nr. 18
VICTORIA, BC,
marzec 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - W zawieszeniu
Dom Polski po walnym zebraniu

tekst i foto: Edward Kamiński

Taka jazda jaki gazda

W Polskę jedziemy drodzy panowie!
Z zawołaniem Gołasa ze skeczu w kabarecie „Dudek”, z tym, że na trzeźwo, wsiadam do przedziału I klasy pociągu pośpiesznego Kraków-Olsztyn. Miejscówkę nr 43, miejsce pod oknem, kupiłem w przeddzień wyjazdu w Orbisie przy linii A-B Rynku Krakowskiego. Na pytanie, z którego peronu pociąg odchodzi i czy jest w składzie wagon restauracyjny, pani w okienku długo zagląda do monitora komputerowego. Prawdopodobnie odpowiadała już na podobne pytania wiele razy i widocznie jest poirytowana.

- Nie wiem! Powinien być. Ja tym pociągiem nie jeżdżę !

ORBIS ma wyłączność na przedsprzedaż miejscówek. Pani nie musiała jeszcze przestawić się na nowe tory obsługi klienta. Nie zadaję więcej pytań żeby się nie narazić; może zażądać zwrotu miejscówki i będę stał w pociągu na korytarzu. Magiczne słowo „konkurencja” działa natomiast bez zarzutu w magazynach, sklepach i sklepiczkach. Panie sprzedawczynie są więc tam uśmiechnięte i uprzedzająco grzeczne.

Komuś nieobytemu z usługami Polskich Linii Kolejowych (PKP) mogłoby wydawać się, że podróż do Olsztyna to wejście do pociągu w Krakowie i wyjście w Olsztynie. Nic podobnego. To wyprawa obfitująca w niespodzianki, a sam przedział w wagonie to studio obserwacyjno – refleksyjne. Już na wstępie pierwsze doznania nastrajające do nostalgicznych wspomnień. Cały przedział mam dla siebie. Coś podobnego! „Zaledwie” 65 lat temu jeździłem na stopniach, dachach, czepiając się gdzie tylko można było zahaczyć się dłonią i oprzeć nogę. Teraz czyste, wygodne kanapy, z głośników padają życzenia przyjemnej podróży, jest świeża prasa. Taki postęp? To już standard europejski!

Ruszamy punktualnie. Pociąg nabiera szybkości, ale wkrótce zwalnia i zatrzymuje się w szczerym polu; naprawiają tory. Przypomina mi to opowiadania o podróżach trans-syberyjskich w standardzie azjatyckim, za czasów wczesnej Przyjaźni Polsko-Radzieckiej:

Cały tydzień w beznadziejnie smutnym krajobrazie. Pociąg zatrzymywał się na małej stacyjce na parę godzin. Kto żyw wylegał na okoliczny bazar, uzupełnić żywność i napoje spirytusowe. Postój przedłużał się czasami ponad wytrzymałość nawet radzieckiego obywatela. Na pytania zaniepokojonych pasażerów :
- Za czem stoim ? - Konduktor wyjaśniał:
- Parowoz izmieniajem.
- Na podchodziaszczy (lepszy)
- Niet. Na wodku!
Skacowany maszynista zatrzymywał się także w tajdze. Konduktor w stanie wskazującym na spożycie robił ściepkę z zakupionych bytelek i ruszano na gazie.

Pośpieszny do Olsztyna pokonuje trasę, mniej więcej 400 km w ciągu 10-ciu godzin, czyli z szybkością konnego dyliżansu sprzed półtora wieku. Francuskie pociągi TGV (Train a grande vitesse) od 1981 roku na wielu liniach europejskich kursują z maksymalną szybkością 320 kilometrów na godzinę. Wypierają nawet połączenia lotnicze. Aż 70 proc. podróżujących na trasach Londyn – Paryż i Bruksela – Paryż woli pociągi. Mój pośpieszny rusza w Krakowie co do minuty, ale wlecze się niemiłosiernie. W tym czasie ekspres TGV pokonuje pięciokrotnie dłuższą trasę Paryż – Marsylia. Takim pociągiem można by było w pięć godzin dojechać z Warszawy do stolicy Francji. Tak kiedyś będzie. Na razie daleko nam nawet do europejskiej normy 160 km/h dla pociągów pasażerskich, którą mamy osiągnąć do 2015 roku i to tylko na głównych trasach. W Polsce jest co najmniej 7 tysięcy miejsc, w których pociąg z powodu katastrofalnego stanu torów musi zwalniać do 20-40 km/h.

Konkurencją dla kolei mogłyby być połączenia lotnicze. Tylko, że po pierwsze w mniejszych miastach (a więc i w Olsztynie) nie ma jeszcze lotnisk dla ruchu pasażerskiego, tylko sportowe, choć od niedawna z pasem betonowym; po drugie – wystarczy to po pierwsze. Wynajęcie awionetki Cessna, po tym, jak średnio raz w tygodniu spadają z nieboskłonu w Kanadzie, nie wchodzi w rachubę. Powstrzymują mnie słowa przestrogi: Taka głupia to ja już nie jestem - zapamiętane z piosenki Krystyny Zachwatowicz w krakowskim kabarecie „Pod Baranami” - może głupia, ale nie aż tak. W moim wieku nie lubię spadać i kości już też bardziej kruche.

Jedziemy, na przemian posuwamy się w tempie żółwia - pośpiesznego, mimochodem przypomina się powiedzenie: taka jazda jaki gazda. Od czasu do czasu trzeba wyjść tam gdzie król podróżujący koleją musiałby pójść na piechotę. Wchodzę i z żołądkiem pod gardłem wyrzuca mnie za drzwi. Łapię konduktora. Krótko wyjaśnia rozkładając ręce w geście bezradności ;
- Woda jest, ale pompa nie działa i klozet zatyka się. Żeby naprawić trzeba wyłączyć wagon ze składu.
Pompa nie działa!! Rakiety na Marsa już latają a w pociągu pompa nie działa! Widocznie przytapianie pasażerów w gównie wliczono w cenę biletu, bardziej kalkuluje się niż naprawa.

Czas skraca obserwacja zagadkowego krajobrazu. Czyż to, by wywrzeć dobre wrażenie u podróżujących cudzoziemców? Te nowe, solidne, murowane, kryte czerwoną dachówką, przyciągające oczy wiejskie zabudowania? A te traktory w polach? Gdzie się podziały chałupy pod strzechą? Gdzie szkapiny ciągnące wozy drabiniaste? Czyżby to jak w PRL-u dla kroniki filmowej? Przed propagandową wizytą towarzysza Gierka, układano chodniki, zasłaniano gnojówki wysokimi płotami z hasłem – Socjalizm to dobrobyt mas! Wnioski z widoków z okna pociągu to nie najlepszy sposób do formułowania opinii. Sądząc jednak z pośpiesznych wypadów samochodem bocznymi drogami w krakowskim, na Śląsku, a później i na północy kraju, wieś polska zmieniła się nie do poznania. Nie zlikwidowano jeszcze za jednym zamachem wiekowego zacofania, ale widzę, chociaż pobieżnie, rezultaty nowej polityki rolnej popartej funduszami Unii Europejskiej.

W Kielcach, pierwszej większej stacji, przedziały zapełniają się. W większości to młodzi, na oko 25–30–latki. Panie w dobrze skrojonych kostiumach, panowie w ciemnych garniturach, pod krawatem. Wchodzą i po krótkim - dzień dobry - bez dalszych słów podłączają swoje laptopy do gniazdek przy każdym siedzeniu. Z takimi sobie nie pogadasz. Wydaje mi się zerkają na mnie z pode łba – bo jam jedyny elektronicznie nie uzbrojony. Jakieś odludki? Ani chybi, przygotowują się do ważnych jak i oni konferencji, posiedzeń i nasiadówek. Po dłuższej jeździe jednak, znużeni gapieniem w monitory, bo ileż można, nawiązują pierwsze rozmowy; tak od niechcenia, od uwagi, że wleczemy się. (Jak smród za wojskiem myślę, ale nie wypowiadam żeby nie wypaść grubiańsko). W Kanadzie zaczęłoby się od pogody. Okazuje się, ci młodzi są całkiem do rzeczy, z najbardziej prężnej, wykształconej grupy społecznej w kraju. Już, albo przyszli menadżerowie przedsiębiorstw, doradcy, konsultanci, naukowcy. Wiedzą czego chcą i co mogą osiągnąć. Jedna z pań, doktor prawa, radca prawny, druga z dyplomem zoologii. Doktoryzuje się dodatkowo z prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miałem już na języku pytanie czy zamierza połączyć prawo z zoologią, by bronić praw bezdomnych kotów, ale się powstrzymałem w porę. Bardzo miła pani Elżbieta R. poczęstowała mnie kanapkami domowej roboty. Kto wie, z moim poczuciem humoru jechałbym dalej o głodzie, bo w składzie pociągu nie było wagonu restauracyjnego. Ciekawe były rozmowy. Wszyscy dobrze zorientowani w wydarzeniach gospodarczych, politycznych i kulturalnych kraju i świata. Utrzymują kontakty z zagranicznymi firmami i instytucjami. Z łatwością przechodzą na język angielski. Bez zahamowań i kompleksów poruszają się po Europie.

Od kilku już lat kształcą się nowe kadry liderów w specjalnej szkole założonej przez profesora Zbigniewa Pełczyńskiego. Emerytowany wykładowca filozofii politycznej Uniwersytetu w Oksfordzie, po latach powrócił do Polski. Studentami jego byli między innymi: były prezydent USA Bill Clinton, były premier Węgier Victor Urban i wielu brytyjskich parlamentarzystów. Uczestnicy szkolnych turnusów pochodzą z różnych stron kraju i środowisk. Jest więcej kandydatów niż miejsc na kursach i szanse dostania się mają wyróżniający się wyrobionymi poglądami i znajomością wielu tematów. Przeszkolono już 700 osób. Są oni zapleczem kadrowym polskiej polityki, gospodarki i administracji. Między innymi absolwentem szkoły liderów są minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski, ośmiu posłów, wojewoda, wielu działaczy samorządowych i burmistrzów miast.

Pęd do nauki – podkreśla wielu z moich rozmówców – jest jednym z największych sukcesów ostatnich lat przemian w kraju. Liczby mówią same za siebie. 2 miliony studentów na coraz liczniejszych uczelniach. Połowa maturzystów podejmuje studia, często na dwu i trzech wydziałach. Są też i głosy krytyczne. Przy dużej ilości różnych uczelni za mało jest dobrych wykładowców, którzy „rozdrabniają” swój czas na kilku etatach. Cierpi na tym poziom nauczania. Nieproporcjonalnie przeważa humanistyka. Potrzeba więcej kierunków ścisłych, inżynieryjnych.

Coraz więcej studentów wyjeżdża na zagraniczne stypendia. Oswajają się z zachodnim światem i co nie mniej ważne, uczą się języków, bo z nimi zawsze w kraju byliśmy na bakier. Wśród młodzieży po maturze, łatwiej można już znaleźć osoby z przynajmniej podstawową znajomością jednego z trzech języków: angielskiego, francuskiego i niemieckiego. Gorzej jest ze starszym pokoleniem. Ci wyrastali w izolacji od świata zachodniego i nie mieli motywacji do wkuwania słówek. Był też taki czas, w którym lepiej było nie przyznawać się do znajomości innego języka niż rosyjski. Nieznajomość języków zachodnich u naszych polityków utrudnia im kontakty i porozumienie z europejskimi partnerami. Głośna była w Polsce swego czasu anegdota o zdegradowanym już dziś wicepremierze Andrzeju Leperze, przewodniczącym partii Samoobrona. Wcześniej jeszcze, gdy został ministrem rolnictwa, wkrótce po nominacji miał pilnie wyjechać do Brukseli negocjować dopłaty unijne dla rolnictwa. Do gabinetu Lepera wpada pracownica jego sekretariatu:

- Szefie! Reporterzy proszą o rozmowę z panem, ale śmieją się jak pan będzie negocjował nie znając żadnych języków.
- Co? Ja nie znam języków? Ja nie znam?!! Niech im pani powie żeby mnie pocałowali w dupę i vicewersa!!

Większość polskich posłów w przeprowadzanych ankietach zgłasza znajomość przynajmniej jednego języka, przeważnie rosyjskiego. Więcej niż połowa zna angielski. W dalszej kolejności jest niemiecki, ale tylko nieliczni posługują się językami biegle. W kontaktach z politykami zachodnimi czują się niepewnie i unikają spotkań jak tylko mogą. Znam to uczucie. Trzydzieści kilka lat temu przez przypadek znalazłem się na przyjęciu dyplomatycznym w Londynie. Z kieliszkiem Martini przechodziłem od jednej do drugiej grupki VIP-ów, ale tylko na chwilę, by nie dać się wciągnąć w rozmowę. Wypowiadałem wieloznaczne well, so, albo so that’s that, bo nie wiele więcej znałem. Nazajutrz, ku mojemu zdziwieniu, powtórzono mi opinię kogoś tam, że jestem bardzo interesującą osobą. Nigdy nie byłem dyplomatą, co zresztą potwierdzała moja żona w różnych okolicznościach: z ciebie dyplomata jak .... nie będę bliżej przytaczał jak co. Nie każdy jednak może podszywać się pod osobę głęboko myślącą. Prezydent Lech Kaczyński np., który nie zna żadnego języka obcego, a usiłuje uczestniczyć w różnych konferencjach unijnych, gdzie jego obecność jest zbędna. Zapraszany jest premier lub minister odpowiedniego resortu. Ilość miejsc jest ściśle ograniczona i gospodarze zmuszeni są grzecznościowo dostawiać dodatkowe krzesło. Żeby z racji swego stanu wyrazić jakieś oficjalne stanowisko, albo uchylić się dyplomatycznie od odpowiedzi używając nic nie znaczących sformułowań – męczy się za niego tłumacz, poprawiając albo i jeszcze bardziej knocąc wypowiedź.

Trzeba jednak przyznać, że w ostatnich latach na specjalnych kursach językowych organizowanych w ministerstwach, zwłaszcza Ministerstwie Spraw Zagranicznych, dokształca się językowo ponad tysiąc osób rocznie. Na temat poziomu oświaty wśród polityków krąży wiele uszczypliwych anegdot. Maturzyści korzystając z nowych zasad zreformowanego szkolnictwa mogą sobie wybrać przedmioty egzaminacyjne.

Do dyrektora szkoły przychodzi jeden z VIP –ów i powiada, że chce zdawać maturę na nowych warunkach:
- A z jakich przedmiotów?
- Z historii, geografii i języka obcego.
- A z jakiego języka obcego?
- Może być polski

Nie wychylać się! Nakaz taki widniał niegdyś na oknach wagonów dla bezpieczeństwa pasażerów. Z czasem stał się w PRL-u zawołaniem ostrzegającym przed „wychylaniem się” w życiu codziennym. Nie wychylać się – gorliwość nie popłaca! Był to okres zaniku inicjatywy społecznej, bo należała ona do przewodniej partii, a masy miały słuchać i przyklaskiwać. W Związku Radzieckim mówiono: ciszej jedziesz dalej budziesz, a u nas - nie wymyślaj, nie podskakuj, siedź na d ... i przytakuj. Okazuje się, że rodakom nie brak inicjatywy i w nowej rzeczywistości dobrze sobie radzą. Widać to w kraju i widać na przykładzie młodych, wykształconych, którzy podejmują pracę w Europie Zachodniej. Nasi rzemieślnicy znani są i cenieni w Anglii, Irlandii. We Francji doszło nawet do demonstracji tamtejszych fachowców przeciwko konkurencji przybyszów „złota rączka” z Polski. Zyskali sobie popularność umiejętnością naprawy zepsutych pralek, lodówek, cieknących kranów itp. zamiast wymieniać na nowe i droższe. Na Zachodzie to powszechna praktyka. Do niedawna jeszcze krążył żart: Najnowsze badania wykazują, że siedem na dziesięciu Polaków żyje w stresie. Pozostałych trzech – w Londynie. Ostatnio wyjazdy na zachód nieco przyhamowała recesja gospodarcza. Narodowy Urząd Statystyczny ogłosił, że w Wielkiej Brytanii w 2009 r. oficjalnie pracowało 54.7 tys. Polaków, czyli o połowę mniej niż w roku 2008 . Większość z nich, jeżeli nawet nie odniosła tam znacznych sukcesów, wraca do kraju łyknąwszy nieco języka, bogatsza w doświadczenia.

W przedziale wagonu myślę o nieco innym rodzaju przedsiębiorczości, takiej, o której już w roku 1876 Aleksander Fredro, komediopisarz i poeta pisał: Nikt nie kradnie, ale każdy bierze gdzie może. W Radomiu ubyło kilka osób, dosiadł się tylko jeden młodzieniec, ale na krótko. Podszedł do okna w przedziale, zerknął chwile i wyszedł. Wyszedł z moimi okularami, które położyłem na stoliku pod oknem zmęczony czytaniem gazety. W Jagodnem – to aktualia z prasy 2009 r. - obywatele zwinęli z poligonu 4 radzieckie czołgi z zamiarem spieniężenia ich w skupie złomu. Każdy ważył 13 ton. Na Dolnym Śląsku zginął największy, ponad dwumetrowy, czternastowieczny krzyż pokutny z kamienia. W Gdyni zniknął pomnik łosia (a może łososia, nie pamiętam), podarowany przez zaprzyjaźnione miasto w Kanadzie. Z Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy ulotniło się ponad tysiąc zabytków archeologicznych. Listę zaginionych obiektów wartościowych, świadczącą o nadzwyczajnej przedsiębiorczości rodaków mógłbym przedłużyć. Jednak nic nie przeważy mego zdumienia, że ktoś pokusił się na moje okulary do czytania w zwykłej plastykowej oprawce. A może pomogą owemu młodzieńcowi przełamać impas czytelniczy? Połowa Polaków w 2009 roku nie przeczytała ani jednej książki. Może i on należy do tej połówki? Niech mu będzie, jeżeli posłużą w tak zbożnym celu. Podobno na kradzieże najbardziej narażeni są obcokrajowcy. Fachowcy złodziejskiej branży rozpoznają ich bezbłędnie. Jakiż ze mnie obcokrajowiec? Kanadyjczyk wprawdzie, ale rodak z krwi i kości! Ciekawe, po czym ich rozpoznają? Na ulicach miast widzi się tu więcej dobrze ubranych przechodniów niż osób w dżinsach na widowni teatru w Victorii. Nie widziałem też wyrostków z porami wiszącymi między kolanami, ani podkasanych dzieweczek demonstrujących pępek i kość ogonową (choć czasem oko chciałoby się tam zawiesić ).

Zbliżamy się do Olsztyna. Na zakończenie jazdy zasłyszany w pociągu dowcip:

Do poczekalni dworca kolejowego wpada jakiś facet i ogłasza:
- Czy ktoś z państwa zgubił przed chwilą gruby plik banknotów owiniętych czerwoną gumką?
Spod okna podrywa się podróżny - Rany boskie! To ja zgubiłem! To ja!
Na to pytający: - Proszę bardzo, oto pańska czerwona gumka.

Zaledwie 10 godzin jazdy (nie bądźmy drobiazgowi), a ileż nowych wiadomości i pouczających doświadczeń !

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji