NavBar
nr. 17
VICTORIA, BC,
2010

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - Trzy Miłości
z okazji Walentynek

skoro jest tak źle?
reportaż z wakacji w Polsce

Ewa Caputa - Śladami Chopina
w 200 rocznice urodzin kompozytora


OLIMPIADA
Vancouver 2010

Rozmaitości


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Mały Memoriał
Zawody narciarskie dla dzieci

Galowy koncert w Vancouver
Polonia Polskim Olimpijczykom

Jurek Krzystek

MUZYKA WSPÓŁCZESNA
DLA KOGO?

Powiedzenie, ze świat się stał mały, jest takim banałem, że nie powinno się od niego zaczynać żadnego tekstu. Ale to nie przeszkadza, że, co pewien czas odkrywam tę prawdę od nowa.
Ostatnio, gdy siedziałem wieczorem w swym laboratorium nad jakimś w miarę nudnym eksperymentem słuchałem lokalnej stacji radiowej, nadającej muzykę klasyczną. W pewnym momencie spikerka zagadała do mnie dość niecodziennym nad Pacyfikiem akcentem i zapowiedziała bezpośrednią transmisję koncertu Orchestre de Paris, pod batutą Krzysztofa Pendereckiego.

Co do tej bezpośredniości to mam swoje zdanie, zważywszy 9-godzinnążnicę czasu, ale spikerka w rzeczy samej okazała się być Francuzką, a koncert istotnie prowadził Penderecki. Program składał się z dwóch części: przed przerwa - Penderecki, po przerwie – Czwarta Symfonia Piotra Iljicza Czajkowskiego, zwana także „Małorosyjską.
Gdybym miał napisać recenzję z tej transmisji, najszybciej rozprawiłbym się z Czajkowskim. Po pierwsze, nie jest to mój ulubiony kompozytor. Po drugie zaś, spośród sześciu jego symfonii, ta akurat jest moim zdaniem dość nudna. Po trzecie, spośród znanych mi jej wykonań, wykonanie pod Pendereckim było więcej niż trochę nudne: nic się w nim nie trzymało kupy.

Ale nie o tym chciałem pisać. Pomyślałem, bowiem, że recenzji samej muzyki Pendereckiego nie potrafiłbym napisać, bo ścieka ona (muzyka, nie recenzja) po mnie, jak po gęsi woda. Co więcej, nie tylko jego muzyka, ale w zasadzie cala tzw. "współczesna muzyka poważna". Współczesna, czytaj - II polowa XX wieku. Jestem pewien, że nie jest to tylko moje wrażenie. Łatwo było to, co roku zauważyć podczas festiwalu „Warszawska Jesień, odbywającym się na ogół tuż przed rozpoczęciem regularnego sezonu koncertowego Filharmonii. Sala wypełniała się wtedy zupełnie inną publicznością niż ta, która uczęszczała na regularne koncerty. Nie będę dociekał, jaka była to publiczność, nie o to tu, bowiem chodzi.
Chodzi o to, że wspomniana „współczesna muzyka poważna jest traktowana przez olbrzymią większość dowolnego społeczeństwa jako cos straszliwie nudnego, obcego, nie do słuchania. Bo jeśli nawet dana publiczność sama muzykę „poważną ceni, to przed moderną (nawet nie awangardą) dostaje dreszczy. Dlatego kawałki współczesne upycha się w programach koncertów obok (a najlepiej przed) repertuarem klasycznym. Chodzi o to, żeby ktoś na koncert przyszedł, ale nie wyszedł przed końcem. Ustawienie utworu współczesnego na końcu programu grozi masowym exodusem publiczności w przerwie.

Drąży mnie myśl, skąd się to wzięło i odkąd to trwa. Ba, sam termin „muzyka poważna (po angielsku ‚classical music) jest chyba niezbyt dawnej daty. Kiedyś na pewno tak nie było. Nie było podziału na muzykę „poważną i „niepoważną. Gdy Mozart wystawiał swą operę „Wesele Figara w Pradze, następnego dnia całe miasto śpiewało i tańczyło arie z tej opery. W nagrodę skomponował dla Pragi „Don Giovanniego i reakcja była podobna.
„Zaczarowany Flet w ogóle został napisany na zamówienie trupy aktorskiej niejakiego Schickanedera w Wiedniu, takiego, można by rzec, „teatru ludowego. Z kolei nikt wówczas nie wykonywał i nie słuchał muzyki starej, napisanej choćby 20 lat wcześniej. Muzyka Bacha została zapomniana zaraz po jego śmierci na lat, co najmniej 70, zanim wydobył ją z lamusa Mendelssohn. Mozart studiował wprawdzie utwory Bacha i Haendla, ale to z racji profesjonalnego zainteresowania, a nie do wykonywania (zinstrumentował ponownie nawet całego „Mesjasza Haendla, ale to tylko ciekawostka).

Czyli w krótkich słowach: jeszcze na przełomie XVIII i XIX wieku, a pewnie i 50 lat później, najwięksi kompozytorzy ‚tworzyli dla ludzi, ludzi sobie współczesnych.
Kiedy więc coś się załamało? Tu już tylko mogę zgadywać (zapewne ktoś już na ten temat pisał, ale nie jest mi to znane).
W każdym razie u schyłku XIX wieku istniał już pewien podział, najlepiej widoczny w stolicy światowej muzyki, czyli Wiedniu: z jednej strony komponowane coraz większe formy (symfonie Mahlera czy Brucknera), przytłaczające swoim rozmiarem i ciężarem, z drugiej strony powstawała muzyka ‚lekka, łatwa, przyjemna w rodzaju tej pisanej przez dynastię Straussów czy tez później przez Lehara i Stolza. W okresie tym musiała sięuformować ‚muzyka poważna, dla bardziej wysublimowanego słuchacza.
Muzyka ta stawała się coraz bardziej wyrafinowana: najpierw Richard Strauss, potem, już w XX wieku, dodekafoniści z Schoenbergiem na czele. Aż wysublimowała się tak dalece, ze stała się rozrywką dla nielicznej mniejszości.

Kiedy wiec muzyka "poważna" stała się nie do słuchania dla szerszej rzeszy społeczeństwa? W moim mniemaniu w tym momencie, kiedy nie dała się więcej zaśpiewać, zanucić, czy choćby zagwizdać. Niech mi ktoś spróbuje odgwizdać kilka kawałków ze „Święta Wiosny Strawińskiego, czy „Koncertu na Orkiestrę Bartoka. Owszem, zdarzały się i zdarzają wyjątki, nawet w minionym XX stuleciu, żeby wymienić francuskich impresjonistów, czy wielu kompozytorów rosyjskich z Prokofiewem na czele. Ale to są wyjątki. ‚Mainstream muzyki powędrował w stronę awangardy w rodzaju Bouleza, Cagea, Nono czy Ligetiego. Awangardy takiej, że Pendereckiego słucha się po niej ze zdeklarowana przyjemnością, o dodekafonistach nie wspominając (miałem kiedyś okazję wysłuchać na festiwalu w Salzburgu Maurizio Polliniego gnębiącego fortepian i publiczność straszliwie nudną i długą - prawie godzinną - sonatą Bouleza; gdy na bis wykonał dodekafonistyczny utwór Weberna, brzmiało to jak niebiańskie harmonie).

Trzeba przy tym zastrzec, że melodyka nie jest czymś obiektywnym i danym przez naturę. Muzyka średniowieczna melodyczna nie była, muzyka starożytna też nie, (choć tak naprawdę nikt nie wie, jak brzmiała muzyka starogrecka czy rzymska). Ale w czasach nowożytnych, tak od początku renesansu we Włoszech, melodia zdaje mi się być podstawą muzyki ‚dla słuchaczy - w odróżnieniu od muzyki ‚dla wykonawców, która może polegać na innych elementach, docenianych jedynie przez wązkie grono profesjonalistów, ale nie przez szeroką rzeszę słuchaczy.
Więc co ma zrobić ktoś taki jak ja, kto chciałby wyłowić spośród dźwięków jakiś wpadający w ucho fragment melodii lub rytmu, a niekoniecznie kocha Michaela Jacksona czy Madonnę, pozostawiając ich następnej generacji? Ano zasklepia się w swym konserwatyzmie i wraca do muzyki starej, w każdym razie sprzed tego naszego wieku. Albo słucha wyjątków, np. Hiszpana Joaquino Rodrigo (Concierto Serenata na harfę i orkiestrę jest chyba moim ulubionym utworem żyjącego kompozytora), czy nieżyjącego już Francuza Dariusa Milhaud. Czy też utworów ‚byłych kompozytorów radzieckich: Chaczaturiana albo Szostakowicza.Albo słucha jazzu (byle nie awangardowego!), choć bez stuprocentowej satysfakcji, bo tęskni do większej i ściślejszej formy. Albo muzyki filmowej, np. Vangelisa czy Morricone. Albo...

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji