nr. 20
VICTORIA, BC,
maj 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


Wernisaż w Konsulacie


ARTYKUŁY

J. Ciepłowski - Majowa Jutrzenka
W rocznicę Konstytucji 3 Maja


Ewa Caputa -
Niełatwa funkcja

Rozmowa z Jarką


Bożena Ulewicz -
W mateczniku

śladami sienkiewiczowskiego bohatera


Edward Kamiński -
Romantyczna historia

Jak Wujek Stanisław znalazł żonę


Bożena Ulewicz
fot. Andrzej Ulewicz

W mateczniku imć Pana Rzędziana

Śladami sienkiewiczowskich bohaterów

Rynek w Szczuczynie taki polski, ze skwerkiem, parkiem i pomnikiem ku czci lokalnych wydarzeń. Tu każde miasteczko ma taką pamiątkę. Po drodze, w Stawiskach odkrywamy obelisk z tablicą na tyłach cokołu, opiewającą 25-lecie PRL. Sam pomnik postawiono w roku 1924 dla uczczenia wydarzeń 1918 i 1920 roku. Później, jakże praktycznie, odnotowano na nim PRL-wską rocznicę. Wiatr historii przemknął przez ryneczek i przeorientował pamiątkowe tablice. Obchodząc pomnik dookoła można było wydedukować, że lokalne czynniki polityczne składały kwiaty i z przodu i z tyłu.

Okolica to wielce zasłużona dla Rzeczypospolitej od pradawnych czasów. Nie bez przyczyny trafiła na karty trylogii pana Sienkiewicza. Któż nie pamięta imć pana Rzędziana z Wąsoszy. Ówże Rzędzian, co to już się w „Ogniem i mieczem” był łaskaw pojawić, wywodził się właśnie z tych stron. Znalazło się dlań miejsce również i w „Potopie”. Na początku II tomu znakomity noblista zapędził akcję właśnie w ten kąt województwa mazowieckiego, leżący między Prusami z jednej, a województwem podlaskim z drugiej strony.

Z właściwym sobie poczuciem humoru pokazał, jak niegdysiejszy chudopachołek stał się paniskiem pełną gębą, kreśląc ładną scenkę spotkania w karczmie „Pokrzyk”, koło Wąsoszy, w której krewki pan Kmicic usiekł był Józka Butryma. A było to tak:

„(....) w dwóch milach od Szczuczyna kazał skręcić w stronę Wąsoszy, ku zachodowi (...) Tymczasem, nie dojeżdżając Wąsoszy, zatrzymali się w przydrożnej karczmie, „Pokrzyk” zwanej, i roztasowali się na nocleg, który obiecywał się być wygodny, bo w karczmie prócz karczmarza Prusaka nie było nikogo z gości. Lecz zaledwie Kmicic z trzema Kiemliczami i Soroką zasiedli do wieczerzy, gdy z zewnątrz dał się słyszeć hurkot kół i tętent koni. Że słońce jeszcze nie zaszło, Kmicic wyszedł przed karczmę popatrzeć, kto przyjeżdża, bo był ciekaw, czy nie jaki podjazd szwedzki, ale zamiast Szwedów ujrzał brykę, za nią dwa wozy i ludzi zbrojnych około wozów. Na pierwszy rzut oka łatwo było poznać, że to jakiś personat nadjeżdża. Bryka była zaprzężona w cztery konie, dobre, pruskie, o grubych kościach i malikowatych grzbietach, foryś siedział na jednym z lejcowych, trzymając dwa psy piękne na smyczy; na koźle woźnica, a obok hajduczek przybrany z węgierska, na tylnym zaś siedzeniu sam pan wsparty pod boki, z wilczurą bez rękawów, spinaną na rzęsiste złocone guzy. Z tyłu szło dwa wozy, dobrze pakowne, a przy każdym po czterech czeladzi zbrojnych w szable i bandolety. Sam pan był to człowiek bardzo jeszcze młody, choć personat, lat ledwie dwudziestu kilku. Twarz miał pucołowatą, czerwoną, a i na całej osobie znać było, że sobie na jadło nie żałował.”

Piękna w tej karczmie rozegrała się scena między zacnymi kawalerami. Pana Jędrusia aż rany z bólu rwały, tak go rozbawił chełpliwy imć pan Rzędzin każdym swym słowem dowodząc życiowego sprytu, by nie powiedzieć cwaniactwa, zaradnictwa i zapobiegliwości. W ferworze fanfaronady zaoferował nawet Kmicicowi by został jego rękodajnym. „Szablę będziesz za mną nosił i nad czeladzią miał dozór”. Aliści do karczmy zawinęła część chorągwi laudańskiej ze słynnym Józwą Butrymem Beznogim na czele i doszło, jak to dziś się mawia – do zadymy. Imć Rzędzin przezornie uniknął bezpośredniego zatargu, stąd został przez pana Jędrusia jako poseł wyprawiony z ofiarami bijatyki i specjalnym komunikatem do pana Wołodyjowskiego. Dokąd pojechał? Ano do Szczuczyna.

„Gdy więc Kmicic pozwolił mu jechać dalej, nie tracił Rzędzian czasu i w godzinę później wjeżdżał już do Szczuczyna późną nocą i opowiedziawszy się strażom, roztasował się w rynku, bo domy były przez żołnierzy pozajmowane, którzy i tak nie wszyscy mogli się pomieścić. Ów Szczuczyn uchodził za miasto, ale nim nie był rzeczywiście, nie miał albowiem jeszcze ani wałów, ani ratusza, ani sądów, ani kolegium pijarskiego, które dopiero za czasów króla Jana III powstało, a domów szczupło i więcej chałup niż domów, które dlatego tylko miastem się zwały, że w kwadrat były pobudowane tworząc rynek, niewiele zresztą mniej błotnisty od stawu, nad którym mieścina leżała.”

Ten w kwadrat wybudowany rynek do dziś się nie zmienił. Trochę dalej od ryneczku wypatrzyłam w bocznych uliczkach parę chałup, co to, jak by się człek uparł, mógłby wywieść ich koneksje od wojen szwedzkich. Dla turysty folklor i ciekawostka, dla mieszkańców niewątpliwie udręka. Ale za to z czystym sumieniem można podziwiać pijarskie kolegium i kościół, których imć Rzędzian, jak mu Pan Bóg długim życiem pobłogosławił, mógł pewnie oglądać. Budowla powstała w latach 1697 – 1711. Dziś świeżo odrestaurowana wyrasta ponad miasteczko. Imponujący gmach ufundował właściciel włości podkanclerzy Stanisław Antoni Szczuka. Uważa się, że autorami projektu barokowej świątyni byli holenderskiej proweniencji, ale związany z Polską Tylman van Gameren i warszawski architekt Józef Piola. Choć inni twierdzą, że nie Gameran, ale Szymon Belotti maczał w tym dziele palce. Kościół był jednym z wielu wzniesionych w Rzeczypospolitej, jako dar wotywny za wiktorię wiedeńską. Do fundacji miał się dołożyć król Jan III Sobieski przeznaczając na ten cel aż 20 tysięcy złotych polskich ze swej osobistej kasy. Ofiarował również obraz Matki Boskiej Łaskawej, otrzymany w darze od papieża Innocentego IX, który nie skąpił łask obrońcy chrześcijaństwa, jego rodzinie i ojczyźnie.

Prawdziwy rozkwit przeżywało miasteczko w XVIII wieku. We wspomnianym kolegium nauki pobierało każdego roku 300 uczniów, i co warto podkreślić niekoniecznie szlacheckiej proweniencji, lecz wywodzących się z rodów włościańskich i ubogiej szlachty szaraczkowej, której w bród było w okolicy. Połowa z nich uczyła się bezpłatnie, dzięki wspaniałomyślności Szczuków. Dodatkowym atutem Szczuczyna był handel. W mieście odbywały się huczne doroczne jarmarki, na które ściągali ówcześni handlowcy z Polski, Prus Książęcych i Litwy. Co warte podkreślenia, że gdy przyszły gorsze czasy i miasto przejęli Prusacy, to przez cały okres zaboru pruskiego Szczuczyn był miastem prywatnym, choć kolegium pijarskie, w ramach sekularyzacji, zostało zlikwidowane. Świeżo odnowioną elewację, u szczytu zdobi oko Opatrzności, z którego rozchodzą się złociste promienie zakończone główkami wdzięcznych cherubinów. I napis „Tibi Laus Tibi Gloria, Tibi Gratiarum Actio in Sempiterna Secula, o Beata Trinistas”. Wnętrze kościoła również tchnie świeżym remontem – filary w pseudostiukach, a na sklepieniach wiją się ozdobne girlandy.

Jedziemy dalej tropem sienkiewiczowskich bohaterów. Zwłaszcza pan Rzędzian chodzi mi po głowie. Chudopachołek, zaradnicki, ale Janowi Skrzetuskiemu bez reszty oddany. Ze Szczuczyna do Wąsoszy kilometrów cztery. Jedziemy nie za śpiesznie rozglądając się za karczmą o wdzięcznej nazwie „Pokrzyk”. Aliści z rzeczy niezwykłych wypatrzyliśmy jeno chałupinę lichą, na jedną izbę, jakby dla miejscowej Horpyny. Pola płaskie, rolne, lasów nie za wiele – przynajmniej dzisiaj, bo jeszcze w XV wieku rosła tu wielka puszcza. Wreszcie Wąsosz. Tu gdzieś pan Rzędzian sobie gospodarzył. Ni to wieś, ni miasteczko, z chałupinami nie wiele lepszymi niż ta mijana, w polu. Pomimo niepogody gospodarze lubią sobie przysiąść gdzieś kole przyzby, albo choćby postać i podumać. Obcy tu, w Wąsoszu, to nie byle gratka. Przez dwa dni jest o czym pogadać z sąsiadem. Kto by pomyślał, że było to niegdyś, bardzo niegdyś, miasto powiatowe. A to dzięki szlakom handlowym łączącym Mazowsze z Rusią, Prusami i Litwą. Pech, pechem, że dwukrotnie było niszczone – w czasie wojen polsko- krzyżackich, i za pana Rzędziana – przez Szwedów. Później nieco podniosło się z niebytu, ale w XIX wieku tąpnęło ostatecznie i w roku 1870 utraciło należne wcześniej sobie prawa miejskie. Ale chlubnej przeszłości nikt mu nie odbierze. Ziemia wąsoska - nie w kij dmuchał. Sami książęta mazowieccy, którzy zawładnęli tym terenem, upatrzyli sobie to miejsce, nad rzeką Wissą. Z ich błogosławieństwem Wąsosz miał założyć niejaki Jaśko z Roman, dość łebski facet, z powodzeniem handlujący drewnem z Gdańskimi kupcami. Stąd pewnie skończyła się puszczańska świetność okolicy. Ustanowiono w Wąsoszy miasto i starostwo, aby administrując pilnować interesów dynastii mazowieckiej. Był tu nawet zameczek książęcy, wykorzystywany do celów obronnych, a pewnie także jako dworek myśliwski. Na miejskiej tarczy nie bez przyczyny umieszczono jelenia. W grodzie znajdowały się, symbolizując jego rangę, łaźnia, waga i postrzygalnia sukna.

Obchodzimy dookoła kościół Przemienienia Pańskiego. Późnogotycki, ceglany, z solidnymi szkarpami wspierającymi krzepką budowlę, której wysoki fundament wzmacniają polne kamienie. Widać, że obiekt zadbany. Blacharka dachu i rynny lśnią miedzianym blaskiem. Osobno stoi okazała dzwonnica, drewniana. Za murkiem okalającym posesję stawek z rzewną wierzbą i zadumanym drobiem. Niestety kościół zamknięty na cztery spusty i nie udało się obejrzeć lepiej wnętrza, jak tylko przez dziurkę od klucza. Bywa i tak A pewnie można by tam znaleźć ławkę kolatorską imć Rzędziana, w której pan dzierżawca zażywał splendorów.

Dawnej świetności Wąsoszy dowodzi drugi kościółek, w rynku, przy placyku, który dziś nosi imię Rzędziana, tak ta na poły fikcyjna postać zrosła się z tym miejscem. Uważa się, że stojąca w krypcie pokarmelickiego kościółka trumna bliżej nieznanego miejscowego wielmoży, zawiera szczątki uwiecznionego przez Sienkiewicza dzierżawcy znad Wissy. A znajdujący się w świątyni obraz Matki Boskiej słynie łaskami, których na przestrzeni wieków doświadczył niejeden Wąsoczanin. Darował go, z początkiem XVII wieku, wąsoskim karmelitom trzewiczkowym imć Grajewski, poważny posesjonat z Grajewa. Podobno „pewnego razu obraz spadł z zawieszenia, gdy pan domu chciał popełnić grzech”. Srebrna sukienka Maryi datowana jest na rok około 1740. Jeszcze wcześniejsze są korony nad Matką i Dzieciątkiem.

Wracamy. Mijamy Szczuczyn i jedziemy na Grajewo rozglądając się po drodze, gdzie by tu odbić na Bęćkowo. W starym przewodniku wypatrzyłam tam dwór murowany. Jest nadzieja, że nie spłonął, ani się zawalił. Trochę błądząc bocznymi drogami, wśród popegeerowskich pól, tu i ówdzie ze śladami kontynuacji gospodarki, pośród lichych lasków, oszczekiwani przez wsiowe burki, docieramy do Bęćkowa. Wokół płasko – łąkowo. Po pastwisku senne snują się krowięta. W kępie zieleni przebłyskuje jasna fasada przysadzistej budowli. Dostępu broni drut kolczasty rozpięty na palikach. Można jakoś się przedrzeć i z bliska obejrzeć domostwo. Pod koniec XVII wieku Bęćkowo należało do Grajewskich. Wcześniej – do Iłowskich i Mężyńskich. Dziś oglądany późnobarokowy dworek murowany został wzniesiony na początku XIX wieku przez Klimontowiczów. Dziwnym trafem nie zmarniał za komuny, jak większość szlacheckich posiadłości zdanych na łaskę władzy ludowej. Dzięki temu, że mieściła się w nim szkoła został nawet porządnie wyremontowany. Wprawdzie piękny mansardowy dach kryje paskudny eternit, ale sam dwór trzyma się krzepko i może nowi właściciele przywrócą mu odrobinę należnej mu świetności. Niech przypomina jaki niegdyś żywot wiodła szlachta z grajewskiego i szczuczyńskiego powiatu. Wprawdzie sienkiewiczowski Rzędzian rezydował niewątpliwie w modrzewiowym dworku, aliści potomkowie tak sprytnego rządcy, co to ledwie dwudziestu kilku lat doszedłszy, miał już hajduczka, forysia i dwa piękne psy na smyczy, zabezpieczeni zapobiegliwą zaradnością swego antenata, z całą pewnością mieszkali już w murowanych dworach.

Bożena Ulewicz

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji