nr. 18
VICTORIA, BC,
marzec 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - W zawieszeniu
Dom Polski po walnym zebraniu

Andrzej Jar

Ala

- Jak Andrzej odjeżdżał, to nawet niebo płakało – mówi Ala.
Rzeczywiście, leje jak z cebra. Dziwne, to chyba jedyny deszczowy dzień, jaki kiedykolwiek widziałem w Chicago. Właśnie tak: deszczowy dzień, a nie deszcz, który spada gwałtowną ulewą, tworzy ścianę wody, z którą daremnie walczą wycieraczki samochodu i za niedługo równie gwałtownie ustaje. Takie deszcze widziałem tu wielokrotnie. Dziś jest inaczej. Pada od rana i nie wygląda, żeby miało przestać. Ulewa przechodzi w siąpanie, siąpanie w deszcz, deszcz w ulewę, potem znów siąpi jakiś czas, a za chwilę leje. To nie jest taki normalny chicagowski deszcz.
Może dlatego właśnie, zamiast powiedzieć zwyczajnie, że leje jak z cebra, budzi się w Ali poetyczność i Ala mówi, że niebo płacze.
Równie dobrze mogłaby powiedzieć, że każdy jest kowalem własnego losu, albo Mierz siły na zamiary, albo wyskoczyć z głupia frant z czymś podobnie nieważnym. Zostałoby to skwitowane takim samym bezgłośnym chrząknięciem. Byłoby jedynie zakłóceniem milczenia pasażerów niebieskiego nissana sentra i niczym więcej.
Słowa Ali jeszcze bardziej przytulają wzrok jadących do zalanych deszczem szyb samochodu. Każdy chce mieć to już za sobą. Te wszystkie „No to trzymaj się”, „Zadzwoń”, „Niech ci się wiedzie” – cały ten dworcowo-lotniskowy zestaw, te pożegnalne gotowce wypowiadane po to, żeby coś powiedzieć.
- No to trzymaj się – powie na lotnisku Jurek i doda: - Pewnie zobaczymy się teraz w Polsce.
Prawdopodobnie przez całą drogę o tym myślał – milczał, patrzył w zalane deszczem szyby i myśłał o swoim nieuchronnym powrocie do Polski. Powraca tam na dobre już od co najmniej dwóch lat. Najpierw miało to nastąpić na Boże Narodzenie, potem na Wielkanoc, po czym, półtora roku temu, zapadła ostateczna decyzja, że jeszcze równy rok i ani dnia dłużej.
Dawno by już wyjechał, gdyby nie Ala. Bo bez Ali stąd nie wyjedzie. Dlatego za pół roku zobaczymy się jeszcze raz w Chicago.
Rzecz w tym, że Ala wcale nie chce opuszczać Ameryki. To znaczy niby chce, niby potakuje, zgadza się – że tak, że na Boże Narodzenie, że na Wielkanoc, że jeszcze rok i ani dnia dłużej – ale tak naprawdę nie chce wyjeżdżać, odwleka termin wyjazdu, tłumaczy, że musi jeszcze trochę zarobić, że właściwie nic jeszcze nie odłożyła, a na dodatek kupiła przecież synowi w Polsce obiecaną perkusję, która kosztowała dużo pieniędzy, bo to musiała być nie byle jaka perkusja, więc teraz wypada jeszcze trochę popracować na domkach, żeby nie wracać do Polski bez niczego.
Najchętniej zostałaby tu na stałe. Ale nie jako wakacjuszka, tylko legalnie, żeby można było sobie jeździć do Polski i wracać do Chicago. Żeby jednak mieć papiery, musiałaby albo wygrać na loterii wizowej, albo wyjść za mąż za obywatela, bo na amnestię nie ma co liczyć. Za obywatela nie wyjdzie, bo po pierwsze jest z Jurkiem, po drugie ma w Polsce męża, a po trzecie tutejsi obywatele są realistami i wiedzą, że takie małżeństwo to bynajmniej nie z miłości, a dla samych uciech łóżkowych nie trzeba zaraz się żenić; żądają więc za przysługę wniesienia określonej wysokości wiana, płatnego z góry gotówką. Ala zaś jest porządną kobietą, a do tego niezwykle oszczędną. Nawet na zakupy do Bacika czy Mulicy chodzi zawsze z Jurkiem, który w liczeniu pieniędzy nie jest aż tak skrupulatny jak ona. Wysyła więc Ala każdego roku formularz na loterię wizową, a wtedy Jurek modli się, żeby nie wylosowała zielonej karty, ponieważ bardzo skomplikowałoby to jego życie.
Jurek stara się obrzydzić Ali Amerykę; mówi, że zawsze będzie tu popychadłem, sprzątaczką „u głupich amerykańców”, przekonuje, że w Polsce dadzą sobie radę; on zaoszczędził kilka tysięcy dolarów, roboty się nie boi, jakąś firmę założy. Nie, chyba nie warsztat samochodowy, ale raczej wykładanie kafelków, bo tego nauczył się pracując na kontraktorce w Chicago. Oczywiście najpierw, zaraz po powrocie, załatwią sprawy rozwodowe; to już postanowione. On wie od dawna, że jego żona jest z innym - w końcu to ponad pięć lat – a ona przecież dlatego wyjechała z Polski, żeby nie być z tym pijakiem, swoim mężem, który ją bił. Ułożą sobie życie.


*


Patrzę w deszcz za szybą niebieskiego nissana. Ja też miałem wrócić za rok. Mój „rok i ani dnia dłużej” to był nie tylko plan – to było głębokie przekonanie, całkowita pewność. Nie tylko dlatego, że ja także kogoś w kraju zostawiłem. Emigracja była poza moim systemem krwionośnym, poza moim kodem kulturowym, poza mną po prostu. Emigruje lud, który chce być syty. Który chce się nażreć za życia aż do rozdymania trzewi, chce mieć tyle żarcia, żeby już nigdy o nie się nie martwić, tylko żreć i nie myśleć. Chce zaznać tego luksusu posiadania, znanego mu z amerykańskich filmów, przynajmniej otrzeć się o niego. Chce mieć. Chce mieć dużo, bo wtedy – zasiadając z pełną michą przed telewizorem – będzie czuł się szczęśliwy, będzie żył jakby w niekończącym się orgazmie. Przynajmniej tak mu się wydaje.
Ja nie chcę żreć – ja chcę myśleć. I dzielić się tymi myślami. A gdzie mogę się nimi dzielić, jak nie w swoim środowisku naturalnym – w kraju, w którym się urodziłem, wychowałem, wykształciłem? Gdzie ludzie mi bliscy. Pijąc wódkę na chicagowskim Jackowie tworzę iluzoryczny świat, w którym amerykańska przygoda (bo przecież miała to być - jest! - przygoda) łączy się z rozmową w knajpie na Św. Ducha w Gdańsku. Jest Florek, Tomira, Ela, Janek, zaraz dojdą inni. A ja opowiadam o swojej nocnej wyprawie przez Murzynowo, śmiejemy się, - Basieńko, daj nam jeszcze po wódce – woła Florek. Jest bezpiecznie, teatr o dwa kroki stąd – dobrze zapoznany świat.
Polskie Chicago jest polskim zadupiem, głęboką polską prowincją. Te wszystkie cholernie wsiowe nazwy: Jackowo, Trójcowo, Helenowo, Władysławowo... Murzynowo. Jak mogłem wtedy tak fatalnie pomylić pociągi po libacji u kuzyna na przedmieściu, wsiąść w ostatni pociąg byle gdzie i wysiąść w zamroczeniu na tej stacji w sercu Murzynowa?!
– What are you doing here?! – w trzepocącym jak skrzydła spłoszonego ptaka głosie Murzynki, na którą niespodziewanie wypadam zza rogu, jest przerażenie, widzi w mroku moją wyzywająco białą gębę. Kilka sekund wcześniej bała się tylko o siebie, teraz jeszcze ja jej spadłem na głowę. Pachnie tu krwią tej nocy.
Jeśli ona się boi, przemyka dokądś szybkim krokiem, to co ja mam powiedzieć. Wyparowuje ze mnie cały wypity alkohol. Przylegam do muru jakiejś tutejszej rudery, kulę się w sobie, stąpam ostrożnie jak po lodzie, słyszę w ciemności głosy, nieruchomieję. Co im powiem w razie czego? Że z Francine, Nadine, Michaelem, Kevinem i Natem sprzątam za dnia hotele? Że Francine, Nadine, Michael, Kevin i Nate są czarni? O rzucaniu kamieniami w ZOMO im opowiem? O tym, jak zdyszani po kolejnej zadymie i jeszcze żadni krwi milicjanci pobili mnie w celi dworcowego posterunku, żeby sobie ulżyć? Tak, na pewno – na pewno ich przekonam i uznają mnie za swojego, podadzą mi piwo i domagać się będą dalszych opowieści. Panno Przenajświętsza, jeśli przeżyję tę noc, alkoholu więcej do ust nie wezmę.
Piję wódkę na chicagowskim Jackowie dla dodania sobie animuszu i poprawę humoru. Jest lato, wieczór. Przez otwarte okno dobiega z dołu głos Stacha, który wprowadza w arkana tutejszego życia nowo przybyłego do polskiego getta męża Jadzi, z którą Stachu mieszka piętro niżej od czterech bodaj lat.
- Mówisz coś po angielsku? – pyta Stachu.
- A gdzieta, Stachu, przecie ja ledwo przyjechał – podśpiewuje prosząco nowicjusz.
Pobrzękuje szkło, chwila ciszy.
- Duju spik ińglisz – nie ustępuje Stachu. – Wiesz co to znaczy?
- Iiii tam...
- To znaczy – mówi z namaszczeniem nauczyciel – czy mówisz po angielsku. Wiesz jak na to odpowiadasz?
- ...?
- Odpowiadasz: noł, aj dont. Naucz się tego, to będziesz już coś mówił.
Siedzimy w knajpie na Św. Ducha – Florek, Tomira, Ela, Janek... – opowiadam im o lekcji Stacha, śmiejemy się. Nalewam następne sto gram fińskiej wódki i piję w samotności; zaraz Grażyna, Ala, Jurek, dwie Marysie, Sierżant Jadzia i Szwagier wrócą ze swoich partajmów. Przychodzi mi do głowy, że gdyby ktoś zapytał mnie o liczbę pokoi w tym mieszkaniu na całe piętro, nie umiałbym odpowiedzieć. Pięć? Sześć? Chyba sześć zakaraluszonych pokoi-klatek, jakie buduje się tu – na piętrach i w suterenach - dla nielegalnych imigrantów, którzy są dobrym źródłem zarobku dla właścicieli domów.
Patrzę w deszcz za szybą niebieskiego nissana. To miał być rok. Dwa lata z hakiem minęły.


*


- Jak Andrzej odjeżdżał, to nawet niebo płakało – powiedziała więc Ala w drodze na lotnisko O’Hare, kiedy Jurek myślał o dniu, gdy będzie jechał tędy po raz ostatni. On będzie jechał tędy po raz ostatni, bo Ala, która powróci z nim do Polski, przyjedzie tu potem na stałe.
Niebo, jak chce Ala, płacze rzęsiście, ale jej samej nie jest znowu aż tak bardzo żal, że Andrzej odjeżdża. Owszem, żal, ale nie aż tak bardzo, tylko tak normalnie, tak jak zawsze jest żal, kiedy ktoś, kogo zna się kupę czasu, z kim się wypiło na wspólnych „imprezkach” morze wódki, odjeżdża.
Właściwie to nawet jest w dobrym humorze. Przed wyjściem wypiliśmy strzemiennego, kilka strzemiennych, które dołożone do wczorajszego kameralnego wieczoru pożegnalnego, kończącego miesiąc wieczorów pożegnalnych, dobrze wpłynęły na jej samopoczucie.
Ala lubi imprezki. Z każdej okazji. Każda okazja jest dobra. Andrzej wyjeżdża, wiadomo, trzeba się pożegnać – kupiła bluzkę „na sejlu”, też trzeba to oblać. Tylko Jurek przeszkadza jej trochę w swobodnym imprezowaniu. Daje baczenie. – Rybcia, już wystarczy – mówi i powstrzymuje jej dłoń sięgającą po szklankę. – Żabciu – protestuje Ala – przecież ja prawie nic nie wypiłam. Spróbuj jakie to słabiutkie – przekonuje, podając mu do spróbowania rozcieńczoną 7up wódkę.
Kiedyś Jurek wkurzył się nie na żarty. Wrócił z roboty w chwili, gdy Ala właśnie, dopiero co, postawiła na stole butelkę finlandii. – Kurwa, znów ta cholerna wóda! Czy nie może być jednego dnia bez wódy?! – krzyknął i wylał zawartość butelki do zlewu. Tyle było z tego dobrego, że na podstawie niniejszego wydarzenia ułożyła mi się skoczna piosenka, której refren brzmiał: Kurwa, cholerna wóda / Czy nam nigdy się nie uda / Bez wódy normalnie żyć. Gitara to też jakiś ratunek. Skocz w pudło gitary – radzi poeta Stachura.
Ogólnie jednak Jurek jest miękki i ustępuje Ali. Prawie zawsze, wracając z zakupami od Bacika czy Mulicy, przynoszą ze sobą także butelkę Finlandia Vodka i Ala ma uśmiech na twarzy. Kiedy przyjadę tu za pół roku, zauważę w rozmowie, że po moim krótkim kanadyjskim doświadczeniu jedno powiedzieć mogę na pewno: alkohol w Chicago jest tani jak barszcz.
- No to trzeba korzystać – powie na to Ala i wyśle Jurka do Mulicy, sięgając pod jego nieobecność po zapasową, ukrytą za łóżkiem butelkę.


*


- Welcome to Canada – mówi wreszcie urzędniczka imigracyjna i oddaje mi paszport z wpiętym do niego dokumentem zaświadczającym moje prawo do życia w tym kraju. Popychając przed sobą wózek z bagażem wychodzę poza strefę lotniskowej kontroli. Myślę tylko o tym, żeby wreszcie zapalić papierosa. Mijam szybko ustawiony wzdłuż wyjścia z terminalu szpaler ludzi, wykonuję swoim wózkiem slalom pomiędzy szwendającym się tłumem i wychodzę za szklane drzwi, za którymi siadam na trotuarze oparty plecami o ścianę Vancouver International Airport, zanurzam dłoń w torbie podróżnej, odkręcam zawór zabranej na drogę finlandii, pociągam łyka z gwinta i zapalam papierosa. Jest piątek, świeci słońce, rok temu zjednoczyły się Niemcy, za trzy tygodnie odbędą się w Polsce pierwsze po wojnie wolne wybory parlamentarne, a ja sobie siedzę na chodniku oparty o mur Vancouver International Airport, palę papierosa, łykam z gwinta i o niczym nie myślę. Czuję się mniej więcej tak, jakbym właśnie przepłynął morze z Gdańska do Jastarni. Żadnych tam refleksji emigranta ani nic podobnego. Po prostu dalszy ciąg rozpoczętej w Chicago amerykańskiej przygody, w której nic nie wydaje mi się być „na stałe”. Navigare necesse est.


*


Tak, za pół roku raz jeszcze spotkam się z Jurkiem, kumplem z gdańskiego podwórka, w Chicago. Kolejny raz przyjadę tu dopiero za sześć lat. Wtedy, za sześć lat, na „wieczorze powitalnym” Ali towarzyszyć będzie facet bez wyrazu, odziany nie wiedzieć czemu w garnitur i pod krawatem, którego cały wygląd, nie licząc tego bezsensownego garnituru, sprowadzał się do złotego sygnetu na palcu. Zdaje się, że miał rzadkie, zaczesane na czoło włosy i jakąś twarz. Przez cały wieczór powiedział bodaj tylko proszę (podając Ali sałatkę), dziekuję (kiedy ktoś przybliżył mu sałatkę, po którą, unosząc się z krzesła i przytrzymując lewą ręką połę marynarki, sięgał dla Ali) i oznajmił, że pije tylko piwo, w związku z czym wypił dwa, odpowiadając „Nie, dziękuję”, gdy Grażyna zaproponowała mu trzecie. Aha, raz także zamruczał coś przy uchu Ali, po czym wstał od stołu, poszedł do łazienki i wrócił.
Podczas jego krótkiej nieobecności z wymiany zdań pomiędzy jedną z Maryś a Alą dowiedziałem się, że syn Ali tłucze całymi dniami w perkusję i nawet zagrał kilka razy z zespołem przygrywającym na dansingach w którejś tutejszej tancbudzie, a jej mąż, który szczęśliwie wylosował zieloną kartę, najpierw „poszedł w bumy”, czyli nie miał roboty i chlał na umór, by następnie – będzie już prawie dwa lata – wrócić do Polski. O to drugie być może ja zapytałem, nie pamiętam. Nie pamiętam także, czy mąż Ali był już wtedy prawnie jej byłym mężem. Przypuszczam że najpewniej takie pytanie nie padło. Bo i po co miałoby paść.
Ala - radośnie podniecona, rozgadana i wybuchająca raz po raz głośnym śmiechem - mieszać będzie wódkę z 7up w fachowo rozłożonych odstępach czasowych. To umiejętność wytrawnych alkoholików, utrzymanie stałego poziomu alkoholu we krwi – być pijanym, sprawiając wrażenie prawie trzeźwego. Patrzę kątem oka na jej skupienie, kiedy przechyla szklankę do ust, odstawia ją, czeka chwilę na działanie napoju, po czym znów powraca do uczestnictwa w imprezce, rozgadana i raz po raz wybuchająca śmiechem. W którymś momencie przypominam sobie, że ma brzydkie, blade i jakby opuchnięte nogi. Zresztą całe jej ciało jest takie. Widziałem ją kiedyś rozebraną na plaży nad jeziorem Michigan. W ciuchach i makijażu wygląda atrakcyjnie.
- No to co – przekrzykuje gwar nad stołem Ala – może byśmy tak sobie trochę pośpiewali, co? Bierz mistrzu gitarę.
Grażyna przynosi ze swojego pokoju instrument. Kurwa, cholerna wóda / Czy nam nigdy się nie uda / Bez wódy normalnie żyć... Ala się cieszy i podchwytuje refren. Chyba jednak nie łączy słów piosenki z żadnym konkretnym wydarzeniem, z epizodem w końcu.
Tak będzie za sześć lat. Za dziewięć lat spotkam się z Jurkiem. W Polsce.
Ale teraz jeszcze o tym nie wiedzą. Ja też nie wiem. Teraz jedziemy niebieskim nissanem sentra na lotnisko O’Hare, którego nazwę miejscowi Polacy wymawiają jako ochero, i leje deszcz. Ala po wypowiedzeniu swojej złotej myśli zamilkła, Jurek gapi się w szybę i duma o swojej, o ich drodze na „Ochero”. To będzie za mniej więcej rok. Na Okęciu pożegnają się wcześniej, zanim on uściska syna („Ale ty wyrosłeś!”), a ona pozwoli się ucałować oczekującemu na nią mężowi pijakowi, i ruszą w odwrotnych kierunkach kompasu. Wkrótce, za kilka tygodni, jeszcze przed rozwodem, on pojedzie do niej na południe. Nie wytrzyma z tęskonoty, pojedzie. Ala wyjdzie do niego na chwilę przed dom, żeby mu powiedzieć, że sprawy nieco się skomplikowały, nowe okoliczności zaszły. Jej mąż wylosował zieloną kartę na loterii wizowej, więc ona musi to wykorzystać, musi pojechać razem z nim do Ameryki. Załatwi sobie stały pobyt i wtedy weźmie rozwód. Potem, gdyby Jurek zechciał, to może go tam ściągnąć.
No cóż, tylko w dobrej literaturze takie przypadki się nie zdażają...
Na razie jednak dojeżdżamy do lotniska O’Hare, z którego oni powrócą do mieszkania na Jackowie, gdzie Ala powie, że trzeba chyba wypić jakiegoś drinka na ten smutek i Jurek, który wziął tego dnia wolne, posłusznie skoczy do Mulicy. Wciąż jeszcze są na zawsze razem.


*


Vancouver, w którym za kilka godzin wyląduję. Po Chicago to miasto jawi mi się niczym kurort – góry, ocean, rzeki, lasy, jeziora. Życie zdaje się tętnić słabo, płynie mi przed oczami w jakimś takim spowolnieniu i drażni wręcz swoją ciszą.
W pierwszych dniach po przyjeździe trafiam do ośrodka pomocy imigrantom „Mosaic”, w którym obecność pomagających rodakom na wychodźstwie polskich wolontariuszy była bardzo wyeksponowana. Trafiam tam chyba jedynie po to, żeby przejść wszystkie stopnie wtajemniczenia, przez które polski imigrant przechodzi, bo żadnej pomocy od Mozajki nie oczekiwałem, żadnej koncepcji pomocy, o jaką mógłbym się zwrócić nie miałem i zgodnie z założeniami, żadnej pomocy nie otrzymałem. Wizyta w Mozajce była czymś w rodzaju spotkania towarzyskiego, w którym najważniejszą, nadającą ton rozmowie osobą był pracownik tej placówki. W spotkaniu, oprócz mnie, uczestniczyły również dwa nieznane mi młode małżeństwa. W rozmowie chodziło o to, żebyśmy – my, nowi przybysze - powiedzieli coś o sobie i o swoich planach na przyszłość. Problem w tym, że ja nie bardzo wiedziałem (zresztą chyba wciąż nie wiem), jakie są moje plany na przyszłość, więc na pytanie, co zamierzam robić, tkwiąc jeszcze na dodatek w realiach Jackowa, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że zamierzam znaleźć jakąś robotę – jaka popadnie, żeby zarabiać pieniądze na utrzymanie. To nie była zdaje się dobra odpowiedź, jako że Polak powinien mieć ambicje bycia kimś. Kolejne pytanie brzmiało: czym zajmowałem się w Polsce. Wymruczałem niechętnie, na odczepnego, kilka ogólnych słów o pracy w teatrze. Zauważyłem, że na pytającym zrobiło to wrażenie. Wyraźnie zmienił się styl jego mowy, zaczął wplątywać gęsto w wypowiadane zdania różne inteligentne słowa, zwracając się do innych, kierował wzrok w moją stronę, jakby chciał sprawdzić, czy docierają do mnie jego mądre uwagi. Przypominało mi to epizod z czasów studiów, gdy w ramach zarabiania pieniędzy w spółdzielni studenckiej poszliśmy z kolegą Jajem umyć okna w rektoracie na Bażyńskiego. Praca jakoś nam tego dnia nie szła – najpierw stłukła nam się szyba, potem donica z jakąś rośliną i zdaje się coś jeszcze. Żeby było śmieszniej, wszystko w jednym pokoju. Kiedy administrator budynku zobaczył dokonane przez nas zniszczenia, stwierdził: - Panowie jesteści jak ci Wandalowie. Po czym dodał: - Ci historyczni.
Kiedy zatem zdemaskowałem się już przed intervjuerem z Mozajki jako „ktoś”, on – wciąż potwierdzając rzucanymi w moją stronę spojrzeniami wartość swoich wypowiedzi - zwrócił się z tymi samymi pytaniami do uczestniczących w spotkaniu małżeństw, których nie znałem. Ich odpowiedzi były bez porównania bardziej zdecydowane, świadczące, że plany na przyszłość mają sprecyzowane. Panie pragnęły zostać programistkami komputerowymi, a panowie zamierzali zająć się pośrednictwem w kupnie i sprzedaży domów bądź też odwrotnie – panie chciały sprzedawać domy, a panowie programować komputery, ale mniejsza z tym. Ciekawsze było to, że jak się okazało po odpowiedzi na kolejne pytanie, w Polsce wszyscy oni byli szewcami.
Żeby było jasne: nie wątpię ani trochę, że – co zauważył już Stanisław I. Witkiewicz – szewcy dużo mogą i każdy z nich może zostać znakomitym programistą komputerowym lub sprzedawcą domów. Jest to o wiele bardziej prawdopodobne niż możliwość przekwalifikowania się tych drugich w porządnych szewców. Nie chodzi więc tu w żadnym wypadku o drwiący krzyk, że patrzcie państwo co się dzieje, szewcy chcą być białymi kołnierzykami, toż to koniec świata! Chodzi o to, że to zdarzenie z pierwszych dni po przybyciu do Vancouver uświadomiło mi, że rodacy traktują swoją emigrację z wielką powagą, dostrzegając w niej (w emigracji, jak i w powadze) szansę społecznego awansu. Dziś, po latach życia w tym mieście, myślę zresztą, że wszyscy oni awansowali – programują komputery i sprzedają domy - i tylko mnie powinno być wstyd, że jestem wciąż takim samym wędrowcem jak trzydzieści, dwadzieścia czy dziesięć lat temu.
Żeby być kimś w środowisku polskim w Vancouver, a nie ma się akurat zdolności komputerowych lub nie umie się sprzedawać domów, najlepiej jest założyć sobie jakąś organizację krzewiącą polską kulturę, kochać kompozytora Chopina (ta tytulatura to z miejscowego języka) i mieć określone cechy charakteru. To stwarza szansę usadowienia się na świeczniku w otoczeniu świty, w której każdy chce być jednym z ramion kandelabru. Na wszelki wypadek zaznaczę od razu, że działalność takich organizacji zasługuje na wielkie uznanie, bo – że sięgnę tu po słowa z polonijnej gazety – coś robią. Lepiej, gorzej, ale robią (to też cytat z tego samego źródła).
Mój podziw dla ambicji rodaków w tym mieście jest taki sam po dziś dzień. I wciąż tak samo trudno znaleźć mi wśród tych ambitnych ludzi swoje miejsce. Ale wszak nie wiem tego jeszcze tamtego deszczowego dnia w Chicago, w drodze na lotnisko O’Hare, z którego odprowadzający mnie komitet pożegnalny powróci do tego, co przez minione dwa lata z hakiem było moim życiem, a ja polecę gdzieś tam hen, gdzie znów trudno będzie mi znaleźć swoje miejsce. Deszcz leje jak głupi, wjeżdżamy na Harlem... Lubię nazwę tej ulicy.


*


W samochodzie milczenie. Żal? Nie, chyba raczej tak jakoś głupio, że za chwilę trzeba będzie powiedzieć te lotniskowe gotowce: No to trzymaj się, zadzwoń... Więc Jurek ma minę obojętnie poważną, a Ala, chociaż się nie uśmiecha i mówi, że niebo płacze, ma na twarzy uśmiech – pozostałość po strzemiennym.
Tylko oczy dziewczyny za kierownicą niebieskiego nissana sentra są pochmurne jak to płaczące niebo nad miastem.


* * *


(Opowiadanie "Ala" zdobyło w roku 2009 1-szą nagrodę w konkursie im. Marka Hłaski.)

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji