NavBar
nr. 16
VICTORIA, BC,
styczeń 2010

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - Quo Vadis?
Stowarzyszenie Białego Orła jest jedyną na wyspie Vancouver polską organizacją

reportaż z wakacji w Polsce

Hotel Mission Inn
w Riverside w Californii

Poland in the Rockies
propozycja dla Polonijnej
młodzieży


Pomarańczowa Rewolucja
Major Pomarańczowej Alternatywy
wspomina Ukraiński przewrót


Pomoc Potrzebna
Tragedia na Haiti


AZ - Kartka z wakacji
All Inclusive na Kubie


Ewa Caputa - Chłopiec
z gitarą

sylwetka gitarzysty
White Eagle Band


Cezary Dura - Biesiada 2
Zapraszamy na zabawę


Bożena Ulewicz - Wenta Dobroczynna
Aukcja w Olsztynie 6 lutego


Rozmaitości


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zabawa Walentynkowa
Gra Wharf Street Band

Walne Zebranie
Białego Orła

Galowy koncert w Vancouver
Polonia Polskim Olimpijczykom

Ewa Korzeniowska

Świat w starym stylu

Hotel Mission Inn w Riverside w niczym nie przypomina metalowo-szklanego klocka, jaki spodziewałam się zobaczyć rezerwując w nim miejsce na kilkudniowy pobyt. Po dwóch dniach jazdy wysiadam z samochodu i staję jak wryta. Kompletnie zaskoczona patrzę na ogromny kompleks hotelowy przypominający swym kształtem franciszkańskie budynki misyjne. Czarny zarys eklektycznych kształtów odcina się podświetloną czernią na tle kalifornijskiej nocy. Ponad nim, posłuszne powiewom pustynnych wiatrów poruszają się wachlarze strzelistych palm. Widok do złudzenia przypomina ten z okładki znanej płyty „Hotel California zespołu The Eagles. Gorące powietrze owiewa mnie zapachem egzotycznych roślin, wśród których koncertują cykady. Kalifornia!

Już po przekroczeniu progu hotelu, będącego oficjalnym zabytkiem kultury Stanów Zjednoczonych i pełniącego niejako funkcje muzeum, widać, ze to zupełnie niecodzienne miejsce. Wielkie hotelowe lobby jest jednocześnie galerią, w której wiszą obrazy amerykańskich i europejskich mistrzów. Pod ścianami wygodne kanapy i fotele. Tuż za nimi przyciąga wzrok czarne błyszczące skrzydło Steinwaya. Na stołach ogromne wazy z przepysznymi bukietowymi kompozycjami. Marmurową posadzkę pokrywa ręcznie tkany kobierzec. Każda jego część jest ogromnym obrazem przedstawiającym jedną z dwudziestu paru misji znaczących południowe wybrzeże Kalifornii, od Santa Barbara do San Diego.

*

Kalifornia. Kraina, która do dziś mimo nieco splamionej reputacji i niezbyt czystego powietrza przyciąga rzesze marzycieli, poszukujących sławy i bogactwa. Frank Miller, twórca i pierwszy właściciel Mission Inn, który jako 16-letni chłopak przybył z rodzicami do Riverside, okazał się nie tylko marzycielem, ale również zdolnym człowiekiem interesu.

Jako dwudziestoparoletni młodzian odkupił od swojego ojca Christophera Columbusa Millera, za jedyne 5 tysięcy dolarów, miejski plac w sercu Riverside. Parę lat wcześniej ojciec, inżynier budowlany, otrzymał tę ziemię jako zapłatę za budowę drugiego kanału melioracyjnego, niezbędnego do rozwoju nowopowstającego miasta, wiążącego swa przyszłość z plantacjami owoców cytrusowych.

Dziś w centrum Riverside oglądać można niewielkie pomarańczowe drzewko posadzone w 1895 roku, od którego pochodzą wszystkie kalifornijskie drzewka Washington Naval, bezpestkowej odmiany pomarańczy rodem z Brazylii. Drugie zabytkowe drzewko pomarańczowe z tego okresu rośnie na terenie hotelu. W 1903 roku podczas otwarcia Glenwood Mission – taką nazwę nosił wówczas ten hotel – posadził je prezydent Theodore Roosevelt, honorowy gość uroczystości.

Ale wróćmy do Franka Millera. Otóż na placu zakupionym od ojca zbudował on elegancki hotel dla zamożnych gości z Ameryki i Europy odwiedzających okolice Riverside z myślą o inwestowaniu w dynamicznie rozwijające się w okolicy plantacje cytrusów. Frank postanowił nawiązać do modnego wówczas architektonicznego stylu zwanego Mission Revival, ukształtowanym pod wpływem nowej tendencji do ratowania zabytków przeszłości. W ostatnich dwóch dekadach XIX wieku do Kalifornii zjechała fala emigrantów ze wschodnich stanów. Nowi przybysze chcąc zapuścić korzenie na nowym miejscu przekonali się, że amerykańska historia tych terenów to zbyt cienka dla nich warstwa kulturalnej gleby. Dlatego, po okresie niechęci i zapomnienia, kalifornijsko-hiszpańska przeszłość stała się nagle punktem zaczepienia dla poszukujących kontaktu z kulturalna tradycją. Czteropiętrowy budynek dzwonnicami i wieżami na wzór osiemnastowiecznych kalifornijskich misji, powstał na planie czworokąta z ogromnym podwórcem pośrodku. Kiedyś stał tam dom rodzinny Millerów, Glenwood Cottage, w którym rodzice Franka zaczęli z biegiem czasu wynajmować pokoje. Dziś to samo miejsce zajmuje luksusowy basen kąpielowy; podświetlony podwodnymi lampami, jest ulubionym miejscem spotkań gości.

Hotel od samego początku cieszył się powodzeniem. Miller-biznesmen dbał o jego rozwój, podczas gdy Miller-marzyciel i idealista pozostawał całe życie pod urokiem kreowania własnego mitu, który rósł przez niemal trzydzieści lat, z każdym nowym skrzydłem dobudowywanym do istniejącego już kompleksu. Master of the Inn jak nazywali Franka jego przyjaciele i goście, traktował swój hotel jako źródło dochodów, ale przede wszystkim był on jego prywatnym imperium, w którym panował pokój i harmonia, a o dobra doczesne dbano z równą żarliwością, jak o duchowe.

*

Po załatwieniu formalności meldunkowych udaję się do swojego pokoju. Belkowany ciemny sufit, seledynowy dywan, różowe w dyskretne seledynowe kwietne wzory, suto marszczone koronkowe firanki z aksamitnymi draperiami w kolorze brudnego różu nadają temu pomieszczeniu staroświecką atmosferę. Okno, (które można otworzyć!) wychodzi na błękitny prostokąt basenu o olimpijskich wymiarach. Trzeba natychmiast pójść się wykąpać, myślę. Z kostiumem w ręku szybko wybiegam na korytarz i zdezorientowana skręcam w przeciwnym do basenu kierunku. Otwieram drzwi przy końcu korytarza i nagle znajduję się na małym kamiennym miejskim placyku z fontanną pośrodku. Dokoła pod ścianami w glinianych donicach kłębią się wszystkie kolory kwiatowej tęczy. Po chwili do mych uszu docierają dźwięki hiszpańskiej gitary. Może powinnam się uszczypnąć? Czy naprawdę jestem w sercu Kalifornii, kilkadziesiąt kilometrów od plastikowego Disneylandu? Tutaj wszystko wydaje się prawdziwe i choć niepozbawione przepychu, nie razi sztucznością. Nawet zapach jest trochę jakby z innej epoki. Oczarowana miejscem, w którym się niespodziewanie znalazłam, zaczynam nasłuchiwać. Może gdzieś tu w podcieniach koronkowych krużganków przechadzają się franciszkańscy mnisi?

O pasjach Franka Millera, jego marzeniach i namiętnościach dowiedziałam się następnego dnia, gdy wybrałam się na ponowne zwiedzanie hotelu, tym razem już z przewodnikiem. Spacery z przewodnikiem odbywają się każdego dnia, co dwie godziny, a organizowane są przez Towarzystwo Przyjaciół Mission Inn. Zaczynają się zwykle na malowniczym dziedzińcu zwanym Ogrodem Ptasim. Miejsce to wzięło swą nazwę od dwóch skrzydlatych członków Frankowej rodziny, brazylijskich papug– Napoleona i Josepha. Były one pupilami nie tylko gospodarzy, ale również gości.


Przewodniczka zaczyna swą opowieść o Franku Millerze i jego konsekwentnie realizowanych marzeniach. Był wizjonerem, który wierzył, że ludzie różnych narodowości poprzez poznawanie się nabierają dla siebie zrozumienia, co w efekcie doprowadzić może do światowego pokoju i harmonii. Podczas rozlicznych podróży po świecie, w trakcie, których głosił swoje ideały, Frank skupował dzieła sztuki. Czego kupić nie był w stanie, fotografował i szkicował, a potem kopiował w kolejnych dobudówkach do „swojego królestwa. Zakupionymi skarbami światowej kultury ozdabiał gościnne pokoje, z których każdy miał odrębny wystrój. Niektóre ze sprowadzanych dzieł wymagały budowy specjalnych pomieszczeń. W 1920 roku Miller stał się właścicielem XVIII wiecznego meksykańskiego, bogato złoconego ołtarza. By go odpowiednio wyeksponować, zbudował kaplicę św. Franciszka, w której oprócz ołtarza umieścił siedem witrażowych okien, zaprojektowany przez sławnego amerykańskiego artystę Luisa Tiffanyego dla prezbiteriańskiego kościoła na Madison Square w Nowym Jorku. Po rozbiórce kościoła, zachwycony kolekcjonerskim duchem Millera, Tiffany sam przywiózł okna do Riverside, by oddać bezcenne skarby pod dobrą opiekę. Poza kaplicą witraże o różnej tematyce rozmieszczone są w wielu miejscach w całym hotelu, również w pokojach. Jeden z apartamentów ma nawet okno witrażowe przedstawiające postać Madonny Sykstyńskiej, skopiowanej ze słynnego obrazu Rafaela.

Z pobliskiej stacji kolejowej, zbudowanej dzięki wstawiennictwu Millera, do Ogrodu Ptasiego wiódł kiedyś chodnik ocieniony eukaliptusową pergolą, obrośniętą białymi i liliowymi glicyniami. Tą romantyczną drogą przybywała do hotelu światowa elita. Dziś pozostał tylko niewielki fragment tych egzotycznych podcieni, a goście podjeżdżają pod samo wejście do budynku wytwornymi autami i limuzynami, wciąż jednak wszyscy przechodzą przez bramę dzwonów, która jest repliką dzwonnicy z misji św. Gabriela w Carmel. Przechodzili nią w 1940 roku Patricia i Richard Nixon, gdy przyjechali do Mission Inn, by wziąć ślub.

Hotel od samego początku istnienia stał się ulubionym miejscem ludzi sławnych i bogatych. Gościli tu prezydenci, politycy i artyści. Nancy i Ronald Reganowie spędzili tutaj poślubną noc, ślub brała Bette Davis, bywali tutaj Albert Einstein, Bob Hope i Sara Bernhardt. Nawet królewskie głowy znajdowały tutaj odrobinkę prywatności. Już po śmierci Franka, jego córka Allice, entuzjastka lotnictwa, ogłosiła kaplicę św. Franciszka międzynarodową świątynią pilotów, jako że właśnie ten święty jest ich patronem. Na jednej ze ścian przy Placyku Meksykańskim, który pierwszego wieczoru wprowadził mnie w taki zachwyt, każdy ze sławnych lotników odwiedzający to miejsce umieszczał na Ścianie Pilotów miedziane skrzydła ze swoim nazwiskiem. W długim alfabetycznie umieszczonym spisie znajduje się wiele sław, począwszy od pioniera lotnictwa Orwillea Wrighta, poprzez Amelię Earhart, a skończywszy na Chucku Yeagerze i astronaucie Johnie Glennie.

Z Ogrodu Ptasiego przewodniczka prowadzi nas do wspaniałej sali muzycznej, której z pewnością nie powstydziłaby się żadna filharmonia. Przez lata sala ta była miejscem koncertów, ślubów, balów, konferencji i wykładów, a ostatnio odbywają się w niej przedstawienia teatralne łączone z obiadem tzw. Diner theatre. Są tu piękne organy, a ciemne dostojne wnętrze rozjaśnia tylko witrażowe okno przedstawiające żonę Millera, Isabellę Hardenberg jako św. Cecylię, patronkę muzyki.

- Izabella była miłośniczką muzyki i sztuki. To pod jej wpływem Frank stał się kolekcjonerem dzieł sztuki i humanistą, który podczas licznych podróży głosił potrzebę zrozumienia między narodami. W latach trzydziestych XX wieku, miedzy innymi w tej właśnie sali odbywały się konferencje Światowego Ruchu Pokojowego – mówi przewodniczka. Wokół pstrykają migawki aparatów, co chwila błyskają lampy. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na całość sali i ruszamy dalej.

Hiszpańskie Patio przypomina swym wyglądem podwórzec wewnętrzny zamku w Sewilli. Ponad nim odmierza czas replika zegara zakupiona przez Millera w Norymberdze w 1911 roku. Nadgryziony zębem kalifornijskiego powietrza oryginał oglądać można w hotelowym muzeum. Pod zegarem, w okiennym łuku, co piętnaście minut pojawia się jedna z czterech obracających się figur. Każda z nich coś symbolizuje. Na ścianach otaczających podwórzec w regularnych odstępach przyciągają wzrok efektowne kaflowe ornamenty, zachwycająco kolorowe na tle szarych, cementowych ścian. Wszędzie pełno kwiatów i kwitnących krzewów. Tu dopiero w całej pełni widać eklektyzm stylów i smaków; momentami wzruszających prostotą, to znów zdumiewających przepychem. Z patio widać zespół najbardziej luksusowych apartamentów, zwanym Szeregiem Pokojów Autorskich. Każdy z nich nosi imię pisarza, poety czy muzyka, który w nim mieszkał. Cały ten kompleks, wraz z najbardziej luksusowymi pomieszczeniami nazywanymi Alhambra przypomina swym wyglądem mauretańskie budowle, którymi Frank był zafascynowany.

Ostatnim miejscem, do którego prowadzi nas przewodniczka, jest Podwórzec Orientalny, zbudowany na dachu kuchni, po wizycie Franka w Japonii. Za jego czasów znajdował się tam staw ze złotymi rybkami oraz pawilon z ogromnym posagiem Buddy, obecnie przeniesiony do muzeum. Podczas drugiej wojny światowej w tym pawilonie mieścił się klub oficerów lotnictwa. Do największej profanacji Buddy doszło jednak w 1971 roku, podczas nakręcania filmu Wild Party, w którym półnaga amerykańska seksbomba, Raquel Welch tańczy najpierw na barze, a potem rzuca się w ramiona Buddy i zsuwa mu się na kolana. Dziś Podwórzec Orientalny został przywrócony do pierwotnej postaci, a pawilon służy jako sala konferencyjna.

Spacer dobiega końca. Wiem, ze teraz przez następne dni swojego tu pobytu będę zwiedzała ten obiekt na własną rękę. Nawet myśl o tym, ze mogłabym się wylegiwać z wysoką zimną szklanką w ręce nad basenem, mniej mnie pociąga, choć nie będę zaprzeczać, ze jest to kusząca możliwość. Nagle przestaję mieć potrzebę kontaktu z zewnętrznym otoczeniem. Tutaj przynajmniej mogę mieć złudzenie, ze jestem gdzieś w starym europejskim świecie, a nie w środku nowoczesnej Kalifornii.

Where there is no vision, the people perish (brak idei niszczy ludzi), zwykł mawiać Master of the Mission, który swa wyobraźnią sięgał daleko poza swoją epokę, a pamięć o Franku Millerze będzie trwała tak długo jak jego hotel.


Następny artykuł:

Napisz do Redakcji