NavBar
nr. 16
VICTORIA, BC,
styczeń 2010

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - Quo Vadis?
Stowarzyszenie Białego Orła jest jedyną na wyspie Vancouver polską organizacją

reportaż z wakacji w Polsce

Hotel Mission Inn
w Riverside w Californii

Poland in the Rockies
propozycja dla Polonijnej
młodzieży


Pomarańczowa Rewolucja
Major Pomarańczowej Alternatywy
wspomina Ukraiński przewrót


Pomoc Potrzebna
Tragedia na Haiti


AZ - Kartka z wakacji
All Inclusive na Kubie


Ewa Caputa - Chłopiec
z gitarą

sylwetka gitarzysty
White Eagle Band


Cezary Dura - Biesiada 2
Zapraszamy na zabawę


Bożena Ulewicz - Wenta Dobroczynna
Aukcja w Olsztynie 6 lutego


Rozmaitości


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zabawa Walentynkowa
Gra Wharf Street Band

Walne Zebranie
Białego Orła

Galowy koncert w Vancouver
Polonia Polskim Olimpijczykom

Waldemar Major Frydrych

Waldemar Major Frydrych

Pomarańczowa Rewolucja

Fragment książki KRASNOLUDKI I GAMONIE

...

Miałem szczęście. Upragniona, oczekiwana Rewolucja wybuchła. Miliony ludzi w Kijowie wyległo na ulice. Miasto opanowały gesty wiwatujących rąk i wzniesionych pomarańczowych flag. Wydarzył się cud. Jedno z Marzeń życia wypełniło się. Nie udało się wzniecić rewolucji w Polsce, ale wybuchła ona na rozległej, zapomnianej przez Europę Ukrainie. Stojąc podekscytowany przed telewizorem czułem na ile jestem nieprzygotowany do skoku na „pomarańczowe fale. Jak daleko oddaliłem się od własnej natury. W tych dniach byłem zajęty przygotowaniami do wystawy, którą organizowaliśmy z Marie Anne w Parlamencie Europejskim. Zmagaliśmy się z rożnymi przedsięwzięciami. Jakże były one małe przy tym, co zaszło na Ukrainie.

Stojąc przed ekranem telewizyjnym czułem natchnienie. Powracała wiara. Pojawiły się też obawy. Byłem pogubiony i rozdarty. Żałowałem, że nie mam możliwości porozmawiać z Gwiazdą. Na rzecz Rewolucji musiałem zrezygnować z ewentualnej współpracy z jednym z Uniwersytetów w Paryżu. Odpuściłem sobie wizytę w Lille i poszukiwanie Księżniczki. Musiałem podjąć decyzję i działać błyskawicznie. Moje niepokoje wynikały też z innego powodu. Świat poznał już smak krwawych rewolucji.

- Musisz już jechać – rzekł Daniel.–Pojawimy się z Marie Anne na Ukrainie za dwa tygodnie.

Była noc. Wyszedłem na pola Lotaryngii. Oczy przyzwyczajone do ciemności spoglądały w kierunku oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów renu. Stamtąd jutro wyjdzie słońce. Tam będę podążać. Mijanie linii wyznaczonej przez Ren otwierało świat wspomnień, mojej młodości, gdy zaczytywałem się w poezji Apolinnairea, a ów świat skojarzeń, kąpieli w słońcu, linii brzegów ukształtowanych przez rym jego poezji, granicy rzeki, która odbijała tysiąclecie. Za każdym razem, gdy nachodziła mnie ta refleksja, zawsze się coś wydarzało.


Tym razem, gdy mijałem dworce od Saarbrucken do Warszawy, wszędzie towarzyszyły mi fotografie z gazet. Na pierwszych stronach Pomarańczowa Ukraina. W każdym nieomal kiosku – Rewolucja. Na okładkach czasopism jej przywódcy – Piękna Julia i Wiktor Juszczenko – kandydat na prezydenta.


- Oni są za nami kilkanaście, kilkanaście może nawet kilkadziesiąt lat – usłyszałem komentarz pasażera. Pociąg właśnie przekroczył granicę z Polską. Jechałem w przedziale z wytwornym towarzystwem. Starszy pan i trzy młode dziewczyny. Pan w ten sposób skomentował moją uwagę. Musiałem zareagować. Nie mogłem pozwolić na jawną demoralizację młodzieży.


- Proszę pana – rzekłem, z początku cicho, – jacy „oni? Kto? Ci ludzie?– Wskazałem zdjęcie w gazecie – Ci ludzie stali przez kilka dni na mrozie. Co pan za rzeczy opowiada?– krzyknąłem – nie robili tego ze względu na kotlet! -wciągnąłem głośno powietrze.


Młodzież zaczęła się przysłuchiwać. Byłem stanowczy.


- Oni wyprzedzają pana – wskazałem na zdjęcie pięknej pary. Gazetę trzymała na kolanach jedna z młodych, też pięknych dziewczyn.– Całe wieki dzielą ich do pana! Wczoraj stali na mrozie dla honoru, dzisiaj okupują Kijów w namiotach. Rewolucja ma wymiar duchowy!


- Niech pan na mnie nie krzyczy – odparł niepewnie.


- U nas, jak widać tylko młodzież rozumie rewolucję. Reszta, jak pan to kostnica. Istny zakład pogrzebowy.


W przedziale zaległa cisza. Dziewczyny od czasu do czasu spoglądały dyskretnie w moim kierunku. Czułem świat drogich i wytwornych perfum. Byłem zakłopotany, że moje wystąpienie zyskało tyle uwagi.


- Rewolucja jest dla nas wszystkich szansą – zakończyłam. Słowa te powtórzyłem kilka dni później. Wyprostowany przemawiałam do studentów na Uniwersytecie Warszawskim. W ich twarzach budziło się coraz większe zainteresowanie. W głębi rozległej sali, za ich plecami stały kamery. Rozmowy studentów kręciły się wokół Pomarańczowej Rewolucji. Wyprawa na Ukrainę organizowała się spontanicznie. Filmowcy załatwili błyskawicznie autobus. Studenci przygotowali rekwizyty. Znany rzeźbiarz uformował specjalnie w tym celu czekoladowe głowy. Nasza akcja „Kijów – Warszawa – Wspólna sprawa nabierała rozmachu. Byłem jeszcze w pewnej depresji, ale Rewolucja wyzwalała mnie z dotychczasowego stresu. Myśli stawały się bardziej płynne. Nieobecność Gwiazdy z Arras dojrzewała. Wchłaniała w siebie spokój. Narastało zrozumienie otaczającej mnie rzeczywistości.


W autobusie pokrytymi pomarańczowymi sloganami, podróżował świat specyficznych przedmiotów. W skarbcu, obok czekoladowych głów się kandydatów na prezydenta, znajdował się także robiony na drutach pomarańczowy szal poparcia dla Rewolucji. Pierwszy jego rządek zrobiła Rusłana – Gwiazda Eurowizji i Ikona Rewolucji. Z Warszawy wyjechało może dwa metry szala, ale przy każdym postoju ulegał on przedłużaniu. Robiły go starsze kobiety, mężczyźni i dziewczęta. W podbrzuszu autobusu znajdowały się bele pomarańczowego płótna. Na nim pisano życzenia dla rewolucji. Był tam tez składany ekran do wyświetlania filmów oraz masa kabli. No i oczywiście kartony z pomarańczowymi czapkami krasnoludków. Wokół tych rekwizytów biegali trzej kamerzyści i para liczących na Oskara reżyserów. Ekipa była pełna entuzjazmu. Wszyscy liczyli na sukces Pomarańczowych. Studenci byli rozluźnieni, zaś reżyserzy czuli służbę filmowa. Jeden z reżyserów był dokumentalistą. Miał głowę pełna obaw, glos zachrypnięty. Stale musical się rozglądać, by nie przegapić jakiejś nadzwyczajnej sytuacji. Młodzież natomiast traktowała wyjazd, jako przygodę.


W tak doborowej kompani podróżowałem na Wschód w kierunku mitycznych stepów, którymi niegdyś przemykały groźne zagony tatarskie i kozackie. Ukraina to kraina krzywych szabli, kindżałów, to kraina przez wieki niepewna jutra. Kraj paradoksów, gdzie znajdują się najżyźniejsze połacie ziemi, gdzie system sowiecki skazał na śmierć głodowa miliony istnień. Kraj okupowany i zdradzany. Wreszcie postanowili się unieść.
W drodze do granicy było miasto Lublin. To tam działał słynny Sztukmistrz z Lublina. W tym miejscu miał swoją siedzibę teatr, z którym miałem okazje spotkać się w Nancy. Tam też mieszkał słynny Koza z Lublina. Zahaczając o to miasto, pragnąłem, aby nasze rewolucyjne siły zwiększyły się właśnie o niego. O Kozę, tego kontestatora, tak widocznego w Nancy.


Do spotkania doszło w klubie – miejscu mityngów rewolucyjnych. Koza ubrany był, jak cyrkowiec. Koszulka w paski, dziwaczne szelki, przykrótkie spodnie. Brakowało mu tylko piłeczki pingpongowej na nosie. Uważał się za prawdziwego Rebelianta. Był cenny. Zbliżałem się ostrożnie, starając się nie wykonać żadnego fałszywego ruchu. Najpierw wypiłem piwo. Wymiana informacji. Obok śmiech - też piją piwo. Rozprężyliśmy się.


- Koza – rzekłem – jedź z nami, mordo!


- Nie mogę – odparł. Nie patrzył na mnie, tylko gdzieś w bok.


- Jak możesz ty potomku sławnych Kóz, ominąć rewolucję. Czy wiesz, że Twój przodek Koziołek Matołek na tęczy zjechał do Chin, obszedł cały świat, a ty nie potrafisz pojechać nawet na Ukrainę.


- Mam spotkanie w sprawie pracy– patrzył na sufit. Zdenerwowałem się.


- Nie jesteś godzien nazywania cię Matołkiem, cymbale! – Krzyknąłem.- Ty kreaturo anarchistyczna, raczej karykaturo – poprawiłem się wiedząc, ze jestem obserwowany przez publiczność. – W Paryżu jest więcej takich gogusi, jak ty – dodałem z namaszczeniem.

Po przekroczeniu granicy trafiliśmy do Lwowa – miasta wielu kultur, architektury rzymskokatolickich świątyń, świątyń, w których rozlegają się dźwięki greckokatolickich mszy w języku starosłowiańskim. Całe miasto tonęło i wynurzało się z pomarańczowego morza. Skorzystałem z chwili relaksu, gdy wsłuchiwałem się w łomot skrzydeł gołębi przelatujących między wzniesieniami wieży i dachów Katedry Ormiańskiej. Placyk stanowiący przejście – skrót między dwoma sąsiadującymi ulicami – był dla mnie miejscem chwilowej kontemplacji. Zaraz potem nastąpiło spotkanie w Klubie Lalka: filmy, oklaski, piwo i szereg pytań.

- Polacy – rzekł jeden z rozmówców – to wspaniały naród, który dziś walczy o wolność Ukrainy.


- Niemal każdy z nas ma w swojej rodzinie kogoś, kto jest Polakiem – dodał jego sąsiad.


- Nie rozumiem – stwierdziłem – my Polacy, jesteśmy najbiedniejsi w Unii europejskiej, wyglądamy najgorzej we wszystkich zestawieniach, u nas jest największe bezrobocie, a doradzamy innym. Gdzie tu logika? – zadałem pytanie sobie i Sali. Nie musiałem długo czekać na odpowiedź.


- Proszę pana – odparł jeden z działaczy Rewolucji – Polacy to mądry naród. Nie chcą być najgorsi Unii. Dlatego chcą by wstąpiła do niej Ukraina.


- Tak, to rzeczywiście mądry naród – rzekłem. Nie wiadomo, czemu przypomnieli mi się urzędnicy z Miasta Maszkarona.


- Ale kabaret! – ktoś skomentował trwającą właśnie debatę telewi-zyjną między kandydatami na Prezydenta.– Jeden mówi po rosyjsku, a drugi po ukraińsku.


- Wieża Babel – uniosłem ogromny kufel – ciekawy kraj, ciekawszy niż Polska, dziś ciekawszy niż Francja.


Rankiem opuściliśmy Lwów w kierunku Tarnopola. Towarzyszyły nam bijące z różnych stron dzwony. Na rynku w Tarnopolu stał namiot rewolucyjny. Niemal wszystkie napotykane miasta miały w centrum małe poletka namiotowe. W nich, mimo panującej zimy, mieszkał aktyw rewolucyjny. Tutaj zbierały się drogi kontaktowe tych, co pragnęli zmienić Ukrainę. Wyobraźmy sobie, że w Paryżu ludzie zamieszkaliby zimą w namiotach, by wspierać Rewolucję. We Francji wszystkie rewolucje wybuchały latem.


W każdym z miast wspieraliśmy Rewolucję. Nasza Armia Krasnoludków rozdawała pomarańczowe czapki. Oczywiście były druty, szal, inskrypcje na wstędze. Wywiady dla kartonowej telewizji. Moja głowa stawała się lżejsza. Cierpienia, z gorącej cieczy mózgowej, zamieniły się w gazy kosmiczne. Serce nie było już tak często ranione wspomnieniem Gwiazdy.


W Tarnopolu doszło do zaskakującego aktu kanibalizmu. Było to w chwili, gdy wznosiłem okrzyk „Niech żyje Ukraina, niech żyje Polska! Niech żyje Wiktor Juszczenko! Juszczenko Prezydentem Ukrainy, Prezydentem Polski i całej Europy! Rozległy się brawa. W zebranych na placu ludzi wstąpiła energia. Emeryci byli wspaniali. Przemawiali do zrobionego przez nas z kartonu ekrany telewizyjnego. Staruszki były waleczne. Pewna nauczycielka wyrecytowała wspaniały wiersz. I nagle nieuwaga. Filmowcy postanowili pokazać czekoladowe głowy. Przypuszczali pewnie, że Amerykańska Akademia zaakceptuje te głowy w oskarowym konkursie. Byli pochopni. Kiedy biegli z nimi dookoła, doszło do zamieszania. Jakiś staruszek utrącił laską nos czekoladowej głowie Kandydata Janukowycza. Ledwo pochyliłem się nad czekoladowym nosem, a już publiczność zjadła Kandydatowi Partii Regionów uszy. Niesamowite. Popiersie, a gdzie są uszy?!


Panika szybko się zażegnała. Obawiałem się, że utrata nosa i uszu zachwieje równowagę miedzy głowami. Jak pokazać jedną twarz z nosem, a drugą bez nosa. Nie chciałem być podejrzany o brutalną stronniczość. Kilka minut później jednak pękła wzdłuż głowa kandydata Pomarańczowych. Powstała symetria.


W mieście Chmielnicki było wystarczająco ciemno, by maskować ubytki. Głowy ukryto w podcieniu autobusu. Nie wzbudziły podejrzeń. Urządziliśmy rewolucyjną dyskotekę. Czułem się coraz lepiej. Moja nadwrażliwość, choroba mózgu, stopniowo mijała. Byłem już na tyle aktywny, że wznosiłam okrzyki.


- Kino i Cyrk – wrzeszczałem – to narzędzia Rewolucji. Poruszałem się z mikrofonem. Mimo mrozu było mi ciepło. – Hej hop -- krzyczałem – hop hip hip hop!


Filmowcy biegali z kamerami. Starali się zaglądać wszędzie. Penetrowali każdą okazję. Para reżyserów ciągnęła za sukno. Co jakiś czas prowadzili ze sobą spory.


- Szkoda, ze filmowcy nie kręcą siebie wzajemnie – skomentował jeden z młodzieńców – wtedy Oskar byłyby murowany.


Sytuacja komiczna. Momentami nieznośna. Filmowcy jednak nie zrażali się przeciwnościami losu. Walczyli dzielnie o wymarzoną oskarową nagrodę.


Chmielnicki było miastem historycznym. Kilka godzin wcześniej kandydat Partii Regionów, konkurent Pomarańczowej Rewolucji, został ugodzony tutaj jajkami. Co za pełna wigoru miejscowość? Następne miasto, to jeszcze większa niespodzianka.


- Do Winnicy przyjeżdża Janukowycz – usłyszałem i oblał mnie strach. Czyżby chciał skontrolować stan swojej czekoladowej głowy?


- Ma mieć wiec – zapewnia mnie filmowiec – ciężka sprawa, niebezpieczeństwo. Może dojść do wojny domowej, do mordobicia!


Idąc na wiec w Winnicy, znalazłem się w centrum wydarzeń na placu. Chciałem zaprezentować głowy szefowi Partii Regionów. Wokół melanż pomarańczowego niebieskiego koloru. Szok! Manifestanci nie okładają się wzajemnie. Ukraina jest krajem, gdzie powinny odbywać się kampanie wyborcze. Inne kraje mogłyby tu urządzać prezentacje swoich kandydatów. Naród ten posiada temperament, ale jest pokojowo nastawiony. W jednym miejscu spotyka się kilka tysięcy członków konkurencyjnych partii i nikt nie traci spokoju. To prawdziwy sukces Rewolucji.


- Opatrzność Boża czuwa – mówili świadkowie pełnych ekspresji pokojowych zajść.


- W Paryżu opatrzność nie czuwała nad wrzucanymi do Sekwany obywatelami – komentowałem. Byłem jednak wzruszony.


W Końcu dojechaliśmy do Kijowa. W jego centrum - miasteczko namiotów. Nad namiotami - metalowe rurki piecyków.


- Szkoda – pomyślałem – że w Polsce nie doszło nigdy do takiego karnawału.


W Kijowie spotkałem wielu Polaków, ale głownie młodzież. Ogromną rolę dla Rewolucji odegrał mąż pięknej Joli. Kijów odwiedził także Kaczor. Ten zawadiacki kozak i ułan stepowy.


Każdy moment spędzony w tym mieście, to kolejna porcja wrażeń. W centrum Kijowa kipiało. Ludzie przechadzali się. Tłum na ulicach i atmosfera oczekiwania na cud wyborczy. Koniec grudnia, a poczucie wiosny. Z metalowych kominków rozchodził się dym. Wokół namiotów – krzątanina. Przechadzając się, pomyślałem o oddalonej o tysiące kilometrów Gwieździe z Arras. Księżniczka z pewnością wiedziała, ze wybuchła rewolucja. Może się martwiła. Znalazłem dla niej prezent. Na ulicy sprzedawano pomarańczowe szale z napisem „tak i podkową szczęścia. Niech wie, że żyję, że istnieję gdzieś daleko. Na poczcie przypadkiem znalazłem paszport koleżanki. Przyjechała tu z Polski jako obserwator wyborów. Był to znak, ze na miejscu dzieją się cuda. Tej nocy zadzwoniła do mnie Ślicznotka.

-- Wszyscy ciebie widzieli – mówiła.


- Gdzie?


- W telewizji ukraińskiej. Rozmawiałam z Marie Anne. Jest w Odessie i widziała ciebie i czekoladową głowę.


- Którą? Jedna już została zjedzona w Kijowie.


- A co z szalem?


- Damy Prezydentowi!


Spacerując ulicami Kijowa, miałem różne myśli. Wokół panował świąteczny nastrój. W Polsce nigdy nie było tak wesoło, jak tutaj. Jaka szkoda, że w Mieście Maszkarona nie wygrała moralna rewolucja, że tam i w innych częściach kraju lud nie podjął podobnego szlachetnego dzieła! Ale nic nie jest stracone. Może właśnie w Mieście Króla rynku zorganizować festiwal „Sztuki Korupcyjnej? Zacząć od artystycznego pokazywania korupcji?


Nadszedł upragniony wieczór wyborczy. Na Majdanie setki tysięcy ludzi czeka na wyniki głosowania. Na scenie występują politycy i muzycy. Na bocznych ekranach – migawki z kraju, komentarze dotyczące przebiegu wyborów. Filmowcy biegają dookoła z kamerami. Tłum pęcznieje. Dla filmowców to ważne. Rośnie nadzieja na Oskara. Czują, że Oskar jest w ich zasięgu. Oskar staje się realny. Przypuszczają, że szesnastometrowy pomarańczowy szal poparcia dla Rewolucji wyściele drogę do Akademii Filmowej Ameryki. Są zdeterminowani. Pragną, aby coś się wydarzyło na trybunie, by szal ujrzał światło dzienne, by narody mogły go obejrzeć. Na miejsce przybywa Rusłana. Pod trybuną niesamowity aplauz. Rusłana jest oszołomiona rozmiarami szalika.


- Musimy razem wejść na trybunę – proponuje.


Słyszę głos spikera, zapowiadającego naszą obecność na scenie. Kilkaset tysięcy ludzi skanduje przed nami. Oznajmiamy, ze jest to dar dla Prezydenta Juszczenki. Dla Pomarańczowej rewolucji. Rosłana bierze szal i się nim oplata.


- Zaczekajcie na mnie. Nawet nie wiecie jak wielkie znaczenie ma ten szal.


- Teraz jest spokojnie – mówi Generał,– ale był moment, że groziło wojną domową. Kuczma rozpatrywał użycie służb specjalnych. Część armii i ja byliśmy przeciw.


- Było groźnie.


- Tak, ale wasz prezydent nam pomógł.


Cieszę się, że mąż Joli okazał się mężem stanu. Od północy, co chwila ogłaszane są wyniki. Z minuty na minutę rośnie przewaga Pomarańczowych. Około czwartej nad ranem ogłaszają przez megafon. – Prezydent przybywa na plac!


Wybuchy, pióropusze sztucznych ogni i na scenie pojawia się on, nasz kandydat, Prezydent – elekt Ukrainy. Jak w filmie, ale to prawda. Cały świat to widzi. Obok Prezydenta piękna Julia. Wygląda jak Madonna. Jest Księżniczką Rewolucji. Stoją. Uroczysta chwila i nagle widzę Rusłanę ze skłębionym pomarańczowym szalem. Czeka aż Prezydent zakończy mowę. Podchodzi do Prezydenta. Wręcza mu szal. Pomaga mu rozwinąć. Wszyscy obecni na scenie trzymają go przed sobą i śpiewają hymn Ukrainy. Niebo ponownie oblewają pióropusze ognia. Warto było się urodzić i działać, by teraz być w tym miejscu.

Najtrudniejszym jednak jest miłowanie wrogów – myślę. Zrozumienie ich jest odkryciem niewidocznego świata. Setki tysięcy zgromadzonych wznoszą hymn. Jest to rewolucja od serca do serca. Miejsce, gdzie spotkała się miłość ludzi do siebie. Dla mnie to próba wybaczenia wszystkim, wobec których niosę urazę. Jest ich niewielu, ale i tak za dużo, jak na bagaż, który zrzuca z siebie biedny człowiek. Warto jednak, by was wszystkich spotkać. Wiem, ze pragnienia moje splatają się z pragnieniami świata. Warto kochać tak, jak się potrafi.

Tunel mojej ucieczki jest już wydrążony. Wystarczająco bym mógł wyjść na powierzchnię.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji