po błyskawicznym manewrze wojsk polskich 18 sierpnia 1920 roku, armia Tuchaczewskiego uciekała spod Warszawy w rozsypce, tu na południu gnała w bezładnym odwrocie konna armia Budionnego. Osławiona okrucieństwami horda rabowała, paliła i wycinała wszystko co żywe.  Tam gdzie przeszły rozpasane watachy kozackie pozostały popioły i zgliszcza, wyludnione osiedla i miasteczka. Pozostawiali po sobie podźganych bagnetami  starców, zgwałcone kobiety, obrabowane kościoły i cerkwie,  umazane łajnem ikony i obrazy święte.  Nie darowali nawet psom wieszanym nad studniami.  Z hasłem „śmierć polskim panom” obdzierali z ostatniej koszuli biedotę, którą w myśl haseł bolszewickiej rewolucji mieli wyzwalać spod ucisku burżujów.

Niespełna miesiąc później grupa generała Stanisława Hallera i 6 Armia Wojska Polskiego przegnały resztki rabusiów z Łucka i zajęły pozycje na linii Styru. Bagniste rozlewiska rzeki, naturalna zapora strategiczna dzieliła polskie formacje od bolszewików. Po drugiej stronie Styru szerzyła się dezercja. Szalały na własną rękę zdemoralizowane bandy wygłodniałych obwiesiów. Od strony wschodniego brzegu dochodziły dźwięki harmoszek, czastuszek przeplatanych ruskimi przekleństwami.

Dowodzenie oddziałów polskich północnego odcinka rzeki znajdowało się w Kołkach – moim rodzinnym miasteczku. Jeszcze wojskowi nie zdążyli osiąść w kwaterach, gdy zameldowano komendantowi, że jakiś ociekający wodą i umorsany błotem wyrostek ma ważną wiadomość. Chce rozmawiać tylko z naczelnikiem. Przyjęty, rzucił się mu do nóg z błaganiem:
- Pane komendante pomożcie! Oni ich ubijut. Jej Bohu ubijut!

Z trudem wydobywano z niego słowo po słowie, kto kogo zabije. Był to sługa z majątku ziemskiego w Kulikowiczach, oddalonego na północ od Kołek, po drugiej stronie Styru. Banda Bolszewików zajęła dworek. Właścicielkę i jej córkę zamknięto w komorze. Rabusie włamali się do piwniczki z okowitą i winami. Piją, rabują, niszczą co im w ręce wpadnie. Co gorsze gwałcą dworskie kobiety. Kto zdążył uciekł w pola w popłochu. Nie wiele więcej można było z niego wydobyć. Przedzierał się bagnistymi brzegami, wpław przebył rzekę i ledwie żył. Nakarmiony zasnął jak zabity.

Dowódca - kapitan Zieliński ustalił na mapie sztabowej położenie Kulikowicz. Zaczerpnął też języka w miejscowej gminie. Nie wielki jak na tamtejsze włości utytułowanych posiadaczy, ponad 400 hektarowy majątek był w rękach Rosjan ormiańskiego pochodzenia. Po rozbiorach Polski cały niemal Wołyń dostał się Rosji. Poprzednio wszystkie wielkie dobra należały tu do szlachty polskiej. Już po pierwszym rozbiorze, zwłaszcza po powstaniu w 1830 roku konfiskowano majątki „nieprawomyślnych” magnatów. Odbierane dobra car rozdawał swoim zasłużonym generałom i wysokim urzędnikom w nagrodę za utrzymywanie w ryzach skłonnych do buntu Polaczków.

Młody arystokrata armeński – Dymitr Ter Asaturow w początkach swej kariery wojskowej stacjonował w Armenii, gdzie poznał miejscową piękność, Natalię z rodu Bystrow. Z czasem Dymitr awansował do stopnia generała i po przejściu w stan spoczynku osiadł w odziedziczonych Kulikowiczach. Owocem związku z piękną Ormianką był syn Alosza i urodziwe córki: Tamara, Zojka i Muza. Tamara, nie wiadomo za co została zesłana później na Sybir. Zojka, o którą, jak chodziły słuchy, kawalerowie staczali w Warszawie pojedynki., zmarła w stolicy w niewyjaśnionych okolicznościach. Najmłodsza Muza, po śmierci ojca pozostawała z matką w Kulikowiczach. Wchodziła już w 14 rok życia, gdy oczekiwane wejście w wielki świat balów, rautów i przyjęć w rezydencji warszawskiej przerwały wydarzenia wojenne.

Ratować, nie ratować? Pytanie co począć zabiło komendantowi ćwieka w głowę. Bo niby to jak? Nieżyjący już właściciel majątku był generałem jego wieliczestwa batiuszki cara, naszego gnębiciela. Nie wiadomo czym się zasłużył. Być może był jednym z tych, którzy czynnie nas zniewalali. Dla takich narażać życie własnych żołnierzy ? Z drugiej strony nie godzi się za jego sprawki – jeśli były – obarczać rodzinę. W końcu przeważyła myśl, że kobiety, jakiejkolwiek by narodowości oczekują pomocy.
- Postanowiłem, można rzec, połowicznie - wyznał kapitan Zieliński – akcję przeprowadzić na ochotnika po zbadaniu możliwości.

Najbliższy polski posterunek koło Kulikowicz znajdował się osiem kilometrów na północ od Kołek we wsi Komarów. W zawiadomionej drużynie na wieść o ratowaniu pań rzuciła się ciżba, tak że cały posterunek by opustoszał.

Z entuzjastów zapowiadającej się przygody wybrano w końcu sześciu zawadiaków.
-Sześciu za dużo – zawyrokował sierżant tam dowodzący – Czterech wystarczy.
Nie da rady panie sierżancie – odezwał się kapral Staszek Urbański, najstarszy stopniem po sierżancie. W wieku 22 lat był już zaprawionym w bojach wygą. Do legionów w 1914 roku zaciągnął się jako szesnastoletni wyrostek, a potem na ochotnika dołączył do odrodzonej w 1918 roku polskiej armii. W oddziale liczono się z nim.
- Co znaczy nie da rady ?
- Nie da rady bo łódź za mała.
- To weźcie większą.
- Nie da rady panie sierżancie, po pierwsze nie mamy większej. Najwyżej na czterech.
- To o co chodzi, popłyniecie w czwórkę.
- Nie da rady – ciągnął Staszek.
- Co z wami Urbański? Wszystko macie na nie? - zdenerwował się sierżant.
- Czterech w tamtą stronę. Jak zabierzemy te panie to z powrotem razem sześć. Po drugie tylko małym czółnem można cicho przecisnąć się pomiędzy trzcinami. Znam te bagna jak własną kieszeń. Po trzecie, im mniej nas będzie tym większa szansa, że się nie pogubimy w ciemnościach. Jak ktoś nie zna tych stron nie będzie nawet wiedział w którą stronę uciekać.
- Dobrze mówi - odezwały się głosy.
- Widzę Urbański, że znacie się na rzeczy – przyznał sierżant. - kto z wami popłynie ?
Staszek wskazał na rosłego osiłka. Był to Kazik Szostak, kolega jeszcze z ławy szkolnej w Kołkach. - Znamy się dobrze i nieraz zapuszczaliśmy się w te strony na... - na baby! - dokończyła chórem kompania.
- Jeszcze jedna rzecz panie sierżancie. Nie możemy brać karabinów.
- Co wy Urbański. Bez karabinu to będziecie paradować w cywilu i nie zmieniajcie mi tu regulaminu - zdenerwował się sierżant. Z gołymi rękami wybieracie się na Bolszewika?
- Na łódce i w krzakach karabin to tylko zawada. Potrzebujemy drugi pistolet i sztylet.
W całej kompani były tylko dwa rewolwery. Z tego jeden należał do Staszka a drugi do sierżanta. Niełatwo rozstawał się z nim; dodawał mu przecież powagi należnej szarży.
- A jak was złapią ?
- Jak nas złapią to pozostanie panu po nim wspomnienie.
- A niech was..... nie dokończył sierżant. – zbierajcie się już bo noc zapada

Po drugiej stronie bagien pogasły już światła. W księżycowej poświacie łatwiej było manewrować łódką, ale przed otwartymi połaciami wody trzeba było przeczekać aż księżyc schowa się za leniwie przesuwającymi się chmurami. Styr naprzeciw Kulikowicza rozlewał się na prawie półtorakilometrowej szerokości bagniste zakola. W gęstwinie lepiech, wodorośli, szuwarów i trzcin, tylko przesmyki wolnej wody prowadziły do miejsc na brzegu, gdzie można było wysiąść z łódki nie zapadając się po pachy w grzęzawisku. W ciemnościach, błądząc można było krążyć do białego rana. Miało to i swoje dobre strony. Kto znał ten bagnisty labirynt, mógł lawirować w nim niespostrzeżenie. Stanisław często zapuszczał się tu za szczupakiem. W upalne południe podpływały pod powierzchnię wody i w bezruchu przysypiały. Miejscowi przeganiali intruzów z innych okolic, podbierających im rybę. Do ryb i panien była ostra konkurencja. Dzięki znajomości tych zakamarków niejednokrotnie uniknął pogoni. Styr obfitował też w raki. Koło Kulikowicz było ich zatrzęsienie. Za wsią od głównego nurtu rzeki odbijała odnoga; zawracała łukiem pod skarpę z zabudowaniami folwarcznymi majątku. Powiadano, że parobki wrzucali tam padlinę, oszczędzając sobie trudu kopania dołów, a rakom w to graj. To właśnie miejsce ze znajomymi sobie przesmykami, Stanisław obrał do przeprawy.

Klucząc z przerwami między trzcinami dopłynęli na drugą stronę dobrze po północy. Po osłoną przybrzeżnych krzaków podeszli pod pierwsze zabudowania. Ciszę nocną zakłócał jedynie rechot żab. Nawet zwykle ujadające psy uśpiły się. Okazało się później, że wybili je w majątku żołdacy, bo zaciekle na nich warczały. Poruszali się niemal bezszelestnie, zaprawieni w podchodach na obozach harcerskich. Już zarysowały się kontury dworku; tylko przebiec trawnik z klombem pośrodku i szeroki podjazd. Było to jednak zbyt ryzykowne. Skradając się, postanowili dojść z bocznej strony osłoniętej gęstymi krzewami. Piętrzyła się tu sterta drewna i stała mała szopa - gdy... zza węgła, nagle jak z pod ziemi wyrosła postać. Zaskoczenie było piorunujące. Był to strażnik. Przyspał sobie siedząc w kucki. Nie zdążył nawet podnieść trzymanego między kolanami karabinu .
- Stoj! budu strelać!
Staszek mówił po rosyjsku nie gorzej niż po polsku, widząc, że ten nie zdążył jeszcze wycelować broni podszedł szybko, mówiąc - cztoż ty gałubczyk zduriał, swoich ubijosz? Chwila wahania u strażnika wystarczyła by Staszek zbliżył się z wyciągniętą ręką, niby do powitania. Jednocześnie lewym sierpowym zwalił go z nóg.

- Co z nim teraz zrobimy? Jak oprzytomnieje narobi krzyku - denerwował się Kazik.
- Dawaj nóź ! - syknął Staszek.
- Nie, nie, zarżnąć leżącego to nie po bożemu - oponował. Bolszewik, nie Bolszewik, też człowiek.
- Dawaj nóż! – ponowił stanowczo Staszek. Jednym pociągnięciem ostrza rozpruł... rękaw rubaszki leżącego aż po pachę i oderwał. Rozciął płótno wzdłuż na dwa pasy i połączył supłem. Zakneblował usta, owinął głowę nieprzytomnego dwukrotnie i związał. Pasami drugiego rękawa skrępowali nogi i ręce z tyłu, tak by nie mógł się podnieść. Spętanego jak barana wrzucili do szopy. Jeszcze chwilę nasłuchiwali i skradając się dopadli okna dworku w którym jarzyło się nikłe światło. Było na co popatrzeć! W salonie, rozpierało się przy stole dwóch drabów w rozchełstanych koszulach. Czuli się bezpiecznie, bo mundury i pasy z naganami wisiały obok na oparciach krzeseł. Z pewnością była to szarża, bo szeregowi mieli tylko wintowki (karabiny) noszone na postronku. Musieli mieć już dobrze w czubie. Na stole leżały butelki po okowicie, kapało na podłogę porozlewane wino. Byli bardzo zajęci. Jeden obłapiał siedzącą mu na kolanie przerażoną dziewuszkę. Próbował napoić ją z szklanicy. - Pij! Pij krasawica, polubimsia! Budiesz moja! Drugi rozpierał się obok dorosłej niewiasty. Obejmował ją wpół usiłując nakarmić palcami pokrojoną w kawałki słoniną. Była to właścicielka majątku pani Natalia Asaturow z córką Muzą.

Pod ścianą leżało kilka grubych drągów. – Bierz - zakomenderował Staszek. - Żadnej strzelaniny; tylko w ostateczności. Wal w łeb, żeby nie powtarzać. Zabijesz – wola boska. Jak narobią krzyku nie uratujemy ani siebie ani kobiet. Ja załatwię pierwszego z dziewczyną.
Na szczęście drzwi frontowe były otwarte i nie było straży. Z sieni do wejścia w salonie dopadli jednym skokiem. Zaskoczenie było totalne. Dwa głuche uderzenia. Podpici nie zdążyli nawet podnieść się z krzeseł... Przerażone niewiasty dopiero gdy usłyszały pytanie po polsku - czy jest w dworze więcej żołdaków, nieco ochłonęły. Tak, włamali się nam do piwniczki. Leżą pokotem pijani..
Nieprzytomnych „zalotników” Staszek z Kazikiem oparli o stół. Wyglądali jak śpiący, zalani w trupa. Zabrali pasy z naganami, a mundurami przykryli ramiona kobiet. Ich jasne bluzki były zbyt widoczne.
- Pogasić lampy. Idziemy, wszystko wyjaśnimy później. Cisza, bez rozmów – padały krótkie polecenia Staszka. - Idę pierwszy, za mną panie... Kazik zabezpiecza tyły.
Łatwo powiedzieć. Księżyc skrył się za chmurami, w ciemności choć oko wykol trudno było coś dostrzec. Muza potykała się raz po raz i kiedy upadła, mimowolnie narobiła hałasu. Czas naglił. Staszek wziął ją na ręce. Objęła go oburącz za szyję. Przyśpieszając kroku między zaroślami czuł ciepło przylegającego ciała. Nie przypuszczał jeszcze wówczas co z tego wyniknie. Panią Natalię podtrzymywał Kazik.
Odbili od brzegu. Klucząc wodnymi przesmykami dopływali już do drugiej strony, kiedy od dworu zaczęły dochodzić krzyki i nawoływania żołdaków.
W komarowskim oddziale nikt nie spał. Wszyscy czekali w napięciu, toteż przybyszów udanej wyprawy powitano gromkim hura!

Dopiero rano, przy dziennym świetle Staszek zobaczył jakie to cudo wyrwał z rąk Bolszewików. Nie było wcześniej czasu przyjrzeć się. W ciemnościach całą uwagę skupiał na manewrowaniu łodzią w gęstwinie trzcin. Pełna dziewczęcego wdzięku, czternastoletnia dziewczyna przyciągała oko rozkwitającą, kresową urodą. Kulikowickie chłopaki mówili o niej – diwka z pyskom kak pampuch. W przekładzie na język polski brzmiało to wdzięczniej - dziewczyna z buzią jak pączek. Staszkowi urody męskiej też nie zbywało, ale najbardziej zaimponował jej opanowaniem, stanowczą odwagą i opiekuńczą postawą. Muza wodziła wzrokiem za swym wybawcą, aż matka musiała dyskretnie ją upominać.

W Komarowie obie panie oczarowały ukłony, ucałowania rączek, okazywane im względy i galanteria młodych wojaków, tak skrajnie różne od nachalnego grubiaństwa sowieckich prostaków. Muza wyznała później matce, że wyda się tylko za Polaka.
We wsi brakowało dogodnego zakwaterowania. Nie było też bezpiecznie. Bolszewicy ostrzeliwali, nieszkodliwie zresztą, najbliżej położone rzeki domostwa, ale spodziewano się ataku... Staszek otrzymawszy rozkaz złożenia ustnego meldunku o wyprawie u dowódcy w Kołkach, postanowił zabrać obie panie do rodzinnej siedziby w miasteczku. W dużym domu Urbańskich panowała staropolska, kresowa zasada gościnności – „Gość w dom - Bóg w dom. „Gościa choćby dalekiego i obcego witano tam z otwartymi rękoma. Był więc pewien, że niedoszłe ofiary bolszewickich maruderów spotkają się z życzliwym przyjęciem. Miał też w tym trochę wyrachowania. Muza wpadła mu w oko i zaprzątała coraz bardziej uwagę. Liczył więc skrycie, że będzie mógł częściej przyglądać się swej zdobyczy z Kulikowicz.

Staszek wpadał do Kołek jak tylko pozwalała mu na to służba. Młodzi chodzili ze sobą jak powiązani dwoma końcami sznurka. Wkrótce wszyscy widzieli, że nie spuszczają ze siebie oczu; tylko im wydawało się, że nikt nie zauważa. Siostry Staszka mówiły – to będzie para.
Pani i panna Asaturow szybko zaprzyjaźniły się z gospodarzami. Muza nadrabiała braki w języku polskim, miła i bezpośrednia zdobyła sobie serca całej rodziny Urbańskich.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji