NavBar
nr. 17
VICTORIA, BC,
2010

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - Trzy Miłości
z okazji Walentynek

skoro jest tak źle?
reportaż z wakacji w Polsce

Ewa Caputa - Śladami Chopina
w 200 rocznice urodzin kompozytora


OLIMPIADA
Vancouver 2010

Rozmaitości


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Mały Memoriał
Zawody narciarskie dla dzieci

Galowy koncert w Vancouver
Polonia Polskim Olimpijczykom

tekst i foto: Edward Kamiński

Dlaczego jest tak dobrze,
skoro jest tak źle i vice versa?

OD REDAKCJI
W poprzednim numerze zamieściliśmy relacje Edwarda Kamińskiego z pobytu w Polsce,  pt. „Nad odrą i Nysą najważniejsi my są”.  Jak sam autor przyznaje są to niejednokrotnie powierzchowne spostrzeżenia z życia codziennego kraju w ubiegłym roku. W rzeczywistości, poznanie złożonych przyczyn i skutków wielkich przemian, jakie zachodzą w Polsce po przyłączeniu się do wspólnoty krajów europejskich wymaga więcej czasu niż jednomiesięczny pobyt. Są to więc, siłą rzeczy, spostrzeżenia  bardziej okiem turysty niż badacza. Przypuszczalnie nie wszyscy czytelnicy będą tego samego zdania.  Chętnych zapraszamy do podzielenia się swoimi uwagami.
Oto następny odcinek relacji z tej podróży wakacyjnej do Polski.
*** 

Zamierzona eskapada z Krakowa w Polskę nieco się odwleka. W drugim tygodniu pobytu zdążyłem jedynie „przelecieć szybko Śląsk, bo to od Krakowa  blisko. Nowoczesną, paropasmową autostradą,  zaledwie pół godziny jazdy samochodem do Katowic. Przepracowałem tam ongiś ponad 8 lat.  To już nie to samo miasto.  Wielkomiejskie centrum, dużo nowoczesnej architektury. Zabrze, w którym osiadłem chwilowo w 1945 roku, opuściłem dopiero po 13–tu latach.  Zdawało mi się, że znam je „od podszewki. Tu kończyłem liceum, zdawałem maturę. Tymczasem rozpoznaję tylko fragmenty miasta.  Przybyły nowe dzielnice, szerokie arterie komunikacyjne, nowoczesne centra handlowe.  Wszystko się rozrosło, zmieniło.  A tak już było tam ładnie – odzywa się u mnie duch przekory.


Dalsze wyjazdy odkładam z dnia na dzień z powodu.... rewolucji;  szczęśliwie jednej z nielicznie udanych w naszej historii. Gdyby wszystko udało się nam jak ta rewolucja gastronomiczna, bo o niej tu mowa, bylibyśmy dziś niekwestionowaną potęgą gospodarczą. Kierując się porzekadłem „przez żołądek do serca, można pokochać gród nad Wisłą miłością wręcz gastronomiczną i trudno się z nim rozstać. Na niewielkiej przestrzeni starego miasta i tragicznie zdewastowanego w czasie okupacji żydowskiego Kazimierza zarejestrowano  blisko 3000  restauracji, małych knajpek, pizzerii, pubów, barów i kafejek. Co dziwniejsze przy takiej ilości lokali wszystkie zapełnione wielojęzycznym tłumem gości zagranicznych, rodzimych turystów i mieszkańców miasta. Tłoczno zarówno w eleganckich i drogich restauracjach, w zabytkowych XIV wiecznych piwnicach, w bramach, podwórcach i małych dziuplach w zaadoptowanych zakamarkach. Każdy bar, każda kafejka inna, z własnym wystrojem i nastrojem. Gdzie tylko można stoliki  pod parasolami wylegają na  ulicę.


Na ile tylko żołądek pozwala  delektuję się orgią smaków i wyborem dań. To istny renesans kuchni polskiej. Kto nie kosztował zupy borowikowej w chlebie, pitucha – żuru z chrzanem, szynką, kiełbasą i razowym chlebem, placków ziemniaczanych ze śmietaną, knedli z wiśniami albo kołdunów litewskich, takich, co gdy go językiem, znaczy się naciśniesz, tak on zaraz w ta pora sok puska – ten nie wie, co stracił. Nie sposób wszystkich staropolskich specjałów wymienić, odmian pieczeni z dzika, sarniny, zajęcy z jabłkami lub w buraczkach,  czy zrazów cielęcych a la Radziwiłł. Większość z nich dostępna też dla mniej zasobnej kieszeni. Nawet tych z grubszym  portfelem można zastać opychających się delikatesami w najmniejszych barkach, gdzie ledwie można się przecisnąć. Jakość jadła jest tam równie znakomita. W miniaturowej knajpce „U Babci Maliny na Sławkowskiej, z trzema stolikami pod parasolem na chodniku trzeba czekać na wolne miejsce, ale warto!! Za jedną trzecią tego, co w droższej restauracji można zjeść trzy razy większą porcję pierogów, ale jakich!! Pytam o babunię by wyrazić jej uznanie

-  Babcia jest chwilowo z wizytą u wnuka w  Londynie – odpowiada, na oko osiemnastolatka, krzątająca się w kuchni i  wydająca potrawy.

-   To, kto tak wyśmienicie gotuje?
-   Zanim babcia wyjechała przekazała mi wszystkie tajemnice  jej przepisów – rośnie, więc nowe pokolenie mistrzów kulinarnych.  

Przychodzą mi na myśl panie w Victorii. Z okazji różnych polonijnych imprez, w domu Stowarzyszenia Białego Orła, bezinteresownie, z takim zapałem pichcą, lepią, przyprawiają specjały polskiej kuchni. Należą się im uznanie i podziękowania.
Jeżeli ktoś woli coś bardziej francuskiego, jak np. ślimaki w sosie kurkowym – proszę bardzo.  Kuchnie kilkudziesięciu krajów świata zapraszają na swoje specjały. Biznes gastronomiczny okazuje się opłacalny, skoro nie tylko Polacy, ale i wielki kapitał zagraniczny lokuje tu swoje pieniądze. Już dziesięć lat  temu, w 2000 roku klienci zostawili w lokalach gastronomicznych 12 miliardów złotych. Rewolucja gastronomiczna opanowała dziś wszystkie większe miasta w Polsce. Kraków jest z pewnością unikalny, ale nie jedyny. Jako bywalec wykwintnych McDonaldów i Hortonów w Kanadzie, obyty  z bistrami we Francji, Italii czy Hiszpanii  mogę zapewnić (z ograniczoną odpowiedzialnością), że możemy się naszą kuchnią szczycić. Wyróżniamy się własnym stylem. Francuzi, między innymi, opanowali sztukę nadawania potrawom fantazyjnych nazw, za którymi nie zawsze wiadomo, co się kryje. Kelner wyjaśnia parę minut, po czym okazuje się, że to zwykły kurczak w potrawce. Nic nie ujmując wielkości francuskiej gastronomii, jeżeli odstajemy od niej, co nieco, to przede wszystkim tym, że nasza prowincja pod tym względem jest jeszcze mniej zaawansowana. Pojawiają się jednak coraz częściej gospody wiejskie w stylu starej karczmy, które wystrojem i kuchnią równają do najlepszych.   
Niewielu już pamięta mleczne bary w PRL–u, albo jedyną restaurację chińską „Szanghai w Warszawie, w której  wyłącznym chińskim daniem był kotlet schabowy z kapustą. Polska gastronomia obecnie, to  fenomen gospodarczy  kraju na tle innych dziedzin, do których mamy pretensje, że jeszcze nie  dorównują poziomem Europie Zachodniej.


 W polskiej rzeczywistości pytania: dlaczego jest tak źle skoro jest tak dobrze, albo, dlaczego jest tak dobrze skoro jest tak źle,  wcale logicznie się nie wykluczają. Oba są sensowne, zależnie od pogmatwanych okoliczności.
Dziesięć lat temu, w 2000 roku  31 procent polskich rodzin żyło poniżej  granicy ubóstwa. Pięć lat później już jedna czwarta całego społeczeństwa przekroczyła granicę dzielącą  nędzę od względnego dostatku; polska strefa biedy zmniejszyła się o jedną trzecią
Statystyki wskazują, że to głównie bogaci zyskują, ale na przekór statystyce, ludzie przynoszą do domu coraz więcej pieniędzy. Bardziej obrotni zarabiają w dwóch miejscach pracy, a jeszcze częściej w szarej strefie, w różnych kombinacjach i pracy za granicą.  Dobry znak - Polacy zaczęli się garnąć do pracy, miast liczyć na przysłowiowe:  czy się stoi czy się leży dwa tysiące się należy.  Obiektywnie dużej grupie obywateli powodzi się znacznie lepiej, niż za czasów PRL. Ogólnie biorąc, wzrósł standard życia, ale pokaźny odsetek  tych, którym się polepszyło uważa, że powodzi im się gorzej, albo nie lepiej. Porównują, bowiem swój stan majątkowy do tych, którzy mają więcej.  Mimo poprawy nie są zadowoleni ze stanu swego posiadania.
Nieufność do badań opinii społecznej ujawnia się  w powiedzeniu, że przy pomocy statystki wszystko można udowodnić. Polska jest krajem mlekiem i miodem płynącym, mimo, że tego miodu brakuje. Rodak pracuje dla pieniędzy  i aż 78 procent deklaruje zadowolenie z pracy. I znów w polskim wydaniu wszystko jest proste jak korkociąg.  Z badań CBOS wynika, że 60 procent tych, którzy skończyli pięćdziesiątkę  pracy nie cierpi, i zamierza przejść na emeryturę jak najszybciej.  Jedna trzecia  osób zdrowych i zdolnych do pracy w wieku 50 - 64 lat jest już na emeryturze. W Europie Zachodniej – jedna piąta.
Zadowolenie czy niezadowolenie  z życia w wersji polskiej  jest zagmatwane jak kłębek splątanego sznurka. W badaniach opinii większość Polaków (92 proc.) uważa, że rodzina jest niezbędnym warunkiem do osiągnięcia szczęścia, a dla 88 procent dorosłych jest najważniejszą wartością w życiu.  W polskich sądach biskupich w 2009 r. złożono blisko 10 000 wniosków o unieważnienie małżeństwa. To swego rodzaju rekord światowy. Przegoniliśmy nawet Włochy i Brazylię, licząca 200 milionów mieszkańców. Co trzecie małżeństwo rozpada  się i Polska szybko dorównuje Europie, gdzie rozwodzi się co drugie. W Belgii aż 73 procent małżeństw kończy się rozwodem, w Wielkiej Brytanii  55 proc. Wzrasta też w rodzinie skala przemocy. Można by rzec, za staropolskim przysłowiem: kto się lubi ten się czubi, gdyby nie to, że większość zabójstw jest skutkiem rodzinnych kłótni. Zestawienia Głównej Komendy Policji za rok 2008 ujawniają  247 zabójstw z powodu nieporozumień rodzinnych, a dla porównania 68 zabójstw na tle rabunkowym.   Jak powiadają Rosjanie:  bez wodki nie razbieriosz.

Polacy kochają dzieci. Z mojego pokolenia  najbardziej cieszą się z wnuków babcie. Do szczęścia w rodzinie  potrzebne są dzieci.  Przypomina mi to czasy za wczesnego Gierka, kiedy zrezygnowaliśmy z wieloletniego oczekiwania  na mieszkanie spółdzielcze w Krakowie. Znaleźliśmy na strychu przedwojennej kamienicy przy ulicy Kolberga  nieużywaną już pralnię nadającą się do przebudowy.  Potrzebny był fachowiec, między innymi do wybicia w murze otworów okiennych. Z Niną zaglądaliśmy na stryszek ciekawi postępu roboty. Pan Paź, prosty góral spod Nowego Targu, nieśmiały i niewielkiej postury, ale solidny murarz wybijał te twory, wychylając  się niebezpiecznie na wysokości 4-go piętra.  Nina truchlała na ten widok i upominała go:

- Panie Paź, niech pan uważa.  Jak się pan zabije to, co się stanie z pańskimi dziećmi?
-  A cóz mi pani wymawia tak te dzieciska?
-  No, bo słyszałam, że ma pan sporą gromadkę.  To ile ich jest?
Pan Paź widocznie speszony,  uszy mu poczerwieniały, wydukał z góralska:
-  A no ośmioro, tych drobnych. Starsych to juz nie licę.
Nina zauważyła, że za każdym razem na strychu, Pan Paź przypatruje się jej ukradkiem.  W końcu zaintrygowana, zapytała, czemu jej się przygląda?

-  A bo paniuśka tako samo drobna jak moja stara.
-  Bój się Boga! Panie Paź, to jak ona mogła urodzić tyle dzieci?
-  Jak nie rodzi co roku, to choruje bestyja.

Widocznie w chałupie bieda mu aż piszczała, bo dla dziecisków skrzętnie pozbierał na strychu zdezelowane buty, porzucone przez lokatorów.

Takie tradycyjne rodziny wielodzietne są już rzadkością. Wegetują jeszcze na wsi, gdzie ksiądz proboszcz z ambony reguluje przyrost naturalny u swoich owieczek. Przykazanie kościelne: jak Pan Bóg dał dziecko, to i da na dziecko, już od dawna, a właściwie nigdy się nie sprawdzało. Rodzice zmuszeni liczyć tylko na siebie, ograniczają się do jednego lub dwojga dzieci. W rezultacie Polska ma ujemny przyrost naturalny grożący w przyszłości wyludnieniem. 
Jeden z najniższych wskaźników dzietności, nieco tylko niższy niż w Polsce, ma Korea Południowa. Zaniepokojone władze w Seulu postanowiły pogasić wieczorem światła w budynkach rządowych by skłonić pracowników do wcześniejszego pójścia do domu.  Nakazano im  produktywnie spędzić czas ze swoimi żonami.  Eksperyment ma być powtarzany raz w miesiącu. W Polsce nakaz wcześniejszego zakończenia pracy przyjęto by z entuzjazmem. Co do „produktywnego spędzania czasu  są jednak wątpliwości – nikt nie będzie nam nakazywał , kiedy, z kim i w jakim celu mamy iść do łóżka.
Poszkodowani są najbiedniejsi: renciści i rodziny wielodzietne z  zaledwie  podstawowym wykształceniem ojca i niepracującej matki. Ci najczęściej, by związać koniec z końcem, ubiegają się o pomoc socjalną. Im dostało się najmniej. Poczucie biedy jest też relatywne.  Nie koniecznie trzeba głodować, by czuć się nędzarzem.  Najlepiej widać to na  przykładzie dzieci z pierwszych klas szkół podstawowych. Te z uboższych rodzin chciałyby mieć takie same elektroniczne zabawki jak ci z rodzin zamożniejszych.  Niektórzy dorośli uważają, że wystarczy jak z zapomogi społecznej dostaną to, co niezbędne do życia. Nie zauważają, że wśród rówieśników czują się gorsze, wystawione na pośmiewisko, napiętnowane biedą.     

Największym problemem ostatnich lat są bezrobotni. Światowa zapaść ekonomiczna nie ominęła i Polski, chociaż w mniejszym stopniu, niż krajów bardziej rozwiniętych. Pod koniec ubiegłego roku wskaźnik bezrobocia wynosił 11,4 procent. Było ponad 1.8 miliona osób bez pracy zarejestrowanych  w urzędach pracy. W dużych miastach  bezrobocie wzrastało dwa razy szybciej, niż w małych aglomeracjach i na wsi. Odznaczały się one stosunkowo stabilniejszym rynkiem. Podczas gdy w dziesięciu największych miastach bezrobocie wzrosło ponad 61 proc., to ilość Polaków bez pracy w całym kraju powiększyła się o niepełne 30 proc. 
Dużo osób z tych, którzy stracili pracę zaczyna akceptować styl życia bezrobotnego.  Po okresie przysługującym zasiłek, przyzwyczają się do tego, co im spadnie z pomocy społecznej. Z grubsza jedna trzecia rejestruje się, bo to zapewnia ubezpieczenie zdrowotne. Bezrobocie niszczy człowieka jak postępująca, ciężka choroba. Objawami są: depresja, poczucie zbędności, odizolowanie się od społeczeństwa. Jeden ze spotkanych dawnych kolegów, socjolog, doświadczony  w pracy socjalnej ocenia, że młody człowiek, który skończył szkołę i nie dostał pracy w ciągu roku staje się niezdolny do jej szukania.  Dorosłym zajmuje to od 3 do 5 lat.  Po tym czasie następuje bezwolność, coś w rodzaju paraliżu psychicznego. Człowiek nawet jak znajdzie pracę nie potrafi już pracować, staje się bezrobotnym zawodowo. Szczególnie drastycznie  widać to na przykładzie osiedli byłych  Państwowych Gospodarstw Rolnych, najbardziej deficytowych na wsi. Pozostałości po PGR-ach, to najciemniejsze plamy w wiejskim krajobrazie. Ludzie kiedyś tam zatrudnieni, byli rolnikami, dziś najubożsi, są całkowicie zagubieni i zdegradowani w nowej rzeczywistości. W tym siedlisku biedy wiejskiej, apatii i pijaństwa, wyrosło już drugie pokolenie skażone całkowitą niemożnością  podjęcia jakiejkolwiek decyzji dla poprawienia swego losu. 
Mój dawny przyjaciel, Jarosław B., wiekowy już i podupadły na zdrowiu, usiłował znaleźć kogoś do skoszenia łąki, jaką posiadał za miastem. Pech chciał, mechaniczna kosiarka zepsuła się. Zapasowa część miała przyjść za kilka tygodni. Trawa wyrosła już do pasa; w okolicznych wsiach nikt się nie kwapił. Był nawet gotowy oddać siano ze skoszonej łąki. Zawsze czegoś brakowało, a to furmanki, a to koń niepodkuty. Wreszcie mu poradzono, że gdzieś tam za siódmą górką, na rozstaju jest sklepik wiejski. Można tam zawsze zastać paru tęgich wyrostków, którzy z braku zajęcia obciągają tani jabcok i piwo na kredyt. Na pewno będą chcieli zarobić. Przyjaciel odnalazł sklepik i paru drągali  przy piwku.

-  Panowie, chcecie zarobić – zagadnął.
- A kto by nie chciał. Co jest  do zrobienia szefie?
- Trzeba skosić 4 morgi łąki. Dobrze zapłacę.
- A kosę pan ma?  - Tu towarzystwo zarechotało perliście.
- Mam.
- Potrzebne są ze dwie  kosy.  W pojedynkę to wyjdzie tydzień roboty.

Kiedy przyjaciel powiedział, że znajdzie się i druga kosa, z przypartych do muru  największy osiłek odezwał się.
- E panie, my to szukamy zajęcia tak na 2 – 3 godziny a nie roboty. Wynieść, przynieść, może być i  coś ciężkiego. Tak, żeby wystarczyło na piwko.
- I co, zapytałem.
- I nic. Trawa się wyłożyła. Siano dla gospodarstwa na zimę  zmarnowało się.
Im dalej w las tym więcej drzew. Im bardziej wgłębiam się w  sprawy Polski, tym więcej jest zawiłości do poznania. Jedno jest pewne, Rzeczpospolita to tętniący życiem organizm kipiący przemianami.   Stare ściera się z nowym. Tam gdzie drewna rąbią, tam wióry lecą.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji