NavBar
nr. 15
VICTORIA, BC,
grudzień 2009

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Ewa Caputa - Akt Dobroczynności
Wigilijny posiłek dla bezdomnych

spotkanie z Ewą Stachniak

fragment najnowszej powiesci polsko-kanadyjskiej pisarki

Ewa Caputa - W nowych rękach
polski sklep delikatesowy w Victorii


Ewa Korzeniowska - Tradycja
polskiej Wigilii...


fotoreportaż - Wieczerza Wigilijna
w Polskim Domu w Victorii


Edward Kamiński - Małpie Początki
z okazji roku Darwina


Rozmaitości


NADCHODZĄCE IMPREZY

Zabawa Sylwestrowa

Projekcja filmu Popiełuszko

Elżbieta Stachniak

DYSONANS

(fragment)

„- Wieczerza wigilijna w polskim domu w Neapolu to doprawdy rozkosz – powiada generał Krasiński, gdy ruszają do stołu, by przełamać się opłatkiem. Mme Komarowa, pani Honorata, okazała niezwykłą dobroć, zapraszając dwóch samotnych wędrowców, stęsknionych za domowym ciepłem. Nie pierwsza to oznaka jej życzliwości i z pewnością nie ostatnia. – Czyje to dzieło? – pyta, wskazując na gwiazdę z opłatka, wiszącą nad wigilijnym stołem.
- Moje. - Natalia mieni się z radości, a generał mówi jej, że ona, najmłodsza z panien Komarówien, zaskakuje pomysłami i niebawem przyćmi starsze siostry.

- Nawet Delfinę? – pyta Natalia.
- Takiego pytania nie powinnaś zadawać - odpowiada generał, grożąc jej palcem.

Życzenia wigilijne. Chwila, gdy słowa przechodzą w uściski i łzy. Są życzenia banalne (Mimi zawsze życzy wszystkiego najlepszego), są też zawoalowane napomnienia. Maman mówi:
- Obyś znalazła w sercu moc przebaczenia dla Mieczysława, Delfino. Jeszcze nie za późno, by zacząć od nowa. Twój drogi ojciec też by sobie tego życzył.
Lolo, który to słyszy, mówi półgłosem:

- Dobrze wiesz, że to nie prawda.

Lusza obejmuje ją i szepcze:

- Oby umarł, żebyś znowu mogła wyjść za mąż. - Nim Delfina zdąży zaprotestować słyszy: - Nie ma nic złego w tym, że życzę odrobiny szczęścia mojej siostrze.

Przyjaciele Mimiego pragną, by madame Delphine się nigdy nie zmieniła, by zawsze była tak urocza i piękna jak dzisiaj.

- To najcudowniejszy dzień w mym życiu - powiada ten wyższy (ma na imię Adam), czerwieniąc się jak uczniak. Ręka, którą ujmuje jej dłoń, by złożyć na niej pocałunek, jest wilgotna i zimna. Cały czas wodzą za nią wzrokiem jak zgubione psy. Z nadzieja. Już tkniętą zwątpieniem, a ciągle tak nieustępliwą.
Niesprawdzona – myśli również Delfina.

Hrabia Krasiński, gdy kolej na niego, podchodzi do niej szybkim krokiem.

- Życzenia moje, pani hrabino – powiada - będą krótkie. Nasze serca są polskie. Nasze serca pragną wolności.

Zauważyła, ze przed podejściem do niej poprawił halsztuk.

- Ja też życzę panu wolności – mówi.

On pochyla się i całuje jej dłoń.

Delfina słyszy, jak generał Krasiński chwali polskie dania, zupę migdałową, szczupaka w auszpiku (ani jednej ości, jak kucharz tę rybę sprawił!), groszek i kasza, no i kutia, której nigdy nie ma dosyć.

- Radości prawdziwie polskiego domu w tę świętą noc – zwraca się do mama. „Tata nigdy by go nie zaprosił – powiedział Lolo, – ale to, jak wiele innych spraw w tej rodzinie niepamięć, wygodnie puszczano w niepamięć.

Ciotka Pelagia tłumaczy vicomte de Noailles, że Kuryłowce, rezydencję Komarów na Podolu, nazywano polskim Luwrem. Leży między Kamieńcem Podolskim, a Mohylewem, mówi, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie dla coraz bardziej roztargnionego vicomte (Czy maman – myśli Delfina – liczy na to, że on zainteresuje się Natalie? A może jest jakiś siostrzeniec na widoku?).

- Cały z kamienia – opowiada ciotka Pelagia – fronton podparty czterema białymi kolumnami. – Jej świętej pamięci kuzyn Stanisław Komar miał sto czterdzieści tysięcy morgów, w tym trzydzieści sześć wiosek i cztery miasta. Dziesięć tysięcy dusz nazywało go swoim panem.
- Jakobińskie wariactwo. Od początku bez sensu, boć przecież Rosjanie wciąż nami rządzą - mówi Mimi zbyt głośno, zbyt natarczywie. - Minęło siedem lat, a my nie przestaliśmy za to płacić.

Za plecami Delfiny kryształowe kieliszki na tacy brzęczą jak dalekie dzwonki w szwajcarskich Alpach. Jej brat znowu mówi o powstaniu.

- Więzienia warszawskie wypełnione po brzegi – wylicza Mimi. – Polscy uchodźcy w Paryżu żebrzą o jałmużnę u Francuzów.
- Z powodów takich jak ty – odszczekuje Lolo.

Echo zajadłych kłótni obu braci jest głośne, by je można było zignorować. Wspomnienie tej nocy 1830 roku, kiedy czternastoletniego zaledwie Lola trzeba było zamknąć w pokoju na klucz, by nie uciekł i nie przyłączył się do kadetów. Noc krzyków, walenia pięściami, przekleństw. „Możemy pobić Rosjan. Możemy zwrócić na siebie uwagę Europy. To nasza szansa! Pierwsza taka szansa od lat!.
Teraz i Mimi, i Lolo widzą w zmarłym ojcu sojusznika. Ważą słowa wyżej czynów. „Gdybyś nie był takim idiotą, Lolo, pamiętałbyś skąd tata wziął swoją fortunę! Wolałbyś to wszystko oddać garści zapaleńców, którzy chcą zabić niedźwiedzia packą na muchy?.
Maman błagająca Lola przez zamknięte drzwi: „Słuchaj, co ci mówi brat. Coś spada, rozbija się na podłodze. A tuż potem głos Lola, który przeklina Mimiego: „Ten tchórz! Niech mi mama nie gada o tym śmierdzącym tchórzu.
Delfina dostrzega jak Mimi wstaje od stołu. Niezręcznie, niepewnie, trzyma się krawędzi, naciąga obrus. W dzieciństwie ogarniała go czasem oszałamiająca nieśmiałość. Bawił się czymś, coś upuszczał, potem znowu podnosił. Wszystko po to, żeby uniknąć zwracania się do tych, których nie znał bliżej. Nieśmiałość, po której teraz nie ma prawie śladu.

- Cóżeśmy zyskali? - Mimi biały jak kreda,na czole zbierają mu się krople potu, wciąż nie ma zamiaru ustąpić.
- Przekleństwo przesłuchań? Transporty na Syberię? Sprowokowaliśmy tylko Rosjan do odpłaty. - Obrus zaczyna się zsuwać, talerze drgać. Kieliszek do wina pewno by upadł, gdyby Lolo nie chwycił go w porę.

Na szczęście maman jest nie świadoma rodzącej się kłótni – siedzi na drugim końcu stołu i szepcze coś do generała Krasińskiego, – bo pogorszyłaby to tylko sytuację. Zdolna by była nawet zażądać, by Mimi i Lolo podali sobie ręce jak grzeczne dzieci przeprosili się nawzajem. Jakby tak trudno było zrozumieć, że synowie i córki dorastają, że pochłaniają ich sprawy, których nie sposób rozstrzygnąć demonstracją pozornej zgody.

- Są tu, przy tym stole osoby, które by się ze mną zgodziły, - mówi Mimi.

Lolo mruczy coś, czego Delfina nie słyszy, ale łatwo potrafi odgadnąć. Wszyscy wiedzą, że generał nazwał powstanie anarchią i nierządem. Okazją do rabunku. Grą ambicji, na którą nabrała się garstka niedowarzonych zapaleńców.
W świecie Lola podział był zawsze prosty i jasny: patrioci i zdrajcy. Waleczni i tchórze. Żadnych odcieni. Żadnych wątpliwości. Żadnych wymówek.
Lolo pręży ramiona i szyderczo salutuje. Natalie chichocze, ale cichnie, gdy maman upomina ją, by zachowywała się jak przystoi damie. Zdumienie w jej glosie dowodzi, że niedoszła ją rozmowa synów.

- Posłuchajmy, co nasz poeta ma do powiedzenia – mówi ktoś.

Delfina czuje wagę milczenia, które zapada. Jego ołowiany ciężar, dusząca bezsilność. Z miejsca, gdzie siedzi nie widzi twarzy hrabiego, ale może dostrzec jego zaciśnięte dłonie, które rzucają blady postrzępiony cień na biały obrus. Zamarły w locie ptak z dziecięcego teatru cieni.
Ostry, gorący ból przeszywa jej serce, zapowiedź śmierci szybkiej, łaskawej. Ale mija aż nazbyt szybko.

- Przed siedmiu laty nasza matka Polska i jej najlepsi synowie zostali wepchnięci do grobu – mówi hrabia Krasiński głosem spokojnym i opanowanym. – Mówimy o nich romantycy. Marzyciele. Oskarżamy ich o to, że przegrali. A ja, codziennie przez te pięć lat, zadaję sobie to pytanie: Czy doprawdy nie lepiej byłoby umrzeć razem z nimi?


Wszyscy odczuwają ulgę, kiedy Lusza prosi o koncert.

- Jeszcze nim rozpakujemy podarunki, Delfino. Proszę.

Przyjaciele Mimiego przyłączają się do prośby (są zakłopotani wymianą zdań miedzy braćmi przy stole, zastanawiają się, co skłoniło Mimiego do wszczęcia sporu, przecież bardziej interesują go konie, niż polityka.) Ktoś przyklaskuje prośbie Luszy.

- Tak jak to dawniej robiłaś, skarbeńku. W Kuryłowcach – powiada ciotka Pelagia. – Twój świętej pamięci kochany ojciec tak lubił, jak śpiewałaś.

Zacna, poczciwa Lusza zawsze wie, kiedy przerwać niewygodną rozmowę.

- Zagram wam coś krótkiego - mówi Delfina siadając do fortepianu. W Paryżu ma pleyela, ale maman, nie bardzo biegła w tych sprawach, najęła gerarda. Na pewno okaże się twardszy – myśli Delfina – pedał forte nie będzie brał tak lekko.

Głosy cichną stopniowo, te bardziej oporne (jak generała i Lola) gaszone są syknięciami.
Nim Delfina zdążyła się rozejrzeć za kimś, kto by potrzymał jej wachlarz, hrabia Krasiński wyjął go z jej rąk.

- W tę świętą noc – mówi Delfina – zagram utwór wielkiego przyjaciela naszej rodziny i mojego nauczyciela muzyki, najlepszego, jakiego miałam w życiu. Fryderyka Chopina.

Chwila ciszy. Ktoś chrząka. Ktoś kaszle. Scherzo b-moll rozpoczyna się od dwóch dysonansowych akordów. Długich łoskotliwych, przechodzących w podnieconą, głośna arabeskę, by roztopić się w interludiach spokoju. A potem pojawia się głos, skryty w muzyce: kojąca melodia kolędy, którą Delfina zaczyna śpiewać, jak tylko milkną akordy scherza:

Lulajże Jezuniu, lulajże lulaj,
Lulaj ulubione me pieścidełko.

Jej donośny ciepły głos tuli święte Dzieciątko. Unosi się nad tym neapolitańskim salonem, nad świątecznym stołem. Muska żółte ściany ozdobione sztukaterią, rozjaśnione łagodnym światłem lamp. Rozgrzewa serca słuchaczy.

Lulajże Jezuniu, lulajże lulaj,

A ty go matulu w płaczu utulaj.

Gdy kończy, maman ociera łzy z policzka. Lusza posyła całusa.

- Lepsza niż jakakolwiek diwa operowa – słyszy Delfina słowa siostry. – Lepsza od Malibran.

Lolo pierwszy podnosi się z krzesła.

- Brawo – krzyczy. – Brawo!

Obok niego sztywno wyprostowany hrabia Krasiński klaszcze w dłonie.

Ale rozkosz pochwały nie wystarcza, by zatrzymać wspomnienie: Vivi w Alpach zauroczona powracającym echem.

„Tu jestem. Tuuuuuuu jesteeem!

Promień słońca oświetla porcelanowobiałą skórę jej córeczki. Vivi tak pełna radości podnosi rękę, by odsunąć z czoła niesforny kosmyk włosów.

- Echo! – Woła i czeka, aż słowo do niej wróci. – Echo, cho, o…- Zaciekawiona zastyga w zdumieniu. Pyta: - Co się dzieje z okrzykiem, zanim do mnie wróci?

Maman, czy góry pamiętają mój głos?


książkę "Dysonans" można nabyć między innymi w księgarni Quo Vadis w Chicago

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji