NavBar
nr. 10
VICTORIA, BC,
marzec-kwiecień 2009

INFORMACJE 
LOKALNE
Nadchodzące imprezy, ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

E.Caputa - Nie Tylko ...
Prezes Polskiego Domu Jarka Piecuch


Edward Kamiński - Do czego zmierzał ten świat
o wynalazkach


Monika Kurc - AB OVO
O Wielkanocnych jajkach.


Włodzimierz Kowalewski - RADIO
Radio towarzyszy życiu każdego z nas...


T.S.B. - Mitoraj
Prace Mitoraja znajdują się w słynnych kolekcjach


Tadeusz Cieński - Los żołnierza
Wspomnienia weterana Wojny Bolszewickiej


Ewa Caputa - Sprawa Dziekańskiego
Polski immigrant zabity elektrycznym paralizatorem


FOTOREPORTAŻE

WOLUNTARIUSZE 
BIAŁEGO ORŁA

WALENTYNKI

MIGAWKI Z KONCERTU


ROZMAITOŚCI


Włodzimierz Kowalewski

RADIO

Jedno ze słuchowisk Alicji Bykowskiej - Salczyńskiej, olsztyńskiej poetki i autorki dramatów, zatytułowane „Gdzie jest ten tani kupiec?”, opiera się na niesamowitym pomyśle. Otóż rolę osoby dramatu i narratora jednocześnie pełni w nim… odbiornik radiowy. Przez dziesiątki lat stoi sobie ten – pochodzący z dawnej NRD - aparat marki „Talisman” w mieszkaniu przy ulicy Limanowskiego i opowiada rozgrywające się w jego obecności historie rodzinne oraz te z „wielkiego świata”, zza okien. Jest świadkiem płynącego życia, arką tańczącą na falach oceanu czasu.

Radio towarzyszy przecież życiu każdego z nas, każdy ma w pamięci swój odbiornik radiowy, wokół którego gromadzą się wspomnienia, który pobudza refleksyjne nutki. Radio jest przy tym towarzyszem skromnym i nienachalnym, niewymagającym maksymalnego skupiania uwagi, wyłączania się na długie godziny, izolowania od ludzi.

Przypomniałem sobie „moje” odbiorniki radiowe. Pierwszy, jaki pamiętam, to tzw. „kołchoźnik”, czyli drewniana skrzyneczka obciągnięta szarym płótnem z głośnikiem w środku, połączona kablem z pocztą czy ratuszem, skąd retransmitowano I program z Warszawy. Wszystkie mieszkania w Olsztynku jeszcze za niemieckich czasów zostały tak okablowane. Ten sam sfatygowany głośnik, z którego słuchałem audycji dla dzieci, bajek i piosenek o koziołku Rududu, dwadzieścia lat wcześniej wyrzucał z siebie przemówienia Hitlera, komunikaty Oberkommando der Wehrmacht, może też chwytające za gardło wojenne szlagiery, takie jak „Lili Marlene”. W tym samym pokoju słuchał go ktoś inny – nie wiem, kto. Głośnik musiał być dobrej firmy. Nie chrypiał ze starości, nie szumiał, nie przerywał – tylko cichł coraz bardziej. Pewnego wieczoru w mojej obecności ucichł na zawsze.

W kilka dni później rodzice spełnili marzenie swojego życia i w domu zjawił się piękny radioodbiornik w obudowie na wysoki połysk o nazwie „Menuet”. Miał „magiczne” oko, klawisze i pokrętła, adapter do czarnych płyt ukryty pod podnoszonym wiekiem. Kojarzy mi się do dziś z sobotnimi wieczorami. Naokoło ciemność i mróz, w domu zapach ciasta i pasty do podłogi, miga tajemnicze zielone oko – gra „Podwieczorek przy mikrofonie” albo „Rewia piosenek” Lucjana Kydryńskiego. Prędko zwróciłem uwagę na skalę radia, pokrytą egzotycznymi nazwami: Luksemburg, Hilversum, Sewilla, Milano. Przez szparę w kratce głośnika zaglądałem do środka. Tam był inny świat – płonęły rubinowe światła radiowych lamp, z szumiącej głębi wydobywały się głosy w niezrozumiałych językach. Całymi godzinami potrafiłem tak nasłuchiwać wołania dalekich, niedostępnych miast.

Mój pierwszy, prawdziwie własny radioodbiornik nazywał się „Fagot”. Nie miał w sobie niczego z romantyczności i melancholii „Menueta”. Nic w nim nie świeciło, bo był na tranzystorach. Delikatna konstrukcja nie wytrzymała wielo-godzinnego katowania słuchanego na full hard rocka i szybko znalazła się na śmietniku.

To, co mam teraz, właściwie nie przypomina już radia. Czarna, płaska blaszana skrzynka, okienko, w którym zamiast skali pojawiają się jakieś cyferki. Bezduszna, bezosobowa nowoczesność. Ale o radiu jako o medium znowu można myśleć z nadzieją. Wszystko wskazuje na to, że słuchaczom zbrzydło już radio tzw. „szybkie, kreatywne i dynamiczne”, z muzyką posiekaną reklamami i z głosem spikera podobnym do wybijania kotletów. Wraca powoli zainteresowanie słuchowiskami, radiowym reportażem, radiowymi koncertami, chciałoby się słuchać inteligentnie prowadzonych progra-mów muzycznych.

Telewizja otępia, Internet ogłupia, a radio jako jedyne spośród mediów rozwija wyobraźnię, czyli – po prostu pozwala w plastikowym świecie chociaż trochę pobyć człowiekiem.

* * *

Napisz do Redakcji