nr. 18
VICTORIA, BC,
marzec 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - W zawieszeniu
Dom Polski po walnym zebraniu

Zofia Kossak

Noc błogosławiona i wielka
(Fragment książki „Rok Polski”)

Na łąkach zielonawe gęsięta szczypią trawę. Rowy pełne są wody, żabiego skrzeku i kęp kwitnących kaczeńców. Nierzadko pociągnie ostry wiatr północny, ba, śniegiem sypnie, ale słońce już mocno dogrzewa. Jaskółki śmigają nad rzeka, bociany wróciły do swego gniazda na dachu stodoły. To już nie przedwiośnie, ale wiosna całą gębą. Niegdyś tej porze świecono pogańskie gody wiosenne. Dziś rozesłały się one u stóp Wielkanocy, największego święta Chrześcijaństwa. Święta będącego radością, tryumfem, spełnieniem obietnic. Wszystko, co niebo dotychczas zesłało, proroctwa, dziwy i cuda, Objawienie i Wcielenie było przygotowaniem momentu, gdy śmierć zostanie pożarta w zwycięstwie, nastąpi Zmartwychwstanie.


Wprawdzie pogańskie gody też święciły śmierć Marzanny, było to jednak tylko odroczenie władztwa złej dziewy na przeciąg paru miesięcy. Znikomość stanowiła cechę przedchrześcijańskiego świata.


Święto, co przeobraziło dolę ludzką nie mieści się w ramach jednej doby. Uroczystym wstępem przygotowawczym jest Wielki Post, zwłaszcza Wielki tydzień, rozpoczęty niedzielą palmową.


W Niedzielę Palmowa każdy kościół polski zakwita wiązankami wierzbiny, modrzewiu, borówek, barwinku jak gdyby całe gaje zeszły do świątyni oddać hołd Zbawicielowi. Wierzbina usiana białymi kotkami to polska palma, wdzięczna i pokorna. Gdy wiosna wczesna, a Wielkanoc późna, kotki wierzbowe nie są już białe, ale żółte, sypiące złotym pyłem o słodkiej woni. Wychodząc po nabożeństwie kościoła należy połknąć parę poświęconych baziek. Miękkie kosmate, z trudem przechodzą przez krtań, lecz zabieg wart jest trudu, chroni, bowiem od chorób gardła na przeciąg roku.


Początek Wielkiego Tygodnia wypełnia gospodyniom wielkanocne ochędóstwo, sprzątanie, szorowanie, bielenie. Błyszczą czystością mętne zwykle szybki okien, połyskują stoły i ławy. Domieszka farbki do wapna daje ścianom ton błękitny. Tam, gdzie dziewczyna jest w domu, szczytowa ściana chaty zostaje niepobielona, a na ciemne tło drzewa gospodarz chlapie wapnem białe plamy niby rozwinięte róże. Znak dla kawalerów.


Zwijają się gospodynie i córki, bo na Wielkanoc nie śmie pozostać w domu stare śmiecie. Trzeba wyczyścić komorę i strych, wywietrzyć poduszki paradne, na których nigdy nikt nie sypia, przyodziewek świąteczny oraz codzienna skromną pościel, powszednie szmaty, kożuchy, zapaski. Wraz z pajęczyną i pyłem wymieść należy wszystko złe, co się w sercu nagromadziło, dawne kwasy i jady. Bo Wielkanoc to od nowa, stary człowiek ma umrzeć, nowy lepszy się narodzić.


W wielki czwartek milkną dzwony, a służba kościelna ogołaca ołtarze. Przy wtórze klekotu drewnianych kołatek gromady wyrostków święcą „topienie Judasza”. Rozwrzeszczany korowód ciągnie wielka kukłę z worków wypchanych słomą, odzianą w łachy zeszłorocznego stracha na wróble. Niegdysiejszą Marzannę, obecnie Judasza wloką chłopaki za głowę, za nogi, dookoła wsi. Potem na kopce graniczne. Na każdym kopcu przystaną, kukłą miotają, aż ja wreszcie zawloką do rzeki. Nim słoma nasiąknie wodą kukła pływa po wierzchu. Dopieroż zabawa, lecieć wzdłuż brzegu i walić w chochola kamieniami!


Gdy tak chłopcy hałasują, dziewczęta chyłkiem wybiegają o zmroku do najbliższej bieżącej wody, by się w niej wykapać. Oj, łatwiej połknąć kocankę, choć kosmata, niż wejść do wody, często lodowatej! Tradycja obiecuje jednak nie małe korzyści. Która panna wykapie się w tym dniu w strudze, albo w źródle, będzie cały rok czerwona jak krew, biała jak śmietana, zdrowa jak orzech, ponętna jak jabłko. Więc warto.


W Wielki Piątek wszystko wszystkim leci z rak. Gospodarz musi sieczki narżnąć na dwa dni, gospodyni piecze chleb i placki. I do kościoła trzeba choćby na moment zalecieć, i na wiedźmy uważać, czy się, która w pobliżu nie plącze. Bardzo niebezpieczny dzień Wielki Piątek. Dzwony, których cnota ma płoszyć złego ducha – milczą. Chrystus Pan, na którego imię wszelakie kolano upada, niebieskie, ziemskie i piekielne – leży zmarły w grobie. Więc szatany, czarownice, upiory, zmory, dziwożony i wszelkie paskudztwo hulają po świecie swobodnie. Jedyny to dzień w całym roku, kiedy mają taką wolę. Nie dziw, przeto, ze ich wszędzie pełno. Czarownice zaglądają do obór, żeby krowom zabrać mleko. Skryj się tylko, a zobaczysz, jak taka poczwara bierze lejce do ręki i głaszcze nimi krowę po grzbiecie, mrucząc: biorę pożytek, ale nie wszystek biorę pożytek, ale nie wszytek…Dobrze, jeżeli zdążysz skoczyć na nią z tyłu, wodze wyrwać, okładać nimi, co sił, aż baba zaklęcie odwoła. Inaczej, przepadło mleko! Inne znów wiedźmy chodzą od chaty do chaty, niby po prośbie, w rzeczywistości żeby urok rzucić. Niemały z tym kłopot, bo uczciwe, pobożne babki i dziady proszalne też chodzą po domach tego dnia i wielki grzech ich nie wspomóc. Wprawdzie dziad sprawiedliwy wola od progu: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, co jest znakiem nieomylnym, bo odmieńcowi Imię Boże nie przejdzie przez usta. Zdarza się jednak, że przebiegła wiedźma powie: Niech będzie pochwalony… i dalej nic. Kogo ona chwali? Tego, któremu służy. Ale gospodyni młoda i niedoświadczona przyjmie powitanie za dobre i wpuści jędzę do chaty. Zaraz potem dziecko zachoruje, albo niezgoda wpadnie w rodzinie, albo szkoda będzie w inwentarzu. Spostrzegłszy w porę omyłkę można zło odrobić rzucając za odchodzącą skorupkami z jaj, ale należy się spieszyć, bo wiedźma za drzwiami znika, jakby się rozwiała.


Oj, jak straszny i groźny jest świat, gdy Bóg nieobecny spoczywa w grobie, albo odwiedza ojców w otchłani! Jak się żyło ludziom, nim Pan zszedł na ziemię, gdy co dzień był wielki Piątek? Dziw, że od samego lęku wszyscy nie pomarli!...


Babki kościelne, staruszeczki modlitewne, niezdatne już do innej pracy niż pacierze, siedzą od rana w pustym, milczącym kościele przy grobie i dumają o tych sprawach. Póki człowiek młody, nie ma czasu na rozmysły, dopiero, gdy go życie zegnie w pół, a Śmierć nadchodzi. Bo młody umrzeć może, ale stary musi. Ot, różnica. Patrzą na życie jakby już z drugiego brzegu i drżącymi z wieku glosami wyciągają Gorzkie Żale. Tak się w nich serce rozrzewni, że gdy przyjdzie kolej na starodawną skargę macierzyńską:


Twoja główka krzywo zwisa, toćbych ją podparła,
Krwia pociekła Ci policzku, toćbych ją otarła,
Picia chcesz, picia bych Ci dała,
Jeno nie łza sięgnąć Twego świętego ciała…


- łzy spływają im po twarzach pokrytych zmarszczkami. Dobre łzy, bo spowodowane cudzym bólem, a nie własnym.


Uwierzyłby kto, że trafia się nieraz młódka dość zuchwała i szalona, by w ten właśnie groźny wieczór, wieczór tę wielkopiątkowa porę, kiedy tyle zła czyha na człowieka, a duszę przejmuje żałość – zamiast modlić się u Grobu, biegnie do lasu, po zioła! Juści nie po leki na zimnicę lub łamanie w kościach, ale po lubczyk, czyli nasięźrzał. Bo każde zioło ma tej nocy większą moc niż zwykle. Znajdzie to po ciemku? Oho, ona już je dobrze wypatrzyła za dnia, zaznaczyła dwoma prętami, brzezinowym i leszczynowym (brzeziną, bo biała, widna, leszczyną, bo chroni od uroku). Nie trzeba szukać, wystarczy zerwać, dygocącymi ze strachu wargami mówiąc głośno:


Nasieźrzale, rwę cię śmiele
Pięci palcy, szóstą dłonią,
Niech się chłopcy za mną gonią!


I w nogi, co sił z powrotem do domu, wcisnąwszy cenne ziółko za pazuchę. Matka próbująca pieca garścią maki, czy nie za ostry, patrzy podejrzliwie na zdyszaną córkę.--Kajżeś ty Marcyśka biegała?


Wielka Sobota, to już całkiem inny dzień. Skończona swawola złych duchów. Nie dbając o wiedźmy, można spokojnie przygotowywać święcone.


Na cmentarzu kościelnym, pod bezlistnymi lipami, rozsiadły się wieńcem gospodynie trzymając przed sobą odkryte koszyki z jadłem. Na spodzie bieluchne płótno, na nim chleb, podstawa życia, masło, ser krągły jak miesiąc, sól, kołacze, kiełbasa – wszystko przybrane cudnie pisankami, kwitnąco modro barwinkiem i liśćmi bukszpanu. Pisanki, owoc długiego mozołu, są dziś po raz pierwszy ukazane światu i każda z kobiet obiega ciekawie wzrokiem koszyki sąsiadek, by sprawdzić, gdzie najładniejsze jajka. Chyba u niej? Powiedzta, no?


Milknie babska gromada, bo z kościoła wychodzą ministranci, za nimi ksiądz w komży, z kropidłęm w dłoni. W imieniu Pana, z którego ręki pochodzą rozłożone dary, błogosławi je, by poszły ludziom na siły, na zdrowie.


„Święcone", to piękna tradycja. Cóż stąd, że niegdyś pogańska? Wszystko, co poprzedzało chrześcijaństwo, było przeczuciem lub oczekiwaniem. Przez święcenie pokarmów Kościół błogosławi byt doczesny, podkreśla dostojność ciała, które, dziś właśnie, osiągnęło nieśmiertelność. Jedzenie stanowi afirmację życia. Chrystus Pan po zmartwychwstaniu jadł miód i rybę, by przekonać uczniów, że jest żywym człowiekiem, nie zjawą.


Chleb, ser i sól, barwione jajka, skromne pokarmy codzienne wchodzą jako aktorzy na scenę, gdzie rozgrywa się kulminacyjny punkt wielkiego bożego cyklu. Bóg udziela nieraz rzeczom niezrozumiałym mocy przyczyniania się do ludzkiego zbawienia. Dlatego wszystko jest godne szacunku. I ten okruch chleba, co nie powinien spaść na ziemię, i jajko, którym domownicy będą się dzielić nazajutrz, życząc sobie wzajemnie pomyślności.


Ksiądz święcił rano wodę w chrzcielnicy, rozgarniając ja na krzyż, teraz święci ogień, wiernego przyjaciela człowieka, bez którego skrapiałoby życie na ziemi. Z żadnego komina nie snuje się dym, wygaszone paleniska, bo ogień trzeba rozpalić na nowo, nowym poświęconym płomieniem, przyniesionym z kościoła. Do przenosin należy używać woskowej świecy lub smolaków. Trzymając garść trzasek smolnych za pazuchą, chłopaki biegną z ogniem święconym do chaty, osłaniając dłonią płomyk, podsycając go śpiesznie nowym smolakiem, gdy poprzedni się dopala. A tak wszystko staje się nowe na jutrzejszą niedzielę. Ogień i woda, i chaty, i jadło, i serca obmyte żalem.


Wiemy, o której porze Chrystus Pan przyszedł na świat. „Gdy noc w swym biegu pól drogi miała”. Godzina, w której zmartwychwstał stanowi tajemnicę Nieba. „O nocy zaprawdę błogosławiona, ty jedna znasz czas: Godzinę, w której Chrystus wstał z grobu” – śpiewa Kościół. Dlatego rezurekcja bywa obchodzona o różnych porach, w Wielką Sobotę wieczorem, lub w Niedzielę o świcie. Rezurekcja ściśle złączona z Polską, gdyż tylko polska liturgia wprowadziła ten akcent wspaniały tryumfu, owo Te Deum Laudamus narodu.


Wielka noc, święta noc, która grzechów ciemności blaskiem rozproszyła. Błogosławiona noc, beata nox, co zmywa winy, przywraca niewinność upadłym, radość smutnym, otwiera groby i jasność zsyła w przepaści. O nocy, w którą sprawy niebieskie łączą się z ziemskimi a Boskie z ludzkimi...


Po Wielkiej Nocy wesoły nam dziś dzień nastał, którego każdy z nas żądał. Cechują go cisza i spokój. Poza nakarmieniem inwentarza nie ma żadnej roboty. Nawet gospodyni odpoczywa, położywszy spracowane dłonie na stole zasłanym obrusem. Jadło przygotowane w ciągu poprzednich dni, jadło wyśmienite, paradne, spożywane jest w skupieniu, ocenia się nabożnie każdy kęs. Gdy się wszyscy nasycą, usiądą na przyzbie pod swa bielona chatą, radując się, ze żyją! Stara tradycja chrześcijańska, zachowana dotąd w wielu okolicach nakazuje witać w tym dniu każdego napotkanego słowami „Chrystus zmartwychwstał”. – Zmartwychwstał prawdziwie – odpowiada pozdrowiony i wymieniają pocałunek. Pocałunek choćbyś spotkał śmiertelnego wroga, przeciw któremu zapiekła się w tobie nienawiść, musisz tego dnia odpuścić, darować, zapomnieć, bo ani tych słów wypowiedzieć, ani pocałunku nie wolno dać fałszywie.

Przejdź dalej:

Napisz do Redakcji