NavBar
nr. 16
VICTORIA, BC,
styczeń 2010

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - Quo Vadis?
Stowarzyszenie Białego Orła jest jedyną na wyspie Vancouver polską organizacją

reportaż z wakacji w Polsce

Hotel Mission Inn
w Riverside w Californii

Poland in the Rockies
propozycja dla Polonijnej
młodzieży


Pomarańczowa Rewolucja
Major Pomarańczowej Alternatywy
wspomina Ukraiński przewrót


Pomoc Potrzebna
Tragedia na Haiti


AZ - Kartka z wakacji
All Inclusive na Kubie


Ewa Caputa - Chłopiec
z gitarą

sylwetka gitarzysty
White Eagle Band


Cezary Dura - Biesiada 2
Zapraszamy na zabawę


Bożena Ulewicz - Wenta Dobroczynna
Aukcja w Olsztynie 6 lutego


Rozmaitości


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zabawa Walentynkowa
Gra Wharf Street Band

Walne Zebranie
Białego Orła

Galowy koncert w Vancouver
Polonia Polskim Olimpijczykom

tekst i foto: Edward Kamiński

Nad Odrą i Nysą najważniejsi my są

    Ani się nie obejrzałem, (co zajęło mi przynajmniej 25 ostatnich lat) jak ciekawość świata skierowała mi się w odwrotną stronę. Odwrotną, bo przed opuszczeniem ojcowizny, zafascynowany Kanadą, wiedziałem o niej kilka ogólników i nawet, że pachnie żywicą; teraz ciekawość budzi, co tam panie nowego w Polsce. Pięć lat temu wracając z Istambułu zawadziłem z Niną – towarzyszką mego życia od blisko 50-ciu lat - o Kraków i Warszawę. Zaledwie 10 dni pobytu, tyle, by „na chybcika zaledwie wystarczyłoby wpaść do powinowatych i na parę zakrapianych kolacji z niedobitkami czasu  - żyjącymi jeszcze przyjaciółmi. To tak jak wejść obrotowymi drzwiami i wylecieć z powrotem.
Tym razem zaplanowaliśmy cały miesiąc w starym kraju z naiwnym postanowieniem zgłębienia rodzimej rzeczywistości. Po 3 godzinnym locie z Madrytu, wysiadamy na krakowskim lotnisku w Balicach. Baraczki „przystanku, jak je pamiętamy, ustąpiły zabudowaniom portu lotniczego. Nie dorównują one jeszcze nowoczesnością architektury lotniska, co najmniej trzykrotnie mniejszej Victorii. Nie ma jednak porównania z tym, co było. „Nie od razu Kraków zbudowano. Najważniejsze, że są już międzynarodowe połączenia ze światem.
Wylewne – buźka, buźka – powitania ziomków, którzy skrzyknąwszy się mile zaskoczyli nas na lotnisku. Wszyscy przekrzykują się wzajemnie. Już na wstępie wiemy, że jest źle, mogłoby być dobrze, czyli jest beznadziejnie. Podobnie jak w tym dowcipie o spotkaniu dwóch starozakonnych po długim niewidzeniu się. Pierwszy  jednym tchem opowiedział o swoich sukcesach, ale w ogóle jest coraz gorzej. Na to drugi:

- Jaki z ciebie przyjaciel, mówisz tylko o sobie. Nawet nie pytasz jak mi idzie.

- No to jak ci idzie?

- Ach! Lepiej nie pytaj!

No tak przytakuję. Po waszych ubrankach od Armaniego i nowych modelach samochodów tu zaparkowanych widać, że nie możecie związać końca z końcem.

Polskie narzekanie: „Są za, a nawet przeciw jak mówił były prezydent Lech Wałęsa i tym wyróżniamy się z pośród innych nacji. Okazanie zadowolenia to niemal oznaka kiepskich manier. Znalezienie dziury w całym daje początek konwersacji, tak jak tu w Kanadzie rozmowa o pogodzie. W ubiegłorocznym raporcie Brytyjskiego New Economics Foundation, po przebadaniu 40 tys. mieszkańców dwudziestu dwóch europejskich krajów, jesteśmy najbardziej pesymistycznym narodem Europy. Jak Polska długa i szeroka Polacy lubią źle mówić o sobie. „Każdy to pijak, leń i złodziej. Nic nam nie udaje się, tak już jest i będzie, bo Oni przeszkadzają. Wszyscy chcą nas wykorzystać.

Oni, wszyscy i wszędzie są przyczyną niepowodzenia. Rzeczypospolita ze wszystkich krajów europejskich najlepiej sobie radzi z ekonomicznym dołkiem, ale – mówiono mi jakby z dumą – u nas nawet kryzys się nie udał.

Na pierwszy rzut oka to tylko pozorna maniera przekornych smutasów, a realnie powszechna kultura narzekania. W socjologii takie mniemania o sobie znane jest jako auto stereotyp i ma ścisły związek z naszą zaradnością życiową.
Gdzieś zapodziała się nam duma narodowa, choć na tym punkcie jesteśmy niezwykle drażliwi. Z jednej strony chcemy by nas w świecie szanowano, a z drugiej strony sami siebie nie cenimy. Aż trudno uwierzyć, że w ostatnich badaniach National Opinion Research Center przy Uniwersytecie Chicago, Polacy, pod względem dumy narodowej, znaleźli się na dwudziestu dziewiątym miejscu po Węgrach, Słoweńcach, Rosjanach i Czechach. Czy to nie paradoks? W międzynarodowym sondażu społecznym w dwudziestu jeden krajach, Polacy znaleźli się wśród sześciu nacji o najwyższym poziomie dumy z własnych osiągnięć. Natomiast pod względem nacjonalizmu i uznania własnej wyższości uplasowaliśmy się w górnej szóstce. W pojedynczych wywiadach odpowiedzi świadczą, że mamy poczucie sukcesu, panujemy nad własnym życiem, i doceniamy swoje osiągnięcia. W grupowych wynikach jest niemal przeciwnie. Na domiar, mimo, że częściej już ocenia się pozytywnie takie cechy jak pracowitość, ambicja, sumienność, na wszelki wypadek, żeby nie zapeszyć, wolimy nie przyznawać, że w ostatnich 20 latach tak dużo zrobiliśmy. Lepiej ponarzekać.

Nie trzeba specjalnego „szkiełka ani oka by zauważyć olbrzymie zmiany. Wystarczy raz na 2 lata tu przyjechać, by dostrzec jak idzie ku lepszemu. Kraj rozwija się coraz bardziej. Otwarte granice, swoboda podróżowania i nieskrępowany przepływ informacji, wszystko to umożliwiło porównania. Stąd też ta niecierpliwość dołączenia do zamożności najbardziej rozwiniętych krajów Europy. Rozwój nie nadąża za żywiołowym wzrostem oczekiwań. Trudno w dwa dziesięciolecia nadrobić przeszło pól wieku zacofania gospodarczego pozostawionego przez system, który nie potrafił nawet zapewnić obywatelom wystarczającej ilości papieru toaletowego. W porównaniu do tego co było, jest nieporównywalnie dostatniej Moi rozmówcy nie dają się łatwo przekonać; ripostują, – ale mogłoby być lepiej. Zgadzam się: mogłoby, sęk w tym, że niedociągnięcia, wady i usterki, najczęściej z własnej winy, rzucają się w oczy pierwsze.
Nasz apartamencik na czas pobytu w Krakowie to jedno-pokojowe studio z małą kuchnią i łazienką, na dziewiątym piętrze nowego budynku. Ogłoszone w Internecie, miało zaspokoić wybredne wymagania zachodnich turystów. W zasadzie wszystko jest dla względnej wygody, a na dodatek wspaniały widok z góry na miasto. Pokój jest czysty i odmalowany. Mały telewizorek i radio działają. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Już od dawna nie zrywamy się z pierwszymi skowronkami, tym bardziej nie chcemy w czasie wakacji. Skoro świt słońce oślepia oczy; w oknach nie ma odpowiednich zasłon. W łazience brak umywalki, więc myjemy się zgięci w kłębek nad wanną; ablucje irytują już na dzień dobry. Prysznic w wannie bez kurtynowej zasłony zalewa łazienkę wraz z piżamami na podłodze, bo niema jednego haczyka do zawieszenia odzieży. Przy porannym goleniu wspinam się na palce do lustra, mimo, że do krasnoludków jeszcze się nie kwalifikuję. Nina, o głowę niższa, ma do wyboru:  stanąć na krześle albo kupić lusterko do makijażu. Jest archaiczny odkurzacz, ale z wężem w kilku kawałkach. W kuchni kilka wyszczerbionych kubków i talerzy, jedna łyżeczka. Nie ma też, na czym pokroić chleba lub wędliny. Pani, której zapłaciliśmy równowartość powyżej 1000 dolarów kanadyjskich za wynajem oświadcza, że deseczka do krajania nie wchodzi w standard wyposażenia kuchni. Widocznie inne standardy, może sama nie gotuje? Kupujemy deseczkę i haczyki do łazienki za równowartość jednego dolara.
    Mniejsza z tym, dość narzekania. Zjeżdżamy windą w dół na spotkanie naszego miasta. Winda jest wielofunkcyjna. Można w niej wysikać się, wyrzucić strzępy gazet i reklamówek. Służy do wewnętrznego przekazu informacji. Z gryzmołów na ścianach dowiadujemy się między innymi, że Bondo, kurwa, kocha Jolę nad życie. Krzewi też głębokie przemyślenia filozoficzne wzmocnione przerywnikami zapożyczonymi z łaciny. Nieprzyzwyczajony do języków „obcych w miejscach publicznych sam zaczynam klnąć, ale pod nosem. Za to na zewnątrz maj, radość w sercu, radość w duszy, jest pięknie.

Pierwsze zadziwiające spostrzeżenie  - wszyscy mówią po polsku!  Z wielu stron słychać też, że rodacy, zwłaszcza młodsi, posługują się łaciną. Kurwa lata gęsto. Według statystyk, dwie trzecie Polaków używa tego rodzaju przerywników publicznie. Zastąpiły one w mowie wyrazy: panie, prawda, panie dziejku, używane ongiś przez najstarsze pokolenie. Językoznawcy stojący na straży pięknego języka przyznają, że czasem nie da się nie przekląć. Pomaga to rozładować gniew i napięcia emocjonalne. Z obserwacji ulicznej wydawało mi się jednak, że wulgaryzmy, aż uszy więdły, rzucano z nawyku. Brzydkie wyrazy powtarzane po kilka razy i to w jednym zdaniu znalazły powszechną akceptację.
Ulice tętnią życiem nadspodziewanie. Czasami zbyt nadspodziewanie. Już na lotnisku przestrzegano nas: zanim postawisz nogę na pasach dla pieszych popatrz w prawo, potem w lewo, a potem jeszcze raz w obie strony. Kierowcy za nic sobie mają przechodniów oraz przejścia dla nich. Piesi skaczą jak zające. Kto za kierownicą, ten lepszy. Samochody parkują na chodnikach po obu stronach wąskich uliczek. Dla przechodniów zostaje skrawek chodnika pod ścianami; w niektórych miejscach ani się minąć, ani kogoś wyprzedzić. Środkiem zawężonych jezdni, ze znakami ograniczenia szybkości do 30 km, sznur kamikadze wali trzy razy szybciej. Cud, że nie pozbijali się jeszcze w bezładną kupę pogiętej blachy. W kraju położonym na północnej półkuli globu obudził się temperament południowców, przynajmniej za kierownicą.
Samochodów jest coraz więcej. Od śródmieścia po odległe dzielnice mieszkaniowe zakorkowują parkingi i ulice. Za czasów gierkowskiego „cudu ekonomicznego, kiedy tuż, tuż doganialiśmy Amerykę, na małego fiata, z góry zapłaconego, czekało się kilka lat. Dziś w wielu rodzinach, wcale nie potentatów, są dwa, a nawet trzy pojazdy. Dużo z nich przechodzonych, kupionych za niewielkie pieniądze na zachodzie, przeważnie w Niemczech. Wyklepane, odlakierowane przez fachowców „złota rączka trudno odróżnić od nowych. Nie widać odrapanych, pordzewiałych wraków. Samochód służy nie tylko do przemieszczania się, jest też oznaką statusu posiadacza; u niektórych zauważyłem, że to drugie jest ważniejsze. Salony sprzedaży nowych samochodów skarżą się i domagają od rządu ograniczenia zakupu używanych za granicą. Ostre protesty użytkowników jak i mnożących się warsztatów naprawczych wstrzymują władze od decyzji. Blacharze, lakiernicy i mechanicy samochodowi to duża grupa robocza. W interesie kraju nie leży powiększenie bezrobocia. Plajt salonów motoryzacyjnych jak dotąd nie było. Polska, jako jedyna w Europie, mimo kryzysu nie zanotowała spadku sprzedaży najnowszych modeli wszystkich światowych marek samochodowych.
Już po powrocie do Victorii dowiedziałem się, że w Polsce, co czwarty mężczyzna i co trzecia kobieta deklarują, że w czasie jazdy są skoncentrowani wyłącznie na prowadzeniu. Do rozmów telefonicznych przyznaje się zaledwie 12 proc. kierowców. To dziwne, bo trudno tam spotkać kogoś bez telefonu przy uchu. Gdzie się podziała sławetna jurność (zwłaszcza w opowiadaniach) naszych rodzimych lowelasów? Zaledwie 30 proc. panów i o połowę mniej pań uprawia w samochodzie seks. Mimochodem narzuca się refleksja: skoro więcej mężczyzn niż kobiet uprawia seks samochodowy, to jak to załatwiają panowie? Miejmy nadzieję, że nie w czasie jazdy.


Im bliżej śródmieścia zabytkowego Krakowa, tym więcej małych sklepików i przedsiębiorstw usługowych. Niemal w każdej przebudowanej bramie, każdej wnęce i witrynie okiennej na parterze, ktoś coś wystawia, oferuje, reklamuje, ogłasza. Ulice tętnią gwarem przechodniów. Niektóre z nich za PRL-u były handlową pustynią. Na ulicy Krowoderskiej, którą codziennie przemierzałem, egzystował maleńki sklepik z różnego rodzaju konserwami, gumą do życia, kawą, herbatą i innymi frykasami z paczek od krewniaków z USA. Niebywałe, czasami u Heroda, (antypatycznego prywaciarza), pojawiały się cytryny i pomarańcze. Najbardziej jednak znany był z dużego napisu wewnątrz, na ścianie: Załatw sprawę i żegnaj.  Władze tolerowały ten skup - sprzedaż głównie dlatego, że bezpieka miała oko na przesyłki; kto, od kogo i ile otrzymywał od imperialistów. Z takim kurtuazyjnym hasłem, dzisiaj omijano by Heroda i jego sklep z daleka. Konkurencja jest duża. Sprzedawcy dla pozyskania klienta prześcigają się w uprzejmościach. Pozornie mały handel w Polsce oferuje dużo - wszystko, co można znaleźć na rynkach europejskich i światowych. Dobrze, bo zwalnia mnie to od reporterskiego obowiązku wyliczania, czego brakuje. Sklepiki skutecznie konkurują z dużymi supermarketami, ale powoli ustępują. Największe magazyny to wprawdzie zaledwie 3 proc. wszystkich placówek handlowych, ale w sprzedaży przypada im 42 proc. całego handlu detalicznego. Udział małych sklepów w pierwszej połowie ubiegłego roku skurczył się z 32 do 28,9 proc. Wątpliwe jednak, by zupełnie je wyeliminował. Zawsze będzie łatwiej wyskoczyć do sklepiku po świeże bułeczki w pobliżu domu niż autem do odległego supermarketu. Małe sklepy mają też przewagę nad gigantami: mogą oferować regionalne specjały i unikalne wyroby małych serii, podczas gdy supermarkety zdane są na wielkich dostawców.


Uczucie przesytu jeszcze nam nie grozi. Na razie Polacy zachłystują się mnogością towarów. Kiedyś wielką frajdą była wyprawa po buty do Budapesztu czy Pragi. Teraz, w co drugim oknie wystawowym najnowsze modele z Paryża, z Londynu czy Madrytu, do koloru i wyboru, na każdą okazję. Potrzeba tylko trochę więcej pieniędzy i też dojdziemy do stanu przytłaczającego uczucia, co wybrać; i to dobre, tamto ładniejsze, a inne jeszcze lepsze. Zjawisko takie daje się zauważyć w najbogatszych krajach świata. Zdaniem przedstawicieli krytycyzmu społecznego zbyt wiele możliwości odbiera przyjemność wyboru, działa destruktywnie.
- Będziemy brnęli w tą nad konsumpcję coraz bardziej – mówi mi  dawny kolega szkolny, doktor fizyki i filozofii, Wiesław Z.

- Tego już nikt nie powstrzyma. W myśl prawa fizyk - zażartował:  ciało raz puszczone (w ruch) puszcza się ciągle.
- Tak, przytakuję, - Coś w tym rodzaju, tylko nie o tej fizyce myślałem.

Pięć lat temu, a właściwie sześć, bo zaczął się rok 2010, Polska kandydowała do Unii Europejskiej. Żeby nie było żadnej wątpliwości, co Unia na tym zyska, już na wstępie zaprezentowaliśmy nasz charakter narodowy - nikt nam nie będzie dyktował, co mamy robić u siebie. Poirytowany prezydent Francji Jacques Chirac powiedział żeby kraje kandydujące lepiej siedziały cicho. Swego rodzaju klaps dla ubogiego a niesfornego kuzyna, ale i lapsus prezydenta bogatej Francji, wywołał burzę. Prezydent przeprosił, bo doradcy nie poinformowali go na czas, że Nad Odrą i Nysą najważniejsi my są.

Czy mamy dziś coś do powiedzenia w zjednoczonej Europie? Zamiast odpowiedzi wystarczy fakt, że Polaka z „niegrzecznej nacji, Jerzego Buzka wybrano na marszałka Parlamentu Europejskiego.


Polska nie zaczyna się, ani kończy na Krakowie. Czas ruszyć w inne rejony kraju, Posłuchać, zobaczyć jak innym się wiedzie. Pozostały jeszcze 3 tygodnie na pobieżne obserwacje. Na zgłębienie specyficznego zjawiska pt. „Rzeczypospolita pewnie i pół roku nie wystarczy. (Dalszy ciąg nastąpi)

  

Następny artykuł tu:

Napisz do Redakcji